Batman v Superman: Dawn of Justice

Tytuł: Batman v Superman: Dawn of Justice
Produkcja: USA, 2016
Gatunek: Komiksowy
Dyrekcja: Zack Snyder
Za udział wzięli: Jason Momoa, Morpheus, Henry Cavill, Ben Affleck, Jeremy Irons, Amy Adams, Gal Gadot, Jesse Eisenberg, Komediant
O co chodzi: Batman walczy z Supermanem

Jakie to jest: Idąc do kina na BvS miałem już świadomość całego hejtu jaki wylał się na ten film po premierze, więc szczerze mówiąc byłem mocno ostrożny. Z drugiej strony nie do końca chciało mi się wierzyć, żeby Snyder, choć ma też na swoim koncie gnioty, nakręcił aż takie dno – zwłaszcza, że Man of Steel przy jego różnych niedociągnięciach uważam za film bardzo dobry.

Starcie Batman versus Superman to oczywiście żadna nowa idea, przewalała się ona przez łamy komiksów od lat, nie mówiąc też o kilku planowanych i skasowanych filmach. Wreszcie doczekała się ona ekranizacji – i to nie tylko jako tytułowy pojedynek, ale podwalina pod całą serię JLA i kolejne solo-filmy, co pewnie też legło u podstaw jej słabości.

Film zaczyna się całkiem niezłym onirycznym wprowadzeniem Batmana, po którym jednak następuje cała seria szybkich scen wprowadzających multum poszczególnych wątków. Mimo, że nie jest jeszcze tragicznie, sygnalizuje nam to, że BvS będzie napchany po sufit wątkami i postaciami, bez części których spokojnie mógłby się obejść. Nie jest to aż taki mess jak Avengers czy Spider-Man 3, ale mimo wszystko po scenariuszu Goyera spodziewałbym się już czegoś bardziej eleganckiego.

You work out?

You work out?

Inna ważna sekwencja z początku filmu to wstęp do niechęci Batmana do Supermana, czyli bitwa z Zodem w Metropolis obserwowana z perspektywy ulicy przez Bruce’a Wayne’a. Cała ta scena zresztą wygląda na odpowiedź Snydera na krytykę Man of Steel, jakoby Superman w swoim pojedynku z Zodem zrównał miasto z ziemią. Tutaj widzimy, że owszem zrównał, nawet jeszcze bardziej, niż nam się wydawało i jeszcze na końcu dostał za to pomnik. Jest to o tyle ciekawe, że Snyder bynajmniej się z tego faktu nie wycofuje, tylko pokazuje, że tak, miasto zostało rozwalone, takie jest ciężkie życie w świecie DC, handlujcie z tym.

Jednak do tej pory film ogląda się całkiem nieźle, nie jest to może arcydzieło, ale całkiem solidny, nieco mroczny film superbohaterski kontynuujący ideę MoS. Aczkolwiek z uwagi właśnie na wielość wątków i postaci, są one potraktowane znacznie bardziej pobieżnie niż w pierwszej części. BvS odwraca się zatem od swojego dziedzictwa: MoS był idealistycznym obrazem o samym Supermanie, co w kinematografii supermanowej jest obowiązującym imperatywem. Tutaj mamy odgrzanie wątków, takich jak mesjanizm czy poszukiwanie przez Supermana swojej roli na Ziemi – jednak momentami w postaci banalnej, łopatologicznej, lub fajnej wizualnie, ale bezcelowej strukturalnie (Meksyk i Święto Zmarłych).

Grim Fandango

Grim Fandango

Pamiętam czasy, gdzie największą obawą związaną z BvS było obsadzenie Afflecka jako Batmana. Ponieważ osobiście specjalnie Bena nigdy nie hejtowałem, szanując go za dokonania w Good Will Hunting i u Kevina Smitha, mnie to specjalnie nie ruszało – i jak się okazało, słusznie. Batman, a zwłaszcza Bruce Wayne, Afflecka to jeden z lepszych Batmanów w dziejach, zwłaszcza, że tutaj występuje w podstarzałej, millerowskiej wersji.

Jednak aktor to jedno, a scenariusz to drugie. Batman poprowadzony jest bardzo niekonsekwentnie – mimo, że film poświęca mu dużo czasu i uwagi, wydaje się on znacznie mniej dorobioną postacią niż prosty Superman. Rozumiem, że Batman miał już tyle swoich solo filmów, że w teamowym nie ma sensu rozrabiać go od zera, ale z drugiej strony jego postać, mimo, że w BvS ma za sobą ponad 20 lat przeszłości, jest bardzo prozaiczna. Bo poza tym, że Batman jest doświadczonym przez przygody bezwzględnym i skrajnym tępicielem zła, niewiele można o nim powiedzieć. Można zresztą odnieść wrażenie, że jego wrogość do Supermana bierze się właśnie z tego stetryczałego zgorzknienia, a nie z bardziej racjonalnych powodów.

Świecące oczy Batmana

Świecące oczy Batmana

Tak więc Batman z jednej strony jest jednowymiarowy, a z drugiej próby „uatrakcyjnienia” go też nie są najszczęśliwsze. Scenarzysta Goyer widocznie uznał, że klasyczne podejście do Dark Knighta wyczerpał w trylogii Nolana, więc w tym wypadku postanowił tę postać nieco udziwnić. Batman dziwnym trafem nie stroni tu od broni palnej, zarówno na pojazdach i instalacjach (akceptowalne), jak i w dłoni (nieakceptowalne). Cały robo-Batman wypada niestety na filmie słabo – zresztą nie byłem jego fanem również w komiksach. Tak więc niestety nowy Batman jako postać, to tylko resztki po trylogii Nolana.

Dla porównania, Cavillowi scenariusz daje więcej pola do popisu niż Affleckowi i nadal jest świetnym Supermanem. W scenach mesjanizmu/cierpienia/zdecydowania/walki Superman wypada tu ikonicznie świetnie – choć może motyw laser-oczu został tu przeeksploatowany.

Świecące oczy Supermana

Świecące oczy Supermana

No ale przejdźmy do tego, że nasi bohaterowie walczą ze sobą. O co Batmanowi z grubsza chodzi, wiemy, harcerzykowi Supermanowi natomiast nie podoba się to brutalne podejście swojego kolegi do zwalczania przestępczości. Z niewielką pomocą swoich nieprzyjaciół udaje im się tę niechęć eskalować.

Jednak sam tytułowy pojedynek odbywa się w filmie właściwie pro forma i jeśli sumiennie oglądaliście trailery, to zobaczyliście właściwie prawie cały. To się zresztą w jakiś sposób odnosi do całego filmu: jest on dokładnie taki jak zapowiadały trailery, ani lepszy, ani gorszy. Po odejściu od solowych filmów skupionych na bohaterze, jak Batmany Nolana, Superman Returns czy nawet Man of Steel, mamy po prostu komiksowe, w złym znaczeniu tego słowa, łupu-cupu, które niespecjalnie stara się być dojrzałą rozrywką. Zwłaszcza odnosi się to do postaci Wonder Woman, na której owszem, można oko zawiesić, ale poza tym jest postacią 100% zbędną i tylko potęgującą i tak duży tłok postaci i wątków. Rozumiem, że wszystko to ma być wstępem do JLA, ale nie wiem czy WW wpadająca między Batmana a Supermana to akurat najlepszy sposób na jej wprowadzenie.

Cheek to cheek

Cheek to cheek

A skoro o wprowadzeniach mowa. Każdy fan Poszukiwaczy zaginionej Arki ceni sobie dobre wprowadzenie kluczowych postaci – a tutaj go praktycznie nie ma. Superman jeszcze pół biedy, bo znamy go z MoS i wejście też ma niezłe. Jednak Bruce Wayne w swoim pościgu jeepem pojawia się mimochodem, a pierwsze ujęcie Batmana to kompletna żena, Wonder Woman też praktycznie niepostrzeżenie przenika do filmu. Również Lex Luthor intro ma kiepskie, ale to problem całej jego postaci. Można powiedzieć, że to żadna wada – w końcu film adresowany jest do osób z grubsza kumających uniwersum DC, a także dobrze pamiętających Man of Steel – inni raczej nie mają w kinie czego szukać. Od razu dostajemy na ryj akcję, nie bawiąc się w specjalne przedstawianie świata – z wyjątkiem milion pierwszej wersji zabójstwa Państwa Wayne (na marginesie to już druga scena tego wydarzenia wyreżyserowana przez Snydera).

Wracając do Luthora, to warto o nim napisać więcej – bo jeśli mielibyśmy komuś opowiedzieć, o czym jest ten film, to tak naprawdę sprowadzałoby się to do zdania, że „Lex Luthor robi tamto i owamto”. Nikt chyba specjalnie nie krytykował obsadzenia Jesse Eisenberga (Szczecin pozdrawia) w tej roli – zakładaliśmy, że jak zagra Zuceknberga na sterydach, to będzie w sam raz. Niestety nic takiego nie wystąpiło – Jesse miał chyba jakiś pomysł na LL, jednak scenariusz ani może Snyder nie pozwolili mu się wykazać. Jego specyficzny Luthor zasługiwał na lepsze wprowadzenie niż Wonder Woman, ale go oczywiście zabrakło i dostaliśmy postać niespójną, aktorsko przeciętną, słabo komunikującą geniusz i szaleństwo – a właściwie obie te cechy osobno, w oderwaniu od siebie. Ach, Kevin Spacey, wróć.

Fajny kitel

Fajny kitel

No i przechodzimy do największego zarzutu – bo masa wątków i postaci, które tak naprawdę są po nic, to jeszcze nie jest wada krytyczna. Film zarzyna natomiast finałowa komputerowa kreskówka, gdzie tempo i chaotyczność akcji są wprost imponujące. OK, w MoS też sporo się działo na końcu, ale tam przynajmniej było to z grubsza poukładane i ustrukturyzowane – tu mamy jakieś wyścigi z Avengers na ilość akcji i demolki, gdzie wciśnięto naprawdę kuriozalne pomysły. Gdyby ta sama akcja była potraktowana bardziej kameralnie (albo w ogóle jej nie było), film byłby o klasę lepszy. Generalnie przez 80% czasu film jest na poziomie zbliżonym do MoS, jednak pozostałe 20% to trudne do wytłumaczenia dziwactwa, takie jak finalna bitwa, przedziwny posłaniec w czasie czy prezentacja pozostałych członków JLA. Także znana z trailerów scena z supermanowanego postapokalipsia zostaje skopana na tak elementarnym poziomie, że aż dziw bierze, że coś tak potencjalnie genialnego można było tak załatwić. Przy tym wszystkim niewielką wadą jest topograficzny fakt, że Gotham i Metropolis leżą praktycznie po dwóch stronach niespecjalnie szerokiej zatoki – nie wiem jak się to ma do kanonu DC, ale generalnie chyba Superman i Batman co chwila nawzajem wchodziliby sobie na szkodę.

Megiddo, Megiddo...

Megiddo, Megiddo…

Nie mogę oprzeć się porównaniu BvS z poprzednim filmem Snydera, gdzie mieliśmy tłumek superbohaterów, czyli Watchmen. I niestety Watchmen, co by się nie czepiać, byli filmem o niebo lepszym. Każdy z bohaterów był właśnie bohaterem, a kameralność akcji zawsze wygrywa z komputerowym lunaparkiem. Kurde, już nawet Sucker Punch był mniej choinkowym messem niż BvS. Idąc dalej, możemy nawet pogadać o 300, którzy konstrukcyjnie i reżysersko wygrywają z BvS o 10 basenów. Może warto, aby przed poprzednim filmem reżyser nieco przyhamował i wrócił do źródeł.

Czy zatem BvS zasługuje na modny hejt? Raczej nie. To film z dużymi wadami, ale nie spieprzony fundamentalnie. Może za 2 lata powrócimy do niego z większym sentymentem, jak teraz do starych Supermanów.

 

Ocena (1-5):
Superman: 4
Batman: 3
Luthor: 2
Fajność: 3

 

Cytat: ‚ve killed monsters from other worlds before.

Ciekawostka przyrodnicza: Pamiętacie domysły, że ta fota z planu przedstawiała Flasha?

rec_bvs08

Szeruj to!

 

Komenty FB

komentarzy

Komercha

4 Komentarze(y) na Batman v Superman: Dawn of Justice

  1. „Man of Steel przy jego różnych niedociągnięciach uważam za film bardzo dobry.”

    Tiaaaaa – a ostateczna ocena BvP z Twojej strony to 3. Innymi słowy nie tylko nie wydawać pieniędzy – nie marnować nawet czasu!

    A propos, ci z Warnera zaczynają już nieźle świrować, bo próbują przerobić skończony Suicide Squad:

    http://www.themarysue.com/suicide-squad-reshoots-for-more-lols/

Dodaj komentarz