Wywiad ZP z George R.R. Martinem!!!

Ponieważ zespół redakcyjny Zakazanej Planety jest mega super, nie było opcji, abyśmy podczas wizyty w Polsce George’a R.R. Martina nie zrobili z nim wywiadu. Korzystając z okazji dosiedliśmy się więc do pisarza i zagailiśmy:

Zakazana Planeta: Wiemy, ze Zakazana Planeta to Twój ulubiony film SF – ale my dla porządku porozmawiamy o serialu Gra o Tron, choć pewnie każdy Cię o niego pyta. Kiedy patrzymy na Twoje poprzednie dokonania w dziedzinie TV i filmu widać, że nie zawsze Twoja współpraca z producentami układała się najlepiej. Jak to wygląda w przypadku Gry o Tron i HBO?

George R.R. Martin: Ciągle jestem pytany o Grę o Tron, ale to świetny serial i lubię o nim rozmawiać. Współpraca przy nim jest znacznie lepsza niż w przeszłości, HBO to świetny partner. Są w samej czołówce amerykańskiej TV, mają znacznie większe budżety niż inne stacje i produkują tylko seriale najwyższej jakości. Właściwie jakość jest dla nich jedynym wyznacznikiem, bo na niej budują swoją atrakcyjność dla abonentów. Wyprodukowali takie seriale jak Deadwood, Rome czy Sopranos – jedne z najlepszych produkcji w amerykańskiej TV, nikt inny nie może się z nimi równać.

ZP: A ile masz swobody twórczej przy tym serialu? Bo właśnie z tym w przeszłości bywało różnie.

GRRM: Praca z telewizją w latach ’80 zawsze wiązała się z cenzurą – czyli głównie z ograniczeniami w zakresie pokazywania seksu i przemocy. HBO będąc siecią płatną ma znacznie większą swobodę w tej kwestii – nie muszą się martwić, że ich ocenzurują z powodu zbyt dużej ilości seksu czy zbyt dosłownie pokazanej przemocy. Ja zresztą nie jestem bezpośrednio zaangażowany w produkcję serialu, pisze jeden scenariusz na rok, poza tym funkcjonuję jako współproducent i ktoś w rodzaju konsultanta. Poza tym ciągle piszę książki i mam ich jeszcze sporo do napisania, więc ludźmi którzy na co dzień pracują kreatywnie nad serialem są jego twórcy – David Benioff i D.B. Weiss. Oni pełnią tę rolę, którą ja kiedyś pełniłem przy Twilight Zone, Beauty and the Beast czy Doorways.

ZP: No właśnie, chcieliśmy zapytać o wspomniane przez Ciebie seks i przemoc. Jest wiadomą sprawą, że sieci płatne chętnie korzystają z tych motywów w swoich produkcjach. Nie wydaje Ci się, że to trochę komercha – wstawianie do Gry o Tron więcej seksu i przemocy, niż wynikałoby to z książki?

GRRM: W książce przecież jest dużo seksu i przemocy. Lubię seks i przemoc!

ZP: Kolejne pytanie, które pewnie często się powtarza: Czy serial zmienił w jakiś sposób Twoje osobiste postrzeganie świata, fabuły czy postaci „Pieśni Lodu i Ognia”? Czy może po serialu patrzysz na pewne motywy inaczej, niż wyobrażałeś je sobie pisząc pierwowzór?

GRRM: Nie. W serialu jest nieco zmian w stosunku do książek, ale generalnie jest on bardzo wierny oryginałowi. Książki oczywiście w pewnych momentach mogą być znacznie głębsze niż serial, można w nich przekazać więcej aluzji i niejednoznaczności – serial musi być bardziej dosłowny. Ale w końcu jest to ta sama historia, tylko że przedstawiona w innym medium i jestem z tego przedstawienia bardzo zadowolony.

ZP: Jest chyba możliwe, że w którymś momencie produkcja TV dogoni fabularnie już napisane tomy „Pieśni” i serial będzie musiał być produkowany dalej, podczas gdy cykl książkowy nie będzie jeszcze zakończony. Czy Twoim zdaniem jest możliwe, że wtedy serial i książka „rozejdą się” fabularnie w dwóch różnych kierunkach i każde z nich będzie kontynuować cykl po swojemu?

GRRM: Owszem, wszystko jest możliwe, ale nie jest to zbyt prawdopodobne. W końcu mam nad telewizją dość dużą przewagę – poza pierwszą powieścią mam już cztery kolejne tomy; niektóre z nich są bardzo rozbudowane i będą wymagać dwóch lub nawet trzech sezonów serialu. Tak więc mam nad serialem jakieś 7-8 lat wyprzedzenia i myślę, że nieprędko mnie dogonią. Zresztą póki produkcją kierują David Benioff i D.B. Weiss, wiem, że będą trzymać się możliwe wiernie książek.

ZP: Skoro już odpracowaliśmy pytania z Gry o Tron, przejdźmy do innych produkcji filmowych, przy których pracujesz. Co możesz nam powiedzieć o planowanej ekranizacji „Obrotu skórą”?

GRRM: „Obrót skórą” jest planowany jako film – prawa do produkcji ma firma Mike The Pike Productions. Na razie mają concept arty, zaangażowali producentów i ludzi od efektów specjalnych, ale są jeszcze na bardzo wczesnym etapie i starają się znaleźć finansowanie dla tego projektu – więc nie wiem, co do końca z tego wyjdzie.

ZP: A co z Księżniczką Marsa? Pracowałeś także przy scenariuszu do tego filmu.

GRRM: Jak wiemy, film powstaje obecnie pod tytułem John Carter, ale nie ma on nic wspólnego z wersją, którą pisaliśmy. Pracowałem wraz z Melindą Snodgrass – moją dobrą przyjaciółką i redaktorką „Wild Cards” – nad własnym scenariuszem dla Touchstone (oddziału Disneya) w latach ’90. Napisaliśmy dla nich parę draftów, ale potem z jakiegoś powodu studio uznało, że zrobią z tego film animowany, z piosenkami i tańcami – i projekt wrócił do głównego studia Disneya. No i wtedy zajęli się nim zupełnie inni scenarzyści – tacy od filmów animowanych. Tak więc parę lat pracowali nad tą wersją, aż w końcu ich prawa do ekranizacji wygasły i wróciły do rodziny Burroughsa. Potem wykupił je Paramount, który pracował parę lat nad własną wersją z jeszcze innymi scenarzystami, aż i ich prawa wygasły. Wtedy odkupił je ponownie Disney i zaangażował kolejną nową ekipę twórców – głównie Michaela Chabona, który jest doskonałym scenarzystą. Na pewno nie bazuje on na wcześniejszych scenariuszach, tylko bezpośrednio na książkach Burroughsa, więc wątpię, by w finalnej wersji znalazło się cokolwiek z naszego scenariusza.

ZP: Wspomniałeś o „Wild Cards”. Czy jest jakaś szansa na serial lub film „Wild Cards”? Jeśli tak, czy byłaby to adaptacja istniejących tytułów, czy nowa historia w tym samym świecie?

GRRM: Tak, Melinda Snodgrass, o której mówiłem, napisała scenariusz filmu, który wywołał spore zainteresowanie w Hollywood. Melinda właśnie jest w Los Angeles i spotyka się z osobami, które są zainteresowane produkcją. Bardzo chcielibyśmy doprowadzić do ekranizacji „Wild Cards” – albo w formie serialu, albo filmu. I byłaby to nowa historia w tym świecie, a nie ekranizacja istniejącej książki. Pojawiłyby się tu znane już wcześniej postacie, jednak pewnie z jakimiś modyfikacjami – Hollywood lubi robić rzeczy po swojemu.

ZP: Dla większości z nas pierwszym kontaktem z Twoją twórczością były „Piaseczniki”. Czy to prawda, że planowałeś cykl opowiadań kręcących się wokół sklepów Wo&Shade, który to sklep pojawił się w „Piasecznikach”?

GRRM: Owszem, motyw „sklepu z dziwnymi rzeczami” ma w fantasy długą tradycję. Wielu autorów pisało z punktu widzenia bohatera, który kupował coś w takim dziwnym sklepie i miało to potem opłakane konsekwencje. Pomyślałem, że byłoby fajnie zrobić wersję SF tego motywu, osadzoną w moim uniwersum Tysiąca Światów – mamy dziwny sklep, gdzie ludzie coś kupują i przytrafia im się coś niemiłego. Ale niestety „Piaseczniki” to jedyne opowiadanie jakie na ten temat napisałem – miałem jakiś pomysł na drugie i napisałem nawet kilkanaście stron, ale to wszystko.

ZP: A co się stało z Twoją niedokończoną powieścią o Kubie Rozpruwaczu – „Black and White and Red All Over”?

GRRM: Nikt nie chciał jej kupić. Wcześniej napisałem książkę „Rockowy Armageddon”, która miała być bestsellerem, zapłacili mi za nią masę pieniędzy – a po wydaniu nikt jej nie kupował. A w Ameryce jesteś tylko tak popularny, jak twoja ostatnia książka – tak więc kiedy próbowałem sprzedać moją następną powieść, „Black and White”, żadne wydawnictwo nie było zainteresowane. I dlatego właśnie zacząłem pracować dla Hollywood – inaczej umarłbym z głodu. Szkoda, bo w „Black and White” było sporo dobrych pomysłów. Może kiedyś ją dokończę – ale najpierw muszę skończyć „Pieśń Lodu i Ognia”.

ZP: Przejdźmy może do bardziej osobistych pytań. Z naszego punktu widzenia miałeś idealny start – urodziłeś się w Stanach, gdzie miałeś bezpośredni i nieograniczony dostęp do całej twórczości fantastycznej i popkulturowej, nie było dla Ciebie wielkim problemem spotkać się na konwencie ze światowej sławy pisarzem. Jak skomentowałbyś kontrast pomiędzy tymi idealnymi warunkami, a sytuacją polskich pisarzy dorastających w komunizmie i mających bardzo wybiórczy dostęp do światowej fantastyki?

GRRM: Tak, często o tym myślę – miałem dużo szczęścia, że urodziłem się może nawet nie tyle, że w Ameryce, co w anglojęzycznym kraju. Anglojęzyczny rynek fantastyki jest gigantyczny. A co by było, gdybym urodził się np. na Łotwie? Mógłbym być tak samo utalentowany jak jestem(albo i nie jestem) teraz i mógłbym pisać nawet te same powieści, ale gdybym wydawał je tylko po łotewsku, jak wyglądałaby moja kariera? Być może teraz na Łotwie tworzą najlepsi pisarze SF w dziejach, ale kto się o nich dowie? Tak więc wydawanie w anglojęzycznym kraju to wielka przewaga, zwłaszcza jeśli chodzi o Amerykę. Brytyjscy pisarze często mają problem, by przebić się na amerykański rynek, podczas gdy amerykańscy pisarze sprzedają się wszędzie. Zatem nie zazdroszczę polskim autorom – słyszałem o Sapkowskim i oczywiście Lemie, ale poza tym musi być dla Was trudno.

ZP: Kiedyś porównano Twoją twórczość do Tolkiena, na co powiedziałeś, że nie śmiałbyś iść w ślady Mistrza. Czy teraz, po wielkim sukcesie „Pieśni”, myślisz może, że bliżej Ci do Tolkiena?

GRRM: Bardzo mi schlebia fakt, że nazywa się mnie „amerykańskim Tolkienem”. Jestem wielkim fanem Tolkiena, ale moja twórczość jest zupełnie inna niż jego. Jeśli ktoś kupi moje książki, aby poczytać „nowego Tolkiena”, czeka go spore rozczarowanie.

ZP: Aby być oryginalni, nie zadamy na koniec pytania o plany na przyszłość, ale o spojrzenie na całą Twoją karierę. Jaką masz refleksję nad jej przebiegiem – od „szeregowego fana” po miejsce na liście „100 najbardziej wpływowych ludzi na świecie” Time Magazine? Tylko bardzo prosimy bez „American Dream”.

GRRM: Oczywiście zawsze miałem nadzieję na sukces, ale nie na aż taki. Kiedy sprzedałem pierwsze opowiadania zacząłem jeździć na konwenty. Pamiętam WorldCon 1971, gdzie widziałem jak Robert Silverberg wręcza Hugo – i to było moje marzenie: któregoś dnia być tam gdzie on i otrzymać Hugo. Akurat to marzenie spełniło się dość szybko, bo cztery lata później nagrodę tę otrzymałem. To było fajne, ale Time Magazine – o czymś takim nie marzyłem. Podobnie jak o tym, jak gorąco jestem przyjmowany w Polsce i innych krajach, które teraz odwiedzam. Światowa sława czasami mnie oszałamia!

ZP: Mega dziękujemy za wywiad! Prosimy o podpisanie książek!

Dziękujemy wydawnictwu Zysk i S-ka za zorganizowanie wywiadu.

Profesjonalne fotografie barwne wykonał Watson.

Komenty FB

komentarzy

Komercha

17 Komentarze(y) na Wywiad ZP z George R.R. Martinem!!!

  1. Wywiad dobrze czytało mi się. Ciekawy!

    Komunistyczny misiek na wystawce z książkami + 2 miecze – to jakaś głęboka metafora? ;P

  2. Łeee, pokłony dla HBO i żadnych spoilerów :]

    Miecze trzeba było wbić mu w tron, żeby było klimatycznie.

  3. Holy duck fuck, to się nazywa niespodzianka!!! Zazdrość zżera od środka, że spotkaliście Mastera. Dzięki za wywiad.:d

  4. Oj Redakcjo bardzo dobry wywiad, niestety Komandorze jest i lyzka dziegciu w tej beczce miodu, zabraklo mi tego odwaznego pytania ,o ktorym rozmawialismy podczas twego ostatniego pobytu nad morzem. Gdziez ono jest?

  5. Niestety! Nie można mieć wszystkiego…

  6. Co za geje na tej focie!
    Dilerze J, wielkie THX!!!

  7. Misio rządzi:D I żadnych bannerów za plecami? Dziwne.
    Wywiad wporzo, spoilerów się nie spodziewałem.
    Gorzej zdjęcie: brak barw na koszulce dyskwalifikuje.

  8. A kiedy wywiad z George W. Lucasem?

  9. Powiało wielkim światem.

  10. Pytanie o komerchę bardzo na rzeczy. Szkoda że odpowiedź mało rzeczowa (choć innej trudno byłoby się chyba spodziewać) 🙂

  11. Wywiad cienki, nie było pytania o ulubionego rycerza w średniowieczu.

  12. Błeeee… i znów, nikt Mu nie zagroził wypruciem flaków jak nie przyspieszy pisania…

  13. Lem urodził się w Lwowie i tak jego dzieła to kanon filozoficznego SF.

  14. "Zresztą póki produkcją kierują David Benioff i D.B. Weiss, wiem, że będą trzymać się możliwe wiernie książek" parszywy stary gruby klamca.

  15. Wystarczy nie czytać książek żeby nie mieć takich stresów.

Dodaj komentarz