Interstellar

Tytuł: Interstellar
Produkcja: USA, 2014
Gatunek: SF
Dyrekcja: Christopher Nolan
Za udział wzięli: Venom, dziadek z Trzeciej Planety od słońca, Catwoman, Alfred
O co chodzi: Kosmonauci lecą szukać Ziemi 2

Jakie to jest: No tak. Christopher Nolan nakręcił kilka relatywnie pomysłowych filmów, w których ambitne idee fantastyczne starał się przedstawić prostym językiem dla mainstreamowego widza. Po świetnie skomponowanym Prestiżu i łopatologicznej Incepcji postanowił pójść krok dalej w stronę metafizycznego kina poruszającego sprawy Kosmiczne przez duże „K”. Czy był to krok w stronę Odysei, czy raczej Misji na Marsa? Zobaczmy.

Najpierw setting: świat przedstawiony w Interstellar jest jednym z mocniejszych punktów filmu (aczkolwiek sam jego kształt nie odgrywa mega ważnej roli dla fabuły). Na pierwszy rzut oka życie na Ziemi wygląda „normalnie”, jednak jest to nieźle pomyślana degrengolada i upadek cywilizacji. W rzeczywistości akcja dzieje się kilkadziesiąt lat do przodu, jednak w życiu codziennym nie wystąpił żaden postęp, a wręcz regres: ludzie jeżdżą starymi samochodami, nie ma już komórek, a nawet wojska. Ludzkość głoduje w wyniku globalnej pylicy, gdyż plaga pyłu niszczy plony –zatem cały wysiłek ludzkości idzie w rozwój rolnictwa. Poniekąd przypomina to Ludzkie dzieci – tu też ludzkość widzi już kres swojej egzystencji, co wywołuje określone poczucie depresji. W Interstellar nikogo nie interesuje już żaden rozwój techniczny poza możliwością wyżywienia – stąd w tym totalitarnym świecie (czyt. USA) przyszłości zabronione jest wspominanie o podboju kosmosu, a wykształcenie rolnicze jest niemal obowiązkowe. Nasi farmerzy mieszkają więc w praktycznie XVIII-wiecznych gospodarstwach zwalczając wszechobecny pył wdzierający się wszędzie, niczym w permanentnej burzy piaskowej.

Imperium Popiołu

Imperium Popiołu

Na tym tle Nolan rozpoczyna swoją historię, która silnie splata osobiste wątki bohaterów z uniwersalnymi wątkami ludzkości. W roli siły absolutnej w zastępstwie takiego np. Słońca występuje tu… grawitacja. W sumie nie jest to dziwne, bo każdy kto przespał tylko połowę lekcji fizyki i poczytał coś tam o astronomii wie, na ile jest to kluczowe zjawisko we wszechświecie. W ogródku grawitacji rosną też czarne dziury i anomalie czasowe, więc rozsądny filmowiec ma tu spore pole do popisu.

O co więc chodzi? Prosta sprawa: ostatnim rzutem na taśmę ludzkość (czyt. USA) organizuje w tajemnicy wyprawę celem znalezienia innej planety, na którą ludzie mogliby się przesiedlić. A gdzie znajdzie taką planetę? Po drugiej stronie wormhole’a, który pojawił się koło Saturna. A skąd się tam wziął ten wormhole? To się okaże.

Klasyczne ujęcie

Klasyczny kadr

Nolan ewidentnie świadom był pułapek, w jakie łatwo wpadają filmy „Kosmiczne” robione przez amatorów: epatowanie kosmitami, technikaliami, kretyńskie metody komunikacji z obcymi cywilizacjami, przegięte wątki rodzinne. Tu reżyser zaadresował (przepraszam za słowo) każdy z tych oklepanych motywów i z pełną premedytacją przedstawił je po swojemu, co powoduje, że FILM MA SENS. A nie jest to łatwe, gdyż liczba przeplatających się kluczowych motywów jest faktycznie spora: upadek cywilizacji, ekologiczna śmierć planety, więzi rodzinne, postęp i odkrywcza natura człowieka, podbój kosmosu, samoświadomość ludzkości jako gatunku, instynkt samozachowawczy człowieka, łącznie z potrzebą „pozostawienia czegoś po sobie”, a wszystko to oczywiście spięte metafizyczno-kosmiczną klamrą.

Reżyser łączy te wątki dość spójnie w jedną opowieść – co więcej rozgrywaną jednocześnie w kosmosie i na Ziemi, co nie jest proste z uwagi na dylatacje czasowe. Mamy z jednej strony przygody odkrywców badających obce planety na drugim końcu kosmosu, a z drugiej strony zderzenie ich wysiłków z całkowicie ludzkimi słabościami (i zaletami). Tu oglądamy spektakularne (ale nie przegięte) kosmiczne krajobrazy, a tutaj widzimy coraz bardziej upadającą cywilizację na Ziemi – aczkolwiek na szczęście ten upadek jest prezentowany raczej w skali mikro, bez przesadnego eksponowania, bo nie o to w filmie chodzi.

Upside down

Upside down

Schodząc do szczegółu wybiegnę może trochę dalej niż powinienem, ale muszę: jednym z lepszych motywów w całym filmie są monolityczne roboty towarzyszące w misji naszym dzielnym kosmonautom. Roboty wykazują dowcipną (ale nie idiotyczną) osobowość, takiego HALa po drinku. Ponadto ich siermiężny design mocno nawiązuje do klasyki kina SF – może nie bezpośrednio, ale właśnie stylem, kojarzącym się raczej z latami ’80. Jestem pewien, że ich pamperki będą hitem.

No właśnie, design. Jak wszyscy wiemy, George Lucas wprowadził stylistykę „zużytego wszechświata”, bla bla bla. U Nolana jest nieco inaczej: tu cały film sprawia wrażenie zużytego, z lekko pożółkłą nutą kolorystyczną, idealnie pasującą do motywu degrengolady. Statki kosmiczne, którym poruszają się bohaterowie to również siermiężny design przypominający dekady ‘70/’80: przyciski, kafelki (!), klaustrofobiczne komory hibernacyjne – a nawet ujęcia lotu rakiety nawiązujące do klasycznych ujęć ze złotej ery podboju kosmosu. Do tego oczywiście dodanych jest trochę nowoczesnych elementów kokpitu czy skafandrów, ale nie zmienia to całego wrażenia. Nolan ewidentnie chciał tu nawiązać do klasyki SF, z której film czerpie oczywiście obiema garściami.

Chłopiec i jego prostokąt

Chłopiec i jego prostokąt

Poza robotami w filmie grają też osoby. Na co dzień mdły (poza Reign of Fire) Matthew McConaughey dobrze sobie radzi z rolą głównego kosmonauty Coopera, aczkolwiek obstawia ją głównie dwiema minami. Towarzysząca mu w kosmosie Catwoman niestety jest dość płaską postacią, ale też nie o nią tu chodzi. O dwóch pozostałych załogantach tła nie wspomnę, bo nie ma o czym – aczkolwiek jeden z nich wykazuje zadziwiająco dużą odporność na długotrwałe odosobnienie (chyba jeden z większych logicznych błędów filmu). Znacznie ciekawiej sprawdza się Jessica Chastain na Ziemi, jako córka Coopera, ale po niej niczego złego się nie spodziewałem.

Podobnie jak Incepcja, Interstellar cierpi na chorobę łopatologii, ale na szczęście w mniejszym stopniu. Mamy tu więc rozmowy między naukowcami, którzy wyjaśniają sobie nawzajem problemy fizyczne na poziomie podstawówki. W trakcie lotu kosmicznego przedstawiają sobie ustalenia, które powinny być zrobione jakieś pół roku przed startem; fajna jest też ilustracja działania wormhole’i, która jest IDENTYCZNA jak analogiczna scena w wykonaniu Sama Neilla w Event Horizon. Wierszyk wygłaszany przez Michaela Caine’a w trailerze za pierwszym razem robi wrażenie, ale kilkakrotnie wałkowany w różnych kontekstach w filmie staje się męczący.

Jazda po kosmicznej bandzie

Jazda po kosmicznej bandzie

Poza uniesieniami duchowymi film zapewnia też małe co nieco dla zmysłów: podróż wormholem, znana już wszystkim wizualizacja czarnej dziury czy lot po Horyzoncie Zdarzeń robi duże wrażenie – jeśli macie możliwość obejrzenia filmu w IMAXie, to silnie to zalecam. Miła dla ucha jest muza Zimmera, bardzo różna od jego sztampowych dokonań (o ile to on ją faktycznie osobiście komponował).

Jakim filmem jest ostatecznie Interstellar? Jest pewnie bardziej ckliwym dramatem niż stricte science fiction, ale w tym przypadku nie jest to wada. Jest znacznie lepszym obrazem niż np. taki udający ambitny SF Kontakt (również z McConaugheyem zresztą). Nolan ewidentnie porwał się na trudny temat, który ciężko było sprawnie objechać i efekt jest znacznie lepszy, niż można by się spodziewać. Oczywiście nie odpowiem Wam na najbardziej spoilerowe pytania, takie jak: Czy im się w końcu uda? Czy główny kolo przeżyje czy może odleci na monolicie? Czy spotkają kosmitów i jak oni wyglądają? Jednak zgodnie z tym, co napisałem powyżej, odpowiedzi na te pytania w filmie są sensowne. Zapraszam do ich poznania w kinie.

 

Ocena (1-5):
Visual: 5
Człowiek, czyli ludzkość: 4
Dowcipny robot: 5
Fajność: 5

Cytat: Plenty of slaves for my robot colony?

Ciekawostka przyrodnicza: Pierwotnie scenariusz filmu był pisany dla Spielberga, który jednak ostatecznie zrezygnował z reżyserii. Może i dobrze, bo pierwsza wersja fabuły był nieco koszmarniejsza od finalnej.

Szeruj to!

 

Komenty FB

komentarzy

Komercha

8 Komentarze(y) na Interstellar

  1. Recka spoko, dla mnie film zasługuje na rekomendację, ale de gustibus… Co mi się nasuwa…

    Raz, ciekawostka, pierwszy raz od jakichś dwudziestu lat widziałem w kinie film bez reklam: wybiła godzina 00:01 i zaczął się film. Mind blown.

    Dwa, film zyskuje z czasem – po obejrzeniu byliśmy z moją ładniejszą połową nieco rozczarowani (np. rzeczoną łopatologią), po ponad tygodniu rozmów na jego temat uważamy film za genialny.

    Trzy, całość wydaje się jedną wielką polemiką z „Odyseją kosmiczną 2001”. Motywy i pytania są podobne, rozwiązania wątków i odpowiedzi – całkiem inne. Wrażenie pogłębia jeszcze strona techniczna (praktyczne efekty), niemal skopiowane sceny (dokowanie!) i roboty (monolit i HAL w jednym).

    Cztery, dla czytelników Zakazanej jest łopatologia, tymczasem wygląda na to, że mnóstwo ludzi filmu całkiem nie zrozumiało. Więc albo ta łopatologia jest potrzebna, albo tym bardziej można sobie było darować, bo i tak szerokie ciemne masy nie załapią. YMMV.

    Pięć, mdły Matthew McConaughey? „True Detective” nie widziałeś, Komandorze?

  2. Film również bardzo podobał mi się. I tak jak u rozmówcy, zyskuje w perspektywie czasowej (nomen omen, hłehłehre).

    W ramach ciekawostki – znany internetowy mem (oraz, w wolnym czasie, popularyzator nauki), Neil deGrasse Tyson, bardzo propsuje naukową stronę filmu, można troszkę poczytać tutaj: http://www.facebook.com/l.php?u=http%3A%2F%2Fwww.nbcnews.com%2Fscience%2Fspace%2Fafter-cosmos-neil-degrasse-tyson-dives-science-interstellar-n243796&h=wAQET-DWg
    Np. ciekawa uwaga o olbrzymich falach, że nie było to tylko jakieś tam sobie widzimisie.
    A Matthew jest bardzo spoko, True Detective zniszczył system.

  3. Obiło mi się o uszy, że film jest kryptyczną kontynuacją „Ghostbusters” – czy to prawda? I na ile da się go oglądać mając alergię na gromkopierdność Lolana?

  4. Ten wierszyk wygłaszany przez Caine’a to „Do Not Go Gentle Into That Good Night” Dylana Thomasa. Utwór bardzo znaczący w kulturze anglosaskiej, w Polsce znany chyba najbardziej w przekładzie Stanisława Barańczaka, czego oczywiście twórcy napisów nie zauważyli, i tłumaczyli ten wiersz po swojemu.
    Pewien obecny celebryta, z którym ZP przeprowadziła wywiad, jedną ze swoich książek opatrzył tytułem będącym frazą z w/w wiersza.
    Co do filmu – ogólne wrażenie psują drobiazgi, których łatwo byłoby chyba uniknąć (domy mają okna zabite dechami – a gdzie okiennice – nagle zabrało tornad w USA; jakieś prymitywne uszczelnienia, by pył się wszędzie nie wciskał).
    Lot na Saturna trwa tyle, iż można założyć, że od dzisiejszych czasów nie nastąpił żaden postęp w dziedzinie napędu.
    Znajdzie się tego więcej, a szkoda…

    • Czasu lotu do Saturna akurat bym się nie czepiał, bo i na żaden specjalny postęp w tej dziedzinie się nie zapowiada… Najmocniejszy kopniak którym dysponujemy to stara, dobra energia atomowa (i to czysto teoretycznie, wyniesienie reaktora na orbitę byłoby ciut kłopotliwe, ochrona załogi przed promieniowaniem – jeszcze bardziej). A z rozważań na papierze wynika, że pojazd o takim napędzie skróciłby czasy podróży ledwie o połowę w stosunku do rakiet chemicznych – na Saturna wlókłby się zatem 3,5 roku zamiast zakładanych dzisiaj siedmiu.

  5. Film podobał mi się!
    Podpisuję się pod wszystkimi ocenami na tak, łącznie z zachwytem nad monolitem on the move. 🙂
    Dodam jeszcze inne spostrzeżenie, tj. starego dziada – ojca córeczki: otóż największe wrażenie robił na mnie wątek tatalata a tu rośnie małolata. Nie spodziewałem się aż takiej reakcji alergicznej(gaz łzawiący na sali puścili czy co ;)), ale naprawdę powracający wątek chwytał mnie za gardło. Między innymi dzięki tak przekonująco zbudowanym relacjom między bohaterami reżyser udźwignął temat.
    A dla wszystkich, którzy zauważyli, że kilka dziur nie zostało „zaadresowanych” polecam to http://www.collegehumor.com/post/7004102/what-sex-with-christopher-nolan-must-be-like

Dodaj komentarz