The Hobbit: An Unexpected Journey

Tytuł: The Hobbit: An Unexpected Journey
Produkcja: USA, Nowa Zelandia, 2012
Gatunek: Fantasy
Dyrekcja: Peter Jackson
Za udział wzięli: Watson, Gandolf, Kratos, Frodo, Ash, Agent Smith
O co chodzi: Trzynastu krasnoludków i sierotka Bilbo

Krasnoludki idą rwać rzepę

Jakie to jest: Jak wspaniale, że na ZP ominęła mnie konieczność recenzowania LotRa, co wiązałoby się z koniecznością ponownego przeczytania tych wszystkich smutów i porównywania z tym co leci w kinie. Hobbit mnie niestety nie ominął, ale stwierdziłem, że w końcu nie jest to Gra o Tron: nie ma obowiązku czytania przed obejrzeniem. Poszedłem więc do kina wyposażony jedynie w mgliste wspomnienia o książce, starając się jak zwykle skupić na filmie jako takim, a niekoniecznie jako ekranizacji. Oczywiście to podejście po najmniejszej linii oporu okazało się absolutnie błędne, jako że znaczną część projekcji spędziłem zastanawiając się „czy to było w książce”?

No bo tak się składa, że „Hobbita” ostatni raz czytałem z 30 lat temu (przerażające, jak sobie człowiek to uświadomi), więc poza głównym punktami akcji, takimi jak trolle, ucieczka w beczkach czy pająki wiele nie kojarzyłem. Na szczęście Alicja uczestnicząca w zbiorowym wyjściu części rodzin zakazanoplanecianych do kina odświeżyła sobie ostatnio lekturę, więc służyła konsultacjami w zakresie zgodności dzieła z oryginałem. Co ciekawe, po dalszym riserczu internetowym, którego dokonałem w domu, okazało się, że sporo wątków, które uznałem że owoc wybujałej wyobraźni Jacksona i jego kamratów faktycznie pochodzi z pierwowzoru literackiego.

Reisefreude

Hobbit to objaw swoistej gigantomanii, do której przyzwyczaił nas już Jackson. Ekranizacja, która spokojnie zmieściłaby się w jednym (długim) filmie jako bezpretensjonalny hack’n’slash, jakim jest książka, została rozdęta do trzech epizodów, przetykanych licznymi retrospekcjami i postaciami, których w oryginale nie uświadczysz. Najwyraźniej Peter uparł się, aby Hobbit stanowił równorzędną cześć LotRowskiej sagi, zamiast kameralnego stand-alone wstępu, jak to było w oryginale. Stąd też przez ekran przetaczają się epizodycznie tabuny LotRowskich postaci z Frodem na czele, wszystko jest zrobione z ogromnym rozmachem, łącznie z co najmniej dwiema wspominkowymi bitwami. Zakładam, że koncepcja jest taka, aby na koniec płynnie podpiąć Hobbita pod trylogię (czyli właściwie jedną trylogię do drugiej), ale sens tego działania mi umyka. Starając się przerobić tę historię na coś, czym ona nie jest, Jackson wjeżdża w koleiny twórczość Kevina J. Andersona, który jak wiadomo pomaga przerabiać luźne zapiski nieżyjących autorów na „pełnoprawne” części ich sag. „Hobbit” powstał jako książeczka dla dzieci pełna radosnego mordobicia i tak powinno zostać w filmie.

Imprezka z karłami

Na szczęście póki co owo rozdmuchanie Hobbita nie zaszkodziło samej fabule jako takiej – jeśli odjąć ideologiczne i historyczne wtręty film pozostaje całkiem wierną ekranizacją, łącznie z piosenkami, humorem i epą-epą-epą, gdyż, jak pamiętamy, książka bardzo słusznie stawiała na akcję, a nie fabularne smęty. Również w filmie, kiedy już wyprawa wyruszy, ciężko znaleźć 10 minut bez pościgów, odrąbywanych głów i lżejszej maści potyczek.

Nie będę nikogo obrażał streszczaniem o co chodzi (macie zresztą w nagłówku), więc jak każdy wie, istotnym bohaterem książki/filmu jest wataha trzynastu krasnoludów. Jackson potraktował ich tak, jak można się było spodziewać: nie próbował nawet zrobić z nich równorzędnych bohaterów. Mamy Thorina, Balina i 11 osób tła. Tym tłem nie są oczywiście generyczne krasnoludy: każdy ma swój styl, większość nawet ma jakiś dialog czy też indywidualną akcję. Tym niemniej w trosce o komfort psychiczny widza film skupia się tylko na tych dwóch – i dobrze.

Dziad i jego króliki

W tym momencie pragnę też wytknąć próbę uczynienia z Thorina kogoś w rodzaju Aragorna-Lite, co chyba nie do końca jest zgodne z duchem książki. Pomijam lekko przejaskrawiony background, w którym Thorin prawie dorównuje Aragornowi (król jedzie odzyskać prawowicie mu się należące królestwo itp.), ale też wręcz fizyczne podobieństwo i wzrost. Thorin niewiele ustępuje wzrostem Gandalfowi, w scenach, gdzie compositorowi z WETy się chciało – a jak mu się nie chciało, to obaj są tego samego wzrostu. Nie jestem pewien, czy taka wersja tej postaci była konieczna, aby film miał ręce i nogi.

W ogóle w ekranizacji, jak wspomniałem, jest nieco nowych postaci, tudzież starych, które nie należą do pierwowzoru literackiego. Na plan wpadł na kawkę Elijah Wood i przy okazji zagrał 30 sekund Frodo. Pojawia się też czarodziej Radagast, któremu Jackson poświęcił znacznie więcej uwagi niż sam Tolkien – trzeba przyznać, że tu akurat decyzja była trafiona, bo jest to IMO postać w tym kształcie idealnie pasująca do Hobbita, no i też stanowi ciekawy wkład w lore Śródziemia, a czarodziejów w szczególności. Za to zupełnie nową postacią jest ork Azog, który pełni rolę odwiecznego wroga Thorina i do konfrontacji z którym akcja nieubłaganie dąży – najwyraźniej, podobnie jak w przypadku Lurtza i gadającego Oka, Jackson lubi mocno spersonalizowanych enemy. W ramach dorabiania ideologii do prostego „Hobbita” pojawia się też kilka innych postaci znanych z LotRa, ale nie będę wchodził w szczegóły, abyście, jeśli nie wiecie, zaskoczyli się w kinie. Do filmu dodano też nieco bonusowych scen akcji (jak np. skalne olbrzymy), których chyba jedynym zadaniem było zabawienie fanów 3D.

Epika

Co do samych technikaliów, nie ma się do czego przyczepić. Technika poszła do przodu i takie np. wargi czy Gollum zrobione są o niebo lepiej niż ich LotRowskie pierwowzory. Generalnie w temacie efektów i CGI jest absolutne zero faili – choć, co ciekawe, mógłbym się przyczepić do rekwizytów. Ekipa krasnoludków dość mocno eksponuje „syndrom lekkiego topora”, co przejawia się tym, że broń trzymana zarówno w łapie jak i przytroczona do ekwipunku ewidentnie nie ma istotnej masy. Zadziwiające, biorąc pod uwagę, jak było to dopracowane w LotRze.

Tym niemniej pod każdym niemal innym względem scenograficznym mamy postęp w stosunku do pierwotnej trylogii: nie mamy już drzew kończących się 3m od podłoża, czy ewidentnego kręcenia lasu w studio. Wszystko jest tu nieco bardziej plastyczne, naturalne i hmmm… rozległe. Oczywiście w pewnych granicach, o czym mowa niżej. Acha, oczywiście tradycyjnie już zapomniano o antyorkowym świeceniu elfickich mieczy. Podobnie jak w LotRze, świecą tylko wtedy, kiedy jest to wygodne dla fabuły – miło, że Jackson konsekwentnie powiela ten blooper.

Mapa generalnie jest ważna

Mówiąc o aspektach technicznych nie sposób przemilczeć 3D i oczywiście osławionego HFR. Co zadziwiające, 3D JEST ZNOŚNE. Mimo, że będę zwalczał ów wymysł do kresu swoich dni muszę przyznać, że technologia 3D w Hobbicie nie męczy tak oczu jak dotychczasowe wynalazki po tej stronie Odry. Oczywiście sam efekt trójwymiarowy jest pomijalny, chodzi mi tylko o ergonomię i komfort oglądania – głównie dzięki całkiem przyjemnym jednorazowym okularom. Co do HFR, jak można się spodziewać: absolutny mindfuck. Pierwsze minuty filmu musimy poświęcić na techniki medytacyjne celem uspokojenia naszego przerażonego mózgu, który koniecznie chce już iść do domu. Wszystkie dotychczasowe zarzuty: wideo z wesela, teatr telewizji (i synonimiczny z nim „polski film”) są jak najbardziej trafne. Przede wszystkim ciężko nam przekonać własną świadomość, że oglądamy film, taki fantastyczny z krasnoludkami – mózg upiera się, że widzimy program TV albo makingof. Efekt ten potęguje pozbawienie początkowej części filmu muzyki, co już w ogóle daje wrażenie reportażu ze Śródziemia. Po drugie stąd właśnie wynika odczucie, że dekoracje, kostiumy i rekwizyty tracą znacznie na swojej sile kreowania filmowej rzeczywistości: gubimy poczucie oglądania fantastycznego filmu i widzimy wyłącznie zupełnie prozaiczne pomieszczenia i przedmioty, niezależnie od tego jak bardzo byłby one oblepione CGI. Po trzecie film sprawia momentami wręcz wrażenie przyspieszonego – przy gwałtownych ruchach kamery i postaci najbardziej widać różnicę między 24 a 48 fpsami i tu właśnie dostajemy wrażenie FFWD. Jackson zresztą korzysta z tego majtając kamerą o wiele intensywniej, niż w przypadku LotRa. Po czwarte: oświetlenie – różnica, którą najbardziej widać w scenach w pomieszczeniach, takich jak chałupa Bilba. Wszystko sprawia wrażenie prześwietlenia intensywnym jednolitym światłem; odnoszę wrażenie, że wymogi oświetleniowe HFR były tak duże, że wszelkie cienie musiano chyba dodać komputerowo w postprodukcji. Na szczęście efekt ten nie występuje w scenach plenerowych, czy też składających się w większości z CGI. Co ciekawe, mniej więcej w połowie filmu szok percepcyjny mi przeszedł i oglądało mi się go niemal naturalnie. Momentami wysoki frame rate naprawdę mocno pomagał akcji i sprawiał niezłe wrażenie – tym niemniej w ogólności EWIDENTNIE NIE PASUJE DO HOBBITA. HFR w pełni ucieszyłby mnie w produkcji pokroju Transformers, ale w filmie fantasy, zwłaszcza o tak określonej poetyce jak Tolkien nadaje się on jak wół do karety. Tak więc wynalazek ten należy chyba złożyć na karb zlucasienia Jacksona i jakiejś rozpaczliwej próby przechwycenia pałeczki w technologicznej sztafecie – gdyż artystycznie jest to w tym wypadku jedna gigantyczna pomyłka.

A teraz walka!

Warto słowo wspomnieć o muzie, którą zrobił znowu Howard Shore. Jest ona fajna w dość LotRowskim stylu, choć nie towarzyszy nam od dechy do dechy filmu, jak w pierwszej trylogii – jak wspomniałem, występuje brak muzy w pierwszych scenach w Bag End i kilku innych momentach filmu. Głównym motyw muzyczny bazuje na melodii „Ponad gór omglony szczyt” wg aranżacji filmowych krasnoludów i jest mega udany, dobrze pasując, zarówno do scen „epiczna podróż” jak i do scen „biegniemy i obcinamy członki enemy”.

Niestety w filmie oprócz na siłę dopisanej ideologii jest też dużo na siłę wciśniętych powtórek z LotRa. Z tego powodu Hobbit jest nieco nużący, gdyż obserwujemy odgrzewane kotlety, których nie było w oryginale (super-łucznik, narada u Elronda, bombastycznie heroiczne bitwy z przeszłości, bębniarska muzyka w goblińskich podziemiach). Na szczęście dużo jest też przaśnych momentów, na które w LotRze nie byłoby miejsca (złapanie krasnoludków w worki przez trolle, piosenki – w tym np. o naczyniach). Tym niemniej w trakcie filmu dość szybko nachodzi nas ponura refleksja, że oglądamy kolejny odcinek tego samego i poza może Smaugiem za ileś tam lat, nic na ekranie nie zrobi już na nas większego wrażenia.

Hej ho, hej ho!

Sama obsada dobrana jest dość trafnie – i fajnie, że Martin Freeman nie próbuje zbyt mocno naśladować, ani Iana Holma, ani Elijaha Wooda. Swoje wątpliwości co do ryja Thorina już wyraziłem, reszta krasnoludów, jak wiadomo charakteryzuje się dużym wizualnym indywidualizmem, ale i tak stanowi tylko tło. Z ewidentnych wtop, może nie tyle castingowych, co technicznych przytoczyłbym króla goblinów, którego głos niestety brzmi jak głos zwykłego faceta, a nie monstruma.

Bardzo ciężko podsumować Hobbita, zwłaszcza nie widząc kolejnych części. Film sprawia wrażenie zrobionego bardzo sprawnie, podążającego dobrze przetartymi szlakami po LotRze. Niestety jego rozpięcie pomiędzy przyjemną napierdalanką a epiczną częścią większej całości jest wielką słabością. Za dużo dodatkowych postaci, nie wszystkie sensowne, za dużo patetyzmu, który przytłacza akcyjkę, która powinna dominować. Przez ten „awans” Hobbita do poważnej historii tracimy sporo rubasznego krasnoludzkiego humoru, a same krasnoludy stają się postaciami przesadnie tragicznymi.

W filmie brak jakiegokolwiek momentu zachwytu, jakieś doskonałej sceny czy nawet ujęcia, którymi nafaszerowany był LotR, przy wszystkich jego słabościach. Hobbit jest poprawny, oczywiście, ale chyba Jackson tak zakochał się we własnej interpretacji, że nieco zgubił zamiłowanie do materiału źrodłowego. Czy sam PJ poczuł się równorzędnym z Tolkienem twórcą świata Śródziemia, pozwalającym sobie na zredefiniowanie znanych historii? Zobaczymy w kolejnych odcinkach.

Ocena (1-5):
Brutalne walki:
5
Epizm: 3
Reanimacja jeża: 5
Fajność: 4

Cytat: Is he a very great wizard, or is he more like you?

Ciekawostka przyrodnicza: Dla złaknionych PRAWDZIWEGO Bane’a:

Written by: Commander John J. Adams

Szeruj to!

 

Komenty FB

komentarzy

Komercha

10 Komentarze(y) na The Hobbit: An Unexpected Journey

  1. Kurde, naprawdę spodziewałem się bardziej krytycznej recki. Cóż, na film nie hypeowałem się specjalnie, ale i tak jednak mam w gębie gorzki smak rozczarowania. Książki nie czytałem, jestem dopiero w trakcie czytania trylogii, ale i tak przez cały film czułem, że całość to zbiór wesołych przygód z sesji RPG, z których Peter "Człowiek-Wentylator" Jackson chciał zrobić epickie, prawie trzygodzinne przeżycie. Wszystkie akcje są do bólu przedłużone.

    Za to podobało mi się, jakie, względem poprzedniej trylogii, jest tutaj Śródziemie. Baśniowe, "chropowate" i krasnoludzko rubaszne. Mamy Radagasta ( fajna, odjechana reanimacja jeża, zaprzęg z wypasionymi królikami, na takie motywy w Lotrze nie było miejsca ), zgraję śpiewających i bekających krasnoludów oraz bardziej zabawne niż paskudne ryje trolli i króla goblinów. Nie wiem jak ostatecznie będzie wyglądał czarnoksiężnik, ale jego pierwsze przedstawienie zdecydowanie odstaje od tego, do czego przyzwyczailiśmy się we Władcy.

    HFR, jak pisałem na forum, nie wywarł na mnie złego wrażenia. Czasami moje oczy nie wyrabiały. Ale pierwsza moja reakcja to "ale to zajebiście wygląda !". Potem we flashbacku z wygnaniem krasnoludów uderzyła mnie jednak zbytnia sztuczność. Za to wszelkie potwory wypadły cholernie naturalnie, zwłaszcza zajmująca pół ekranu, gadająca morda króla goblinów.

    Mam względem tego filmu foszka. Zobaczymy, jak wypadnie druga część.

  2. Zaszalałeś z tym 4/5. Więcej napiszę jak się najem.

  3. Po pierwsze film jest za długi. Naprawdę cieżko jest wytrzymać te 3h w kinie. Po drugie, wiele scen to praktycznie żrzynka z "Drużyny Pierścienia" np. walka skalnych gigantów i burza śnieżna wywołana przez Sarumana; pościg goblinów za Radagastem i pościg Upiorów Pierścienia za Arweną itp. Po trzecie: za mało bajki za dużo mrocznego fantasy. Po czwarte: rozbicie ekranizacji na trzy, 3h godzinne filmy (czytajcie: jawny skok na kasę). Po piąte: chwilami było nudno.

  4. Seans na plus, początek mi się odrobinę dłużył, ale ogólnie to jestem zadowolony z "Hobbita". Nie spodobał mi się tylko make up krasnoludów podczas retrospekcji z ataku Smauga, deczko tanio wyglądał np. król (ale później już była full profeska w kwestii wszelakich efektów). Nowe postacie (i te stare, ale rozwinięte) ogólnie podobały mi się, dobra była beka podczas pościgu wargów za sankami :d. Mimo wszystko film był nieźle długaśny i przydałoby się z niego wywalić tak z 15-20 min popierdółek.

    Wg mnie Jackson musiał się trochę napocić, biorąc pod uwagę to, jak wiele podobnych motywów było w "Drużynie pierścienia" zerżniętych z "Hobbita" (mam na myśli książki). Wrażenie lekkiego deja vu pozostało, ale czekam na smoka i bitwę Pięciu Armii.

  5. A ja trochę nie na temat, bo na "Hobbita" dopiero się wybiorę – szalenie jestem ciekawy ZP-owej recki "Atlasu chmur". Może kogoś da się jeszcze uratować przed tym dziełem, ja padłem ofiarą tego kuriozalnego trzygodzinnego rzyga, ale inni mają jeszcze szansę.

  6. Koleś mocno "rżnie" konwencji recenzji Plinkett-a, ale gada z sensem: [url]http://www.youtube.com/watch?v=WO0AkSGOavo[/url]

  7. Zamiast Hobbita obejrzałem nowego Spidermana i muszę napisać, że zaskoczenie potężne. Film zdecydowanie lepszy od pierwszego z Goblinem, solidne aktorstwo, fabuła bez nadęcia, flagi i pompy. Mega plus.

  8. Veni, vidi, i spodobidi. Dla mnie Hobbit na wielki plus, na takich filmach wyłazi ze mnie dzieciak, jakoś mi długość w ogóle nie przeszkadzała, i 4 godziny bym posiedział 😉 i dziękuję Hernowi za to, że zrobili z tego 3 filmy, bo to oznacza więcej czasu w Śródziemiu:D zgorzkniałe zgredy jesteście i tyle, dawać drugą część bo nie wytrzymię!

  9. Za dużo bardzo irytujących nawiązań do Strusia Pędziwiatra (tak, wiem, Panie LNA, że to nie żaden struś).

    Poza tym całkiem fajne.

  10. Mnie się tam film podobał. Recenzja właściwie też, acz głównie w kwestii punktacji, bowiem z samą treścią z radością bym nieco podyskutował….

    W każdym razie poczekajcie aż obejrzycie nowego Tarantino….. Cóż za crap.

Dodaj komentarz