Resident Evil: Extinction

Tytuł: Resident Evil: Extinction
Produkcja: USA, 2007
Gatunek: Zombie P/A
Dyrekcja: Russell Mulcahy
Za udział wzięli: Leeloo, zły gość z Tomb Raidera, Ashanti
O co chodzi: Ludność podróżuje po opanowanej przez zombies Ameryce

Zaufanie do płota

Jakie to jest: Russel Mulcahy to jest gość. Zaczął karierę filmową od absolutnie kultowego tytułu, któremu następnie osobiście ukręcił łeb „średnio udaną” kontynuacją, a potem już miał równo z górki: niezły The Shadow, taki se Talos the Mummy i coraz bardziej ezoteryczne produkcje TV – nie zapominając jednak o teledyskach, Miło, że ktoś postanowił trochę gościa reanimować, dając mu do zrobienia trzeci odcinek wysoce bezpretensjonalnego cyklu o playstationowych zombie.

Serii RE trzeba oddać dwie bardzo ważne zalety, których nie ma wiele innych znanych filmów: trailery obiecują dokładnie to, co dostaniesz w kinie, a kolejne części są bardzo ścisłymi dalszymi ciągami poprzednich odcinków. Nawet zasadnicza obsada pozostaje zachowana – aczkolwiek w wypadku RE3 niestety nie uświadczamy głównej bohaterki poprzedniego odcinka, Jill Valentine. Zadziwiające, jaką żywotność wykazuje dość kaprawa w końcu wizja autorstwa Paula ‚Worthless Shit’ Andersona… Twórca serii jest obecny duchem w każdym kolejnym odcinku, na co dowodem jest np. to, że jak w każdym około-andersonowym filmie, również tu otrzymujemy w sporych ilościach mapy 3D wyjaśniające, gdzie się akurat toczy akcja.

Problem w Wenecji

Extinction (ciekawe, czy po Nemesis i Apocalypse długo myśleli nad kolejnym podtytułem) opowiada ponownie o losach naszej dzielnej (acz już chwilami niestety nieco podstarzałej) Alice, która podróżuje sobie po bezdrożach USA unikając zombies. Właściwie to teraz już cały świat składa się z bezdroży, jako że Wirus T wyciął w pień większość normalnej fauny i flory. Otrzymujemy tu więc klimat wręcz katalogowo postapokaliptyczny – pustynia, zrujnowane pozostałości cywilizacji, zdegenerowane bandy i opancerzone konwoje podróżujące w poszukiwaniu zapasów na dalszą podróż. Plus zombies.

Nasza Alice w swoich przygodach ma nieco ułatwione zadanie, jako że odkrywa w sobie moce Jedi, które pozwalają jej załatwić wiele problemów telekinetycznie. Co prawda czasami w kluczowych momentach zapomina ich użyć, ale na ogół się przydają. Sama bohaterka jest już postacią nieco ciekawszą niż w RE2, w nieco zblazowany sposób i z wisielczym humorem odbierającą zombie-świat wokół siebie. Pomimo praktycznego wyposażenia w motor, broń miotaną i noże kukri nadal nosi stroje szalenie niepraktyczne do napotkanej sytuacji, za to praktyczne dla oka znerdziałego nastoletniego widza.

Zombie camera

Samo zawiązanie akcji w filmie następuje dzięki właśnie owym nadprzyrodzonym zdolnościom – Alicja pomaga ekipie z pewnego kultowego konwoju (cysterna, hummer, karetka, wóz transmisyjny, autobus szkolny i ciężarówa) i w zamian za to przyłącza się do ich bandy. W konwoju tym przez zupełny przypadek spotyka też swojego kolegę Olivierę, znanego z RE2. Dodatkowo mamy tu też kilka nowych postaci – ekipę laseczek, w tym Ashanti i Claire Redfield (siostrę Chrisa, jakby kto nie wiedział), kowboja, kultowego Murzyna itp. Wspólnie wyruszają w świat w poszukiwaniu przygód.

Oczywiście zła korporacja Umbrella nie zasypia gruszek w popiele i wychodząc ze słusznego założenia, że „apokalipsa to nie koniec świata” nadal funkcjonuje w najlepsze w swoich podziemnych bazach. Nadal ochraniana przez swój wierny legion motocyklistów, że się tak wyrażę. Tym razem głównym tuzem jest tu prezes Albert Wesker, znany nam już z gierki i słynący z zamiłowania do żelu na włosach.

Ponieważ element korporacyjny w filmie jest znowu dość bogaty, mogłoby się też wydawać, że głównym wątkiem nie jest zatem podróż konwoju bohaterów, a eksperymenty doktora Isaacsa, który, wzorem ZomConu z Fido zamierza wyprodukować szczepionkę udamawiającą zombies – a do tego potrzebuje naszej Alice. Jak nietrudno się domyśleć, również ten projekt Umbrelli kończy się połowicznym sukcesem – ale przynajmniej dostajemy nowego potwora, co chyba staje się regułą w cyklu RE.

Amerykańska martyrologia

Przy wszystkich swoich campowych zaletach RE3 ma niestety jedną krytyczną wadę: brak fabuły. W filmie niestety nie chodzi o nic – różne cząstkowe questy i wątki bohaterów (sprowadzające się głównie do walki z zombies na różne sposoby) nie nadają niestety akcji żadnego celu. Nasi uciekinierzy postanawiają przedostać się na Alaskę, gdzie ponoć nie dotarł wirus, jednak przedtem jadą zatankować do Vegas. Tam natykają się na pewne problemy. I to w zasadzie koniec filmu.

Wyraźnie widać, że scenariusz filmu cierpi dość mocno na kryzys strukturalny i na widok końcowych napisów całe kino właściwie powinno krzyknąć „Co, już?”, bo właściwie te półtorej godziny klepania się po ryjach i strzelania z zombimi wiele w życie naszych bohaterów nie wnosi (z wyjątkiem tych, którzy zginęli). Tę słabość film stara się oczywiście nadrobić kultowymi i zwolnionymi scenami walki, co nawet mu jakoś się udaje. Szczególnie błyszczy tu strzelanina na gruzach Las Vegas tocząca się wśród sztucznych piramid i zasypanych sztucznych weneckich kanałów, ze snajperem ostrzeliwującym się ze sztucznej wieży Eiffela. Jednak dzięki takiemu nawałowi akcji, tym bardziej dotkliwy jest syndrom odstawienia, gdy film nagle się urywa.

Oprócz ciągłości akcji i bohaterów, ten odcinek jest również bardzo konsekwentny pod względem muzy – mamy nową aranżację main theme i sporo ostrej klasyki. Panu Mulcahy nie trzeba dwa razy powtarzać, jak się montuje do muzy, więc zgranie muzyczka/akcyjka wypada znakomicie. Absolutnie nie można się też przyczepić do postapokaliptycznej scenografii, która, zwłaszcza jak na budżet filmu, jest zrobiona super. Dla odmiany wszystkie pomieszczenia w bazie Umbrelli są mocno generyczne i raczej nie wywołają zemdleń z zachwytu – aczkolwiek ciekawy jest pomysł umieszczenia w podziemnej bazie repliki chaty z RE1.

Cóż mogę powiedzieć – dla fanów zombies, RE i akcji P/A jest to pozycja obowiązkowa, choć niekoniecznie w kinie. Dla pozostałych – jeśli akurat macie niewymagającą ochotę na coś lżejszego.

Ocena (1-5):
Atmosferka P/A: 5
Kult kręcenie akcji: 4
Fabuła: 2
Fajność: 4

Cytat: Climbing the Eiffel Tower… with a high powered rifle. A few years ago that would’ve caused quite a stir.

Ciekawostka przyrodnicza: Na końcu filmu mamy bardzo ładny akcent japoński – Resident nie rzuca ziemi, skąd jego ród!

Written by: Commander John J. Adams

Szeruj to!

 

Komenty FB

komentarzy

Komercha

9 Komentarze(y) na Resident Evil: Extinction

  1. Eh, Komandorze… Daliście "4" filmowi do którego scenariusz napisał Anderson? Dobrze, że zbliżają się Święta. Musicie odpocząć.

  2. JJ Adams, dać 4 temu chłamowi ? Jak Atue radzi: odpocząc, ubrać choinkę, zjeśc karpia i makowca 🙂 Ledwo 2 bym dał, nawet cały kult kręcenia akcji to same spowalanki i wygibasy LeeLoo (jeden dobry film na szczęscie jej się trafił). Kamerka center on tyłek i jazda, to nie walka nawet tylko jakaś tam parodia gatunku.

    Ok. snajper na wiezy był niezły.

  3. Charlie, wymieniłeś same zalety filmu, więc o co ci chodzi? 🙂

  4. Właśnie sobie uświadomiłem, że za cholerę nie pamiętam nic z drugiej części. Miasto, mapki 3D noc i napierdalanka. Być może natychmiastowe obejrzenie AVP po RE2 spowodowało zanik pamięci.

  5. Najlepsza była mistyczna brama międzywymiarowa zamontowana w kontenerze, z której wysypywały się gibkie zombiaki 🙂
    A i cudna była scenka testu uczłowieczonego zombiaka sprzętem soniacza hehe

  6. watson, ja pamiętam tylko jedna scene , coś w stylu "respect" gdzie biliśmy prawie brawo 🙂

    reszta to biała plama

  7. A ja w pełni popieram reckę JJA i łącze się w przyjmowaniu na klatę słów niesłusznej, wrażej krytyki 😀 No może do tej fajności, to bym dał – na 4 z minusem 😉

  8. Jako że nie nastawiłem się na postmodernistyczne katusze, to… nieźle się bawiłem. Dostałem to, czego oczekiwałem… no, może trochę brakowało mi jakiejś golizny 🙂

Dodaj komentarz