TFA

This topic contains 5 odpowiedzi, has 5 voices, and was last updated by  Atue 3 lat, 6 miesięcy temu.

Viewing 6 posts - 1 through 6 (of 6 total)
  • Autor
    Posty
  • #28788

    kamill
    Participant

    Dobra, przy sobocie jest chwila, żeby pójść pod prąd ogólnych zachwytów. Możliwe spojlery.

    Z kina wyszedłem skwaszony – i przez dłuższą chwilę nie mogłem dojść dlaczego. Niby wszystko jest na swoim miejscu; energia, emocje, gumowe ufoki, zaszłości rodzinne, kameralne bitwy na dwudziestu chłopa. Abrams odrobił lekcję starannie, aktorzy i ekipa się spisali. Wiadomo, że TFA to takie trochę monstrum Frankensteina, pozszywane z kawałków starej trylogii, ale w sumie pozszywane nader wdzięcznie i z kokardkami; no i przecież wszyscy (łącznie ze mną) dokładnie takiego nostalgicznego tripa oczekiwali. Nawet szeroko przez Disneja reklamowana politpoprawność okazała się bezbolesna i wzbogaciliśmy się o cenną wiedzę, że istnieją samczyki i samiczki szturmowców. Więc czemu po wyjściu z kina miałem wrażenie, że to wszystko jakieś takie smętne i niewesołe?

    Ano, powody są dwa. Pierwszy i najważniejszy – chociaż nieoczywisty – jest taki, że Abrams oddając hołd oryginalnej trylogii, w zasadzie ją unieważnił. Razem z Kasdanem cofnęli pionki na szachownicy tak, żeby przywrócić status quo z początku Nowej Nadziei. Jest złe (a w zasadzie jeszcze gorsze) imperium, broń masowej (a w zasadzie jeszcze masowszej) zagłady i garstka dzielnych rebeliantów; nadal brak rycerzy jedi, a na pustynnych planetach na krańcu galaktyki wciąż króluje brud, smród i ubóstwo. W efekcie wszystkie przygody jakie mieli Luke, Leia i Han zostały obrabowane z konsekwencji. Biegali, strzelali, wysadzali Gwiazdy Śmierci i w sumie nic z tego nie wynikło. Można by się może spierać, że to taki warhammerowy brand heroizmu – bijemy enemy nie o lepsze jutro tylko po to, żeby uniknąć gorszego. Ale jakoś po Gwiezdnych Wojnach spodziewałem się większego optymizmu. A kiedy dorzucimy do tego osobiste problemy Hana i Lei z wychowaniem potomstwa, to nie da się już na bohaterów starej trylogii patrzeć inaczej niż na kompletnie przegranych dziadów.

    Powód drugi to bardzo niefajny szwarccharakter. O co mi chodzi, skoro Kylo Ren to postać ewidentnie udana, intrygująca, wielowymiarowa i w dodatku świetnie zagrana (bo tego nie neguję)? Ano, porównajmy z oryginałem. Vader zrobił tak kolosalne wrażenie na widzach, bo był nieprzenikniony, bardziej straszydło niż prawdziwa postać. Niewzruszony, władczy, zagadkowy nawet po ujawnieniu koligacji rodzinnych (to zepsuły dopiero prikłele) a przede wszystkim – kompetentny. Jako taki świetnie kontrastował z bohaterami pozytywnymi – a kiedy wreszcie się nawrócił to z tym większą epą. Tymczasem psychologicznie wzbogacony Kylo Ren to „jedynie” psychopata, histeryk i frustrat, któremu w dodatku, od początku do końca filmu, nic nie wychodzi. Vader budził respekt. Kylo Ren jako wariat może budzić niepokój, ale i politowanie. Jak to ujęła moja żona – „biedne, niezrównoważone dziecko”. Fakt, że w wolnych chwilach gada do maski Vadera bynajmniej nie pomaga. Jeśli taki villain ma pociągnąć całą trylogię, to słabo to widzę – a że tłem dla Kylo Rena jest First Order o (jak zauważył Komandor) wyjątkowo ponurych, hitlerowskich rysach, to robi się jeszcze bardziej nieprzyjemnie. Może to i ciekawa postać, ale widząc ją na kubkach, plecakach i nadrukach na pościeli będę odczuwał pewien dysonans 🙂

    Inne spostrzeżenia luzem:
    – CGI. Fakt, dekoracje były w większości z gipsu i dykty jak przyzwoitość nakazuje, ale poza tym wcale sobie nie żałowali. I jak to bywa w CGI-heavy filmach, nie wszędzie udało im się uniknąć taniochy. Patrz: atak X-Wingów na Sześciokąt i Supreme Leader Voldemort.
    – Oscar Isaac. Nie potrafię kupić tego gościa jako postaci pozytywnej. Nawet kiedy się uśmiecha, jego oczy mówią „Dymisz? Dymisz? Zobaczysz po szkole!”. 😉 Nie wiem, może mam uraz po Ex Machina.
    – Na ogromny plus, trip Rey po odnalezieniu miecza. To było świeże!

    #28790

    Badus
    Participant

    Na filmie bawiłem się przednio. Szerszą opinią podzielę się po kolejnym seansie, by ocenić jak TFA radzi sobie bez atmosfery „hajpu”.

    Scena z największym emocjonalnym powerem? Solo przywołujący Kylo Rena prawdziwym imieniem.

    #28865

    Bezel
    Participant

    Ichabod świetnie podsumował moje przemyślenia nt. Przebudzenia Mocy – polecam obejrzeć.

    #29019

    kamill
    Participant

    Epilog: idąc do kina dwa tygodnie temu planowałem, że pójdę przynajmniej jeszcze raz, na 2d – przyjrzeć się detalom, stwierdzić czy widać użycie zabytkowych obiektywów (bo były, choć w przeciwieństwie do Tarantino, Abrams się tym chyba jakoś specjalnie nie chwalił). W postanowieniu utwierdziłem się jeszcze, kiedy wyszło, że przez okulary czyde widzę głównie odblask neonu „droga ewakuacyjna”.

    W końcu nie poszedłem. Za każdym razem znajdował się sensowniejszy sposób na spędzenie dwóch godzin.

    #29655

    John J Adams
    Keymaster

    Z uwagi na starwarsowy ciąg postanowiłem odświeżyć sobie całą sagę, od ANH po ROTS. I w kontekście moich i Waszych odczuć po TFA chciałem zatrzymać się na Ataku Klonów. To jest chyba idealny punkt do porównań „SW Lucasa” vs „SW nie-Lucasa”.

    AOTC jest IMHO najlepszym z 3 prequeli spinającym w sobie najlepsze i najgorsze cechy swojego ojca Dżordża. Jest to ewidentnie film, którego nie nakręciłby nikt poza Lucasem, tak jak Lucas nie nakręcił by TFA. No i właśnie mamy tu sporo pomysłów, które po latach są oczywiste i oklepane, ale które faktycznie w naturalny sposób mogły powstać w głowie Lucasa. Dobre i złe, ale w każdym razie pasujące do Sagi takie jak:
    – dobrzy szturmowcy pod wodzą Jedi – pamiętajmy, że to była wtedy rewolucja!
    – cała odsiecz na arenie, którą do tej pory uważam za genialną scenę,
    – niuanse lore Jedi (odbijanie błyskawic, kajdany Mocy),
    – pojedynek łowca-wymiatacz vs Jedi,
    – fajna planeta Kamino i jej mieszkańcy,
    – fajne Tattooine, częściowo bazujące na starych artach z ANH,
    – statek Jedi z hyperspace-ringiem i pojedynek ze Slave 1.

    Niestety jest też cała masa pomysłów koszmarnych i wtop:
    – poziom techniczny, który powoduje, że wiele renderów wygląda mniej naturalnie niż w Rebels,
    – Geonsianie i ich osrana fabryka robotów, z latającym R2D2 na czele,
    – „romans”, w który nie będę się wgłębiał,
    – w ogóle cały Anakin,

    Są też wątki, gdzie GL ewidentnie poszedł w stronę fanów, co wyszło mu tylko częściowo, np. życiorys Boby, który było mocno na siłę, choć Daniel Logan bez wątpienia jest najlepszym dziecięcym aktorem w SW. Innym tego typu pomysłem jest pojedynek z potworami na arenie, który niestety jest denny na wielu poziomach.

    AOTC jest filmem, gdzie ewidentnie widać ostatnie przebłyski geniuszu starego Dżordża, jednocześnie zmiażdżone przez obłęd nowego Dżordża. Gdyby go teraz zrimejkować, wyszedłby z niego świetny film – może podobnie zresztą jak ROTS, bo dla TPM nie ma żadnej nadziei.

    Pamiętam, że AOTC podobał mi się w kinie mega, teraz już niestety widać, jak strasznie się zestarzał, nie mówiąc o porównaniu z TFA. No ale fajnie pomyśleć, co by było, gdyby Lucas nie zwariował.

    #29999

    Atue
    Participant

    Dla mnie najlepszą stroną prequeli pozostają pewne wizualne aspekty TPM-u.

    Ogólnie rzecz biorąc ten film jest tak zły bo podejrzewam że na początku to wcale nie miał być film osadzony w uniwersum SW. Sceny na Naboo z Gunganami, droidami, miastami lądowymi i podwodnymi to wszystko jest ze sobą powiązane i ma swój wydźwięk. Charakterystyczne jest także podejście Lucasa, który wydaje mi się, że potrafił popuścić wodze fantazji robiąc ten film o konfilkcie w tym środowisku zarówno z charakterystycznymi mieszkańcami zarówno obcymi jak i ludźmi. Wszystko to zamykało się również ładną klamrą parady zwycięstwa na końcu.

    Analizując te sceny zauważyłem tam wiele motywów, które wcześniej przewijały się w pomniejszych projektach Lucasa – Gunganie (Kaczor Howard), Anakin (Bitwa o Endor) ale w odróżnieniu od tych produkcji w TPMie zostały one trochę lepiej rozwiązane.

    Żeby świat z TPMu zadziałał wystarczyło go zrealizować jako „nie-gwiezdne wojny”. I podejrzewam że taka była geneza tego projektu. Lucas wyciągnął ze swojej słynnej szuflady jakiś starszy pomysł (najprowdopodobniej przełom 80/90tych) lekko go rozbudował i pokazał studiu filmowemu mówiąc: MAM COŚ NOWEGO. Ci mu odparowali że wolą coś BEZPIECZNEGO i radzili mu napisać/przerobić na scenariusz do kolejnych Gwiezdnych Wojen.

    I stało się. W całą tę historię wpompowano idiotyczne motywy z Federacją Handlową, negocjacjami, Jedi, planetą miastem, Tatooine. A że to wszystko pasowało do oryginalnej historii jak pięść do nosa to nikogo już nie obchodziło.

    W Naboo tkwił potencjał – za wyjątkiem Jar Jara. Ale to była jedna pomyłka, która ogólnie przyczyniła się do negatywnego odbioru tego świata. IMO to właśnie motywy z Gwiezdnych Wojen sprawiły, że TPM jest niespójnym, złym filmem. Gdyby Dżordż olał forsę to można by ten projekt zrealizować w ramach oryginalnego sf albo fantasy.

    Później były „właściwe” Gwiezdne Wojny bo Dżordż w AOTC i ROTS leciał z podejściem „odtwórczy sequel dla forsy”. No i zaserwowano nam nieświeżą rybę z facetami w białych zbrojach, sceną z napierdalaniem się świetlówkami i Tatooine i łowcą itd. Oczywiście to podlane nawiązaniami do innych filmów.

    I nie inaczej jest z najnowszymi Gwiezdnymi Wojnami tego epigońskiego pieska Abramsa, który jak dzisiaj przecytałem prorokuje bardzo ciekawą przyszłość dla SW:

    http://www.thedailybeast.com/articles/2016/02/26/j-j-abrams-gay-characters-coming-to-star-wars.html

Viewing 6 posts - 1 through 6 (of 6 total)

You must be logged in to reply to this topic.