Reply To: Waczmeni!

Homepage Forumy Na naszych ekranach Filmy, filmy, filmy Waczmeni! Reply To: Waczmeni!

#2668
Crov
Member

[i]"Who watches next Snyder's movie? Not me."[/i]

"Przybyłem, zobaczyłem i nie uwierzyłem", jak rzekł w Juliusz Cezar w jednym z animowanych Asteriksów. Nie uwierzyłem, dlatego że twór Snydera potwierdził wszystkie moje obawy.

Zaczęło się pozytywnie. To znaczy fajnym zwiastunem Transformers 2, a potem był początek "Strażników" i było tylko gorzej. Jeffrey Dean Morgan (który w tym momencie wygląda jakby razem z gościem grającym Nixona i Carlą Gugino urwał się z nowego odcinka "Saturday Night Live") zostaje zamordowany przez tajemniczego napastnika. Napastnika, który najwyraźniej jada dużo szpinaku, ponieważ rzuca stu kilowym Comedianem jak szkolnym plecakiem z zeszytami. Brutalna walka wygląda jak parodia przez idiotyczne, przerysowane motywy w stylu rozwalenie kawałka ściany pięścią i rzut przez pokój. Komediant wylatuje z okna. Werble.

Kurtyna.

Zaczyna się jedna z dwóch najlepszych sekwencji filmu – napisy początkowe. Inteligentne i przemyślane z dobrym zastosowaniem zwolnionego tempa. Wchodzi Rorschach i udowadnia mnie, wielbicielowi oryginału, że to, co prezentuje się dobrze w komiksie czy książce, nie musi się prezentować dobrze na ekranie. Jego przydługi monolog rozprasza i przeszkadza w budowaniu klimatu. Wróć. W komiksie monolog Rorschacha skończył się, gdy ten wszedł do budynku. Jednak Snyder to spieprzył. 🙂 Dziennik Rorschacha sprawdza się w dwóch momentach filmu – podczas odwiedzin u Laurie i Manhattana oraz na końcu.

Jackie Earle Haley jako Rorschach sprawdza się bardzo dobrze – ma odpychającą, brudną gębę i zimne spojrzenie. ALE. Czy gdzieś było powiedziane, że Walter Kovacs razem z Bruce’em Waynem chadzał na koncerty heavy metalowe? A może obaj są synami Clinta Eastwooda z nieprawego łoża? W komiksie wyraźnie zaznaczone było, że Rorschach mówi monotonnie i obco (coś, jak filmowy Manhattan), a w filmie właśnie wrócił z koncertu, gdzie chlał i jarał na potęgę. Oprócz tego Haley zagrał świetnie, ale nie podobają mi się wybuchy Rorschacha. Tym, co go odróżniało od większości typowych, fikcyjnych psycholi było to, że Rorschach był całkowicie spokojny i opanowany – to przecież Kovacs krzyknął "O, matko!", kiedy Rorschach mordował psa. Był jak John Ryder czy John Doe, a nie jak Stansfield. Tutaj się to zmienia, przez co postać nie jest aż tak przerażająca i intrygująca jednocześnie. Powiedziałbym nawet, że przez swój ludzki gniew jest trochę wygodniejsza dla widza.

Z resztą obsady już jest średnio. Patrick Wilson i Jeffrey Dean Morgan sprawdzają się w swoich rolach dobrze. Nie licząc paru słabszych momentów Wilsona i początkowej sekwencji Morgana (głównie to "zasługa" mejakpu) jest porządnie. W okresie wietnamskim Comedian wypada świetnie, a dodanie "fucków" do jego dialogów (w komiksie są tylko "shity" i "goddamny") to duży plus. To jedyne, czego zawsze brakowało mi w "Watchmen". Billy Crudup prawie nie gra, ale gdy pojawia się na ekranie to trudno było mi nie przeżywać jego historii. Cała opowieść Manhattana jest rewelacyjna i nie mogę się doczekać aż ktoś ją wytnie z wydania DVD i wrzuci na YouTube. 🙂

Matthew Goode jako Ozymandias prezentuje się jak pipa. Jedyny przebłysk charyzmy prawdziwego Veidta mamy przed spotkaniem z Dreibergiem, gdy Adrian rozmawia z dziennikarzem. Jego sepleniący obcy akcent i wygląd emo nastolatka jest absurdalny. Czy Goode przespał się z kimś żeby dostać tę rolę? Tak jak przewidywałem, w większości filmu wypada jak socjopata i faktyczny "evil genius", a nie ciepły, naprawdę chcący dobrze humanista. Jego strój łaskawie przemilczę.

Najsłabszym ogniwem aktorskim tego filmu są panie. Malin Akerman i Carla Gugino w niemal każdej scenie wypadają sztucznie i amatorsko. Gugino ma chociaż jedną dobrą scenę (gwałt), ale kiedy pojawia się w parze z Tą-Co-Pokazuje-Cycki (to, zdaje sie, pseudonim artystyczny Malin Akerman) to wszechświat eksploduje. Ich pierwsza wspólna scena to żenada. W przypadku Akerman nawet nie będę pytał czy się z kimś przespała, żeby dostać tę rolę, bo to pytanie retoryczne. 😉

W filmie znajdują się raptem dwie świetne sekwencje (opowieść Manhattana i intro), a do tego większość scen z Rorschachiem wypada zadowalająco. Niestety, oprócz tego oglądamy całe mnóstwo scen, które albo są miałkie i nijakie, albo są beznadziejne i śmieszne. Wśród śmiesznych mamy takie błyskotliwe dodatki, jak skaczący niczym Spider-Man Ozymandias, przezabawna scena seksu w rytm Hallelujah (o muzyce za chwilę) czy też hołd dla mojego ulubionego filmu z Seagalem "Out for Justice": walka w więzieniu, gdzie bandytom najwyraźnie wyłączono Sztuczną Inteligencję, bo wybiegają na Nite Owla i Silk Specter tylko po to, żeby dostać po ryju.

Wspomniałem o muzyce. Na siłę wciśnięto muzykę z lat 80-ych w sceny, do których albo nie pasują ("All along the Watchtower"), albo są łopatologiczne ("Everybody wants to rule the world"), albo zwyczajnie niepotrzebne i antyklimatyczne ("The Sound of Silence", wspomniane "Hallelujah"). Najbardziej kuriozalne było użycie "99 luftbaloons", które ani nie pasowało, ani nie było potrzebne i spowodowało jedynie, ze wybuchłem śmiechem. Przy pozostałych miałem na twarzy "jedynie" uśmiech politowania. To jeden z najlepszych elementów filmu. Najlepszych, bo najzabawniejszych. Przecież Snyder nie zrobił tego na poważnie, prawda? Prawda?

Nie od dziś wiadomo, że Zack Snyder ma subtelność i inteligencję młota pneumatycznego. I tak na przykład już w intrze dowiadujemy się, że Adrian Veidt jest gejem, a Edward Blake zamordował Kennedy’ego. Obie rzeczy zostały w fascynujący sposób jedynie zasugerowane i niedopowiedziane w oryginale, a tutaj po prostu są rzucone widzowi w twarz. Podobnie jest z tym jak Comedian wspomina Bernsteina i Woodwarda. Z kolei w zakończeniu zostajemy brutalnie obici łopatą z napisem "Blake jest ojcem Laurie". To jak scena z kreskówki o króliku Bugsie. Wielkie strzałki poustawiane przez kaczora Duffy'ego wskazują na króliczą norę, jednak, żeby biedny Elmer Fudd na pewno ją zauważył, Duffy musi mu powiedzieć wprost, że nora jest tam, gdzie wskazują strzałki.

Dialogi w większości wypadają okej, chociaż – ponownie – podejście na kolanach (a może brak umiejętności) Snydera było wielkim błędem. Duża część dialogów przeniesiona w sposób, jaki on to zrobił wypada niesamowicie sztucznie. Jedna postać pozwala drugiej na monolog, podczas gdy sama stoi w miejscu. Rzadko zdarza się, by postacie zaangażowały się w żywą wymianę zdań.

Duży plus za dbałość o szczegóły takie jak wystrój, plakaty czy sprzęt. Plastik, który tak widać w zwiastunach i slow/speed motion nie ma tak wiele. Inna sprawa, że gdy slow-motion się pojawia to jest zwykle w kompletnie debilnym momencie (skaczący z Archie'ego Comedian czy odwracająca się podczas wybuchu Silk Spectre). Z kolei charakteryzacja jest okropna. Naprawdę – dlaczego do roli Richarda Nixona zatrudniono muppeta? Kostiumy Nite Owla (brak brzucha), Silk Spectre i Ozymandiasa są beznadziejne. Oryginał był kiczowaty w przypadku Nite Olwa zamierzenie, ale to tu, to szczyt wiochy (i to jeszcze takiej, próbującej nie być wiochą).

Parę słów o różnicach między komiksem a filmem i zakończeniu.

Spoilery.

Wspominałem już o zmianach w postaci Rorschacha, ale szkoda też porzucenia kompletnie pochodzenia Sally Jupiter. Sally, naprawdę na nazwisko miała Juspeczyk. Sam akcent Polski był miły, choć nie tylko o to w tym chodzi. W moim odczuciu zawsze dodawało to do postaci Sally i Laurie oraz ich relacji. Sally ukrywała swoją prawdziwą tożsamość i zaprzeczała polskim korzeniom (co zresztą w tamtym okresie było całkiem normalne) i przyjmowała klasyczną superbohaterską postawę negując wszelkie powiązania z Polakami (tj. swoim "alter-ego"). Z kolei Laurie, która zbuntowała się przeciwko matce ostentacyjnie poprawiała wszystkich, którzy nazywali ją "Jupiter" miast "Juspeczyk" i nigdy nie ukrywała prawdziwego nazwiska swej rodzicielki. To moim zdaniem jeden z wielu smacznych dodatków, o które dbał Alan Moore pisząc komiks.

Jeśli chodzi o zakończenie to jestem zaskoczony, że jest dokładnie takie, jak przewidywałem tj. głupie. Abstrahuję już od niesamowicie komicznej sceny walki (Ozzy robiący unik skacząc w górę). Pomysł wykorzystania Manhattana do tego od początku wydawał mi się śmieszny i wcale nie zmieniło się to po obejrzeniu filmu. Ludzie żyją teraz w strachu przed czymś, czego nie da się pokonać – doświadczyli już dra i znają go. Ba, spokojnie mogą wyniknąć z tego dodatkowe konflikty, bo w końcu dlaczego jakiś kraj, w którym nie wysadzono bomby nie miałby być wspólnikiem dra? Albo nawet sama Ameryka? "Obcy" i zapisane w nim telepatyczne, straszne obrazy z komiksu są bardziej wiarygodne, bo nie tylko działa na racjonalną stronę ludzi, ale też podświadomą i emocjonalną, dzięki telepatycznemu impulsowi.

Nie mówiąc już o tym, że istnienie Bubatisa w filmie nie ma większego sensu. Ani nie został on użyty do wzbudzenia sympatii u Veidta, ani jako dowód, że ten "kalmar" mógłby zostać stworzony. Jedyny plus w stosunku do oryginału to rozpacz Nite Owla (vaderowskie "NOOOO!" było przezabawne! :)).

Po spoilerach. 😉

Zack Snyder wyraźnie chciał, żeby ten film był jego opus magnum. Wielkim dziełem, które doceni Akademia, krytycy i fani. Chciał, ale nie ma do tego umiejętności, talentu, ani inteligencji. Brak mu wyczucia i subtelności. Może najwyżej trzymać kamerę albo robić zdjęcia, a potem dawać się opieprzyć Christianowi Bale'owi. W rezultacie Snyder zrobił obraz niesamowicie odtwórczy, płytki, upozowany i sztuczny, przez co często komiczny i nudny, choć wizualnie – jak na przykład "Transformers" – interesujący.

3/10

Wniosek: przeczytaj komiks, zamiast oglądać film.