Ano właśnie; zobaczywszy jakie dramatycznie nędzne recenzje zbiera ten film, chciałem napisać tu coś na jego obronę. Ale na to trzeba czasu i samozaparcia. Szczęśliwie wyręczony przez Bezela dodam tyle, że zgodnie z zarzutami krytyków Automata jest owszem wtórna (wszak wszystko o robotach powiedziano już w latach 80) ale skręcona sprawnie i w sumie niegłupia.
Pierwszy plus zarabia za fajną wizję multikulti miasta przyszłości. Drugi, bo włażąc w buty Blade Runnera jedną rzecz rozgrywa ciekawiej. U Scotta replikanci wyglądają jak ludzie, zachowują się jak ludzie i widz nie ma właściwie innego wyjścia niż się identyfikować. Roboty Ibaneza to blaszane, niezgrabne kukły (robione zresztą przeważnie animatroniką a nie na kompie) przez co jednocześnie budzą niepokój swoją obcością i… coś w rodzaju rozczulenia.
Minus jest taki, że film w sumie więcej obiecuje niż daje. Korporacyjne grubasy dyskutują o osobliwości, która potem realizuje się w formie… robopsa? Frapujące sceny samobójstwa na placu budowy czy wędrówki przez pustynię sugerują jakiś grubszy fabularny zamot… i znowu nic. Intryga rozwija się po najmniejszej linii oporu.
Swoją drogą, zastanawiająca jest trwałość motywu sztucznej inteligencji w kinie, skoro wystarczy zamienić dwa słowa z pierwszą lepszą Siri żeby przekonać się że to jeszcze długo nie a potem wcale. Brak innych alegorii posiadania potomstwa? 🙂
A, jeszcze pół plusa za Melanie Griffith. Jej monstrualnie posztukowana fizys pasuje jak ulał do klimatu futurystycznej bidy z nędzą. Ciekawe czy to był świadomy zabieg ze strony reżysera?