Harry Potter and the Deathly Hallows: Part 2/Harry Potter i Insygnia Śmierci: część 2

Tytuł: Harry Potter and the Deathly Hallows: Part 2/Harry Potter i Insygnia Śmierci: część 2
Produkcja: USA, 2011
Gatunek: Czary-mary
Dyrekcja: David Yates
Za udział wzięli: Plejada znanych aktorów i wyrostki
O co chodzi: This is how the saga ends: not with a bang, but a whimper.

Uważaj, żebyś jaja nie zniósł

Jakie to jest: No dobra – od zarania Zakazanej Planety męczymy naszych czytelników frapującymi newsami dotyczącymi kolejnych odcinków przygód Harry’ego Pottera. Tak więc jak się powiedziało A, B, aż do Ź, trzeba też powiedzieć Ż, napisać ostatnią reckę i skończyć temat.

A zatem, prekursor genialnej w swej prostocie metody „jak zarobić dwa razy na tym samym filmie tnąc go na pół”, Harry Potter and the Deathly Hallows, Part 2. Jak może niektórzy pamiętają, na części pierwszej zasnąłem, ale nic nie szkodzi, bo przed obejrzeniem finału odświeżyłem ją sobie (np. dopiero teraz zobaczyłem fragment animowany), aby z pełną wiedzą przyswoić finał tej epicznej sagi. Niestety od razu mogę powiedzieć, saga zakończyła się nie walnięciem, a raczej po prostu wygaszeniem. Nie chodzi mi tu nawet o fakt, że w końcowa konfrontacja nie odbywa się nad wulkanem, co samo w sobie jest karygodne, ale o kompletnie pozbawienie ostatniego aktu cyklu jakichkolwiek emocji.

Od przedszkola do Opola
HP1
HP2
HP3
HP4
HP5
HP6
HP7.1
HP7.2

Jak może pamiętamy, w poprzednim odcinku Voldemort, jeden z najbardziej idiotycznych nemesisów w historii popkultury (w wielu reckach załamywałem nad nim ręce, więc teraz już nie będę wchodził w szczegóły) i w dodatku bez kinola (jawna kpina z LotRa, który jak pamiętamy słynął z wielkich sztucznych nosów doklejonych niemal każdemu aktorowi) zdobywa topowy artefakt w universum Pottera, czyli różdżkę czegośtam. Zbrojny w ten gadżet udaje się ze swoimi poplecznikami zrobić wreszcie porządek z niepokornym Hogwartem. W toku różnych przygód do szkoły wraca też w końcu Harry Potter, mają więc okazję spotkać się i odbyć finalną konfrontację – a wszystko to w 3D.

Czy zobaczymy więc ostateczną wielką bitwę magiczną, na miarę potyczek Jedi/Sith z trailerów Old Republic? A wała. Zobaczymy jakieś dziwaczne paramilitarne wydarzenie wokół szkołozamku Hogwart, które – jak się później dowiedziałem od tych, którzy czytali książkę – było megabitwą. Chyba jednak kamera pana Yatesa w czasie tej bitwy była gdzie indziej, a na ekranie pokazał jedynie jakieś dziwaczne masowe podchody.

Całe oblężenie to seria incydentów i potyczek, w których bierze udział maks. 5 osób. Co prawda mamy scenę, gdzie rzesza anonimowych złych czarodziejów ubranych w szmaty biegnie ławą na zamek przywodząc na myśl najlepsze sceny z X-Men 3, ale nie kończy się to żadnym konkretnym zwarciem. Wrażenie bitwy starają się budować oglądane z daleka zniszczenie boiska do Quidditcha (wreszcie) czy wysadzenie mostu. Jako bonus mamy gungańskie pole siłowe wokół obiektu, a także czarodziejskie katapulty burzące budowlę na wzór Pól Pelennoru. Sama bitwa dzieli się na kilka ataków i kontrataków, z których każdy sprawia wrażenie marginalnej wycieczki, a nie jakiegoś zdecydowanego działania. Tym bardziej dziwią wplatane pomiędzy nie sceny zniszczenia i umierających w lazarecie ofiar, bo nie za bardzo wiadomo, w jakich okolicznościach te straty zostały zadane. Podczas jeden z takich epizodów umiera jeden z rzekomo głównych bohaterów (tak, to był ten mega smaczek przed premierą ostatniej książki), aczkolwiek że był to ktoś ważny i że jego śmierć była istotna, zorientowałem się dopiero pół filmu później.

No dobra, ale co jest w filmie poza warstwą militarną? Nie za wiele. Mamy bardzo ciekawy motyw posłuszeństwa różdżek, a zwłaszcza wspomnianej Głównej Różdżki. Nie będę wchodził w szczegóły, ale idiotyzmem dorównuje on mniej więcej wątkowi „prawa własności nieruchomości, do której musi być zaproszony wampir” z aktualnego sezonu True Blood. Jak wspomniałem, ginie nieznany główny bohater, ale ci znani, poza Harrym, też nie mają za wiele do roboty. Hermiona i Ron wypowiadają w sumie mniej więcej tyle kwestii, co Arnold w Terminatorze 1, a i Harry wygłasza głównie komunały w kulminacyjnych momentach – zero normalnych dialogów.

Quest Harry’ego sprowadza się głównie do znalezienia wszystkich Horkruksów, coby osłabić Voldemorta i zwiększyć swoje szanse w ostatecznym pojedynku. Tempo musi mieć niezłe, bo zostało ich w sumie bodajże pięć, a przez ostatnie dwa filmy znalazł aż jeden. Szczęśliwym trafem finałowe Horkruksy są do znalezienia na terenie i w okolicach Hogwartu, co zapewnia naszej opowieści klasyczną jedność akcji, czasu i miejsca. Przy okazji ich poszukiwań mamy fajny motyw pomocnej pani duch nawiedzającej szkołę, która też chyba jest ważną postacią w całej sadze, ale sorry – nie wiedziałem tego oglądając.

Jeśli ktoś spodziewał się jakiegoś ultrapojedynku pomiędzy Potterem a Voldemortem, może wyjść z kina nieco rozczarowany. Jak wszystkie inne konflikty w filmie pojedynek ten odbywa się na raty, z których żadna nie jest jakoś pasjonująca. Fajna jest tylko scena jak latają wokół zamku tłukąc się w powietrzu – szkoda, że ciężko ją obejrzeć, bo dzieje się w nocy, a dzięki okularom 3D widzimy tylko, że jest jakiś ruch na ekranie. Przy tej okazji muszę złapać się za głowę, ile roboty ludzi od efektów poszło na marne przez ten kretyński trójwymiar – większość scen bitewnych w filmie ma charakter nocny lub zmierzchowy, dzięki czemu w okularach nie widać prawie nic. Z niecierpliwością odliczam dni, aż przekleństwo 3D wreszcie się Hollywoodowi znudzi.

Finał Sagi, oprócz zakończenia głównego wątku, powinien obfitować w inne spektakularne zamknięcia motywów drugoplanowych. Tutaj mamy np. taki motyw Snipesa (ziewanie, przewidywalny 10 lat wcześniej), czy Bellatrix Lestrange (trzeba być czujnym, bo można przegapić tę 5-sekundową scenę). Dziwacznie zaczyna się i kończy wątek rodzinny Malfoyów, który był dla mnie 100% niezrozumiały. Generalnie film obfituje w sceny zrozumiałe tylko dla czytelników oryginału, jak np. znikający i pojawiający się Miecz Gryffindora, ale to już było w poprzednich Potterach. Na ekranie pojawia się też sporo pobocznych postaci, których poprzednio albo nie było, albo dawno nie było, albo byli, ale nie wiedzieliśmy, że są ważni (jak ten poległy „główny bohater”). Pomaga to może trochę rozruszać akcję, ale jakiejś krytycznej różnicy nie stanowi.

Ale urwał!

Tak więc film niestety był słaby. Jako szeregowy Potter byłby jeszcze do przyjęcia, ale jako finał w ogóle nie zagrał. Prostactwo fabularne (podobnie jak w części 1 – tak się dzieje, jak z jednej książki robisz dwa filmy) i zakończenie całej Wielkiej Tajemnicy stekiem klisz, przewidywalnych i ogranych motywów. To oczywiście spadek po literackim oryginale, ale Yates zrobił mało co, aby to wszystko ufilmowić. Niestety cała wielka bitwa zrobiona jest w duchu „jak sobie mały Jasio wyobraża bitwę czarodziejów”, bez śladu filmowego polotu i dojrzałej interpretacji, chociażby wizualnej – tak jakby po dekadzie seria zamiast dojrzeć wróciła do poziomu bajki dla dzieci. W samym zamknięciu historii brak jakiegoś fajnego tragizmu, czy znaczącej straty – a i fabuła gna na złamanie karku po prościutkim sznurku zdarzeń, by nagle się urwać.

Smok ukraiński, jakby kto pytał

Dla uczciwości, film ma swoje przebłyski – po pierwsze świetna muza Depslata przydaje nieco dramatyzmu tam, gdzie nie jest w stanie zrobić tego akcja. Po drugie mamy kilka poprawnych scen detektywistyczno-przygodowych. Po trzecie Hermiona już nieco wyrosła i ciężko zrozumieć, dlaczego Harry wybiera tę drugą lebiegę, zwłaszcza że przez większość śmiertelnej bitwy ani razu nie interesuje się jej losem. Tak więc da się to obejrzeć – zwłaszcza, jeśli nauczeni doświadczeniem nie spodziewamy się po Potterze zbyt wiele.

I to na tyle w temacie HP na ZP – chyba, że pani Rowling jeszcze kiedyś coś napisze i ktoś to nakręci. Mimo wszystko – szacun, że dojechali z ekranizacjami do końca, gdyż początkowo byłem pewien, że ekranizacja podzieli losy innych napoczętych ekranizacji cykli dla młodzieży. Szacun też, że producentom udało się przez 10 lat utrzymać tę samą obsadę – z wyjątkiem Dumbledora, oczywiście. Co by nie gadać, wyczyn kinematograficzny jest, a i sama seria była znacznie ciekawsza, niż można by się spodziewać po książce, gdzie na okładce był rysunkowy chłopczyk z różdżką. Pani Rowling najwyraźniej miała jakąś tam wizję, i jeszcze jakby umiała pisać, to oprócz popkulturowej maszynki może dałoby się z tego zrobić sensowne wydarzenie – niestety na każdy jej oryginalny pomysł przypadało 100 miałkich i oklepanych motywów. Kobicie najwyraźniej zabrakło potencjału, aby umieścić całość w 100% fikcyjnym świecie z własnymi regułami – a nie przepisanymi z każdej znanej bajki, zwłaszcza, że powiązanie świata magii z rzeczywistym też ją w końcu przerosło. Także zakończenie cyklu o połowę wcześniej pozwoliłoby na nieco większe zaskoczenie odbiorcy.

A tak, na koniec w kinie dostaliśmy przeciętniactwo, aczkolwiek dzięki dobrym reżyserom pewne odcinki udało się nawet bez bólu obejrzeć. Adams out.

Ocena (1-5):
Bitwa: 2
3D: 1
Finał: 2
Fajność: 3

Cytat: Harry Potter: Professor, what should I do?

Ciekawostka przyrodnicza: 99% filmu dzieje się w ciągu jednego dnia.

Written by: Commander John J. Adams

Szeruj to!

 

Komenty FB

komentarzy

Komercha

12 Komentarze(y) na Harry Potter and the Deathly Hallows: Part 2/Harry Potter i Insygnia Śmierci: część 2

  1. W porównaniu z bredami książki tu wszystko było jasne i klarowne. O co chodziło w pitoleniu o różdżkach zrozumiałem dopiero z filmu. JKR zakończyła wszystkie wątki wielką kupą, czego efektem jest kupa w filmie. O ile pierwsza część ostatniej części cudem z kupy zrobiła sensowny film, to w dwójce mamy kupę 10x niż ta na papierze.

  2. Tak się zastanawiam, wy tam jakieś zakłady macie i przegrany musi obejrzeć pottera czy tak z własnej woli?

  3. Kochamy Harrego i Gromiti!

  4. @Lord
    Naprawdę przeczytałeś wszystkie tomy tego czegoś?
    Szacun 3D!

  5. Nie czytałem pierwszego bo wcześniej widziałem film.
    Ba, ostatnie dwa nawet kupiłem bo nie było od kogo pożyczyć. Oddam za piwo.

  6. Heh, też nie rozumiem czemu ktoś z was to oglądał ale recenzja jest fajna tylko ta ocena za wysoka. Film, którego oglądanie zdaje się makabrycznie idiotycznym pomysłem jest fajny aż na 3? Jak!?

  7. Całe to pisanie o ciemności 3D każe mi się domyślać, że JJA chadza na filmy z okularami wyłącznie do Cinema City!

  8. Ostatnio w mulitishiscie bywamy.

  9. przynajmniej dzięki takim filmom można fajne recenzje poczytać , które starczą zamiast oglądania

  10. Zaliczyłam solidnego facepalma, gdy jedyny w miarę sensowny bohater tego *wiekopomnej historii* dokonał żywota w jakieś 5 sekund po ugryzieniu przez węża. Argh!

Dodaj komentarz