Reply To: Avatar

Homepage Forumy Na naszych ekranach Filmy, filmy, filmy Avatar Reply To: Avatar

#3712
podloopom
Member

[b]Avatar – czyli jak w ciągu dwóch i pół godziny o mało co nie przedzierzgnąłem się w ekooszołoma.[/b]

Jakieś dwa lata czekania, największy nerdoszał od czasu Matrx: Reloaded i wreszcie nadejszła wiekopomna chwila, kiedy dane mi było obejrzeć pierwszy film Camerona od czasu Titanica.

Od razu powiem – mam cholerny dysonans związany z Avatarem – z jednej strony porażająca warstwa wizualna (parafrazując wideoreckę nerda zza oceanu: "Avatar left my eyes totally fucked" ), a z drugiej fabuła, która mimo tego iż zgrabnie poprowadzona, jest po prostu potwornie miałka i do bólu przewidywalna.

Cameron funduje widzom klasyczną opowieść o rytuale przejścia. Mamy tu wyraźny podział na trzy fazy. Fazę pierwszą – wyłączenia, kiedy to Jake Sully zostaje zabrany z ziemi na Pandorę. Owo wyłączenie jest totalne – Jake z racji swojego kalectwa początkowo jest obiektem kpin koroporacyjnych żołnierzy, dr. Grace Augustine daje mu do zrozumienia, że naukowcom również się nie przyda, bo jest zwykłym "dumbassem", w końcu – rzecz oczywista początkowo nieufni wobec niego są Na'vi. Potem następuje faza marginalna – w trakcie której nasz protagonista powoli wkupia się w łaski tak wojskowych jak i jajogłowych, oraz zdobywa kolejne naviskillsy. Na koniec faza włączenia, kiedy Jake zostaje pełnoprawnym członkiem plemienia. Nie chcę tutaj wdawać się w szczegóły, żeby przypadkiem nie wyjechać z jakimś spojlerem, niemniej jednak, jest to schemat fabularny będący swego rodzaju kodem kulturowym i jest doskonale znany większości odbiorców (nawet, jeśli ci nie mają pojęcia, że mają do czynienia właśnie z rytuałem przejścia).

Oczywiście cała historia poprowadzona jest bardzo sprawnie. Cameron odpowiednio dawkuje dowcipy (z których niektóre i tak są dość oklepane) a dialogi nie rażą nawet wtedy, kiedy bohaterowie wypowiadają wyjątkowo patetyczne kwestie. Akcja nie siada nawet na chwilę – pojawiające się przed premierą plotki okazały się niestety prawdą i w filmie nie pojawiają się sceny pokazujące ziemię – historia rusza z kopyta na orbicie Pandory i nie zwalnia nawet na chwilę. "Sceny gadane" przerywają sekwencje akcji sporadycznie i tylko na chwilę, a i tak w sporej części z uwagi na oprawę wizualną i tak potrafią zatykać dech w piersiach.
W każdym razie, Cameron potrafi opowiadać historię. Niezależnie od tego czy to romans na parostatku czy opowieść o chłopcu i jego robocie, czy też o złych kapitalistach i kucykach pony, zawsze ogląda się toto dobrze i bez szczególnego psychicznego dyskomfortu. Niemniej jednak – oglądając "Avatara" człowiek co chwila doświadcza deja vu i mamrocze pod nosem: "ku*wa, już gdzieś to widziałem". JC zbudował z prefabrykatów prościutką jak konstrukcja cepa historyjkę, żeby dostarczyć masowemu widzowi prostej przyjemności odkrywania doskonale sobie znanych elememtów. Ale cóż – jak sie wydało na film 250 milionów $ to nie miejsca na eksperymenty.

Podobnie jest z postaciami – Sully to klasyczny życiowy rozbitek który w nowych warunkach zaczyna żyć pełnią życia i jedocześnie kolejny topos – bohater kulturowy. Pochodzi spoza społeczności na rzecz której działa, w pewnym momencie udaje mu się dokonać wyczynu znajdującego się poza zasięgiem przeciętnego na'vi (a jakżeby inaczej) i ujawniając swoje nadnaturalne cechy staje się opiekunem grupy. Dalej mamy Neytiri – księżniczkę obcych, "bad to the bones" Quaritcha i pilotkę śmigłowca graną przez Michelle Rodriguez, która przechodzi klasyczną przemianę wewnętrzną. Czyli na kolejnym froncie Cameron ani na jotę nie wybiega poza schemat.

Inna sprawa to motyw erotyki międzygatunkowej – twórcy Avatara na pewno bardzo się starali, żeby Neytiri wyglądała apetycznie i do pewnego stopnia im się to udało. Niemniej jednak sam wątek miłosny jest – moim zdaniem mocno naciągany. Ciężko mi uwierzyć w to, że człowiek którego umysł zostaje przeniesiony do ciała istoty innego gatunku zaczyna odczuwać pociąg do samic tegoż gatunku. To mniej więcej tak, jakby człowiek który znalazł się w ciele jelonka nagle zaczął odczuwać pociąg do łań. Doprawdy – trzeba być fanbojem pokroju morfeo z forum filmwebu, żeby ślinić się na widok niebieskiej laski z ogonem.

W ten właśnie sposób otrzymujemy wystawny i chwytający za serce paszkwil na cywilizację zachodnią. Ja rozumiem, że można odczuwać tęsknotę za naturą. Koniec końców na pewno życie w kulturze łowiecko – zbierackiej to musi być super sprawa, ale – do licha – wyczuwam tu pewien fałsz. Cameron z jednej strony zachłystuje się miłością do natury (uwierzcie mi – w niektórych momentach poziom sentymentalnych ekoblubrów przyprawia o mdłości), z drugiej strony z kolei, żeby dać upust tej miłości zaprzegnięto niesamowitą technologie i olbrzymi kapitał. Sztab grafików WETY siedząc przed komputerami i jedząc żarcie na telefon, pierdząc zapewne emitował do atmosfery tyle gazów cieplarnianych co elektrociepłownia Bełchatów. Ja bynajmniej tego nie kupuje – kupie dopiero jak JC pokaże papier, że w trakcie kręcenia nie wyprodukowano choćby metra sześciennego CO2. Wtedy sam zostanę Avatar – worshipperem.

Dobra – ponarzekałem sobie, to teraz pora powiedzieć o tym, co dobre. Jak już napisałem na wstępie wizualnie "Avatar" po prostu poraża. Gość z którym byłem na seansie po wszytskim stwierdził, że "to była heroina podawana doocznie". I miał sto procent racji. Rozmach scen akcji i bijąca z nich epa jest wręcz niesamowita. Efekt 3D sprawdził się doskonale. Przez większość filmu jest niemal niezauważalny w tym sensie, że brak chyba jakichkolwiek scen nakręconych (wyrenderowanych???) specjalnie po to, żeby zachłystywać się trójwymiarem. Nie ma wyskakujących w strone kamery potworków ani lecących przedmiotów. Cameron nie szpanuje nawet w scenach dziejących sie w powietrzu. To po prostu, zupełnie nowa forma doświadcznia rozrywki.

Uważam, że tym filmem Cameron na nowo zdefiniował pojęcie kina akcji.

Osobną sprawą jest jakość CGI i głęboko już dyskutowany "fotorealizm". Nie ma cienia przesady w stwierdzeniu, że Cameron nie zrobił tej dżungli w komputerze tylko znalazł w kosmosie porośnietą drzewami planetę i pojechał tam z kamerą. W scenach rozgrywających sie w dżungli widz po prostu się zatraca. Trudno mi powiedzieć, czy to dlatego, że odwzorowanie rzeczywistości jest tak dobre, czy po prostu w ogólnym natłoku CGI człowiekowi zaczyna być wszystko jedno – po prostu tak jest i już.
Podobnie jest z wirtualnymi aktorami. Jak już pisałem po avatardeju – nie wiem, czy to rewolucja, ale na pewno o kilka długości wyprzedza wszystko co do tej pory pokazano w kinie. Neytiri i Jakie (z akcentem na Neytiri) to jak do tej pory najbardziej szczegółowe i najlepiej zanimowane postaci CGI jakie dane mi było oglądać. Także w ich przypadku po niedługim czasie człowiek zampomina że ma do czynienia z animkami. Ich ruchy, gra mięśni pod skórą, mimika, w końcu spojrzenie, są niesamowite.

Trochę przydługi mi wyszedł ten post i odonoszę wrażenie, że w kilku miejscach przeczę sam sobie, ale – jak napisałem na wstępie – odczuwam w związku z tym filmem zajebisty dysonans.

Tyle.