X-Men: First Class

Tytuł: X-Men: First Class
Produkcja: USA, 2011
Gatunek: Komiksowy
Dyrekcja: Matthew Vaughn
Za udział wzięli: Michael Ironside, James McAvoy, Michael Fassbender, Kevin Bacon, Rose Byrne, Oliver Platt, January Jones, ojciec Laury Palmer, OMC Hicks
O co chodzi: Ojej, mutujemy!

Dwóch dewiantów

Jakie to jest: No, nareszcie. Po dwóch miernotach (wliczając Wolverine) dostaliśmy porządnych X-Menów. I nic to, że nie pojawia się w nim (prawie) obsada z poprzednich odcinków i mamy masę nowych postaci. Film powraca na maksa klimatem w stronę pierwszej części Singera – pod wieloma względami nawet ją przebijając.

Wstawienie w ostatniej chwili Vaughna jako reżysera zdziałało cuda. Dostajemy film ze świetnymi postaciami i dialogami, bez efekciarstwa, w miarę dopasowany do istniejącego filmowego kanonu. To ostatnie do tego stopnia, że na dzień dobry ponownie oglądamy polski obóz koncentracyjny i odtąd śledzimy losy małego Magneto, który praktycznie jest głównym bohaterem całego tego romansu (co zresztą chyba ostatecznie pogrzebało plany na kolejny Origins o Magneto). Przeciwnikiem Erika (a wkrótce i reszty X-Menów) zostaje niedobry Sebastian Shaw (bez związku z tym panem), a zmagania z nim przeciągną się od wojny aż do kryzysu kubańskiego. Fassbender odgrywa Magneto w stylu „złego Bonda”, który bezlitośnie, ale z dużym stylem i kreatywnie korzystając z mocy podróżuje po świecie ścigając Shawa i przy okazji prowadząc działania denazyfikacyjne.

Małpa kieruje! Jak w Star Wars!

Z drugiej strony mamy małego Xaviera, początkowo jeszcze nie profesora, który korzysta z życia studenckiego na Oxfordzie w towarzystwie swojej przybranej siostry Mystique. Jak nietrudno się domyśleć, jest to pierwszy moment, gdzie Vaughn rozwija skrzydła, serwując nam wizerunek młodego lidera jako pijaczka, podrywacza i towarzyskiego zarozumialca przywodzącego na myśl Patricka Jane z Mentalista. Trzeba przyznać, że jest to całkiem zabawne i James McAvoy idealnie wywiązął się z zadania aktorskiego. Nie zmienia to faktu, że podobieństwo fizyczne Profa i Magneto do ich podstarzałych wersji jest znikome, ale co tam.

No i tu właśnie docieramy do znanego z kanonu kumpelstwa Xaviera i Magneto, wokół którego kręci się właściwie cały film. Mamy tu i super komediową sekwencję rekrutacji kolejnych mutantów, jak braterstwo emocjonalne czy umysłowe. A mimo wszystko dokonujący się miedzy nimi rozłam jest przekonujący i stopniowy – aż dziw bierze, że w jednym filmie sensownie zmieścili całą tę historię. Nie mamy tu akcji w stylu „Ja, Magneto dostałem co chciałem i spadam robić własną bandę, hahaha, ale was nabrałem, bo cały czas byłem zły” – zarówno on jaki Xavier ewoluują z nieco innych postaci do bardziej nam znanych charakterów.

Żebyś sobie czegoś nie złamał

Fajna jest „polityczna niepoprawność” samej idei X-Men: nasi bohaterowie w swoich wczesnych latach nie mają większych dylematów nad pracą dla CIA czy uczestnictwem w Black Ops – do tego Xavier musi tu i tam przymykać oczy na niekompatybilne moralnie decyzje Magneto. Przy okazji Black Ops stwierdzam, że nie sposób uniknąć skojarzeń z ostatnim Call of Duty, zwłaszcza że obie produkcje cechuje radosny anachronizm np. w zakresie sprzętu i broni – nie mówiąc już o kwiatkach typu Blackbird pionowego startu. Ale co tam – film komiksowy w końcu!

Oczywiście nie ma róży bez kolców – i tutaj, zgodnie z oczekiwaniami, wkurza młodzież. Poza głównymi bohaterami mamy tu niestety w tle tłumek dzieci-mutantów z żenującymi mocami (chłopczyk od krzyczenia, chłopczyk z laserem z brzucha). Zwieńczeniem tego motywu jest głupio-fajna „imprezka” urządzona przez bachory w supertajnej bazie – aczkolwiek trzeba przyznać, że koniec końców myślałem, że z dzieciarnią będzie gorzej. Reszta mutonów jest z grubsza do przyjęcia, choć niestety takich np. dwóch ponurych pomagaczy Shawa (diabełek i kolo z Twilighta) nie można nazwać najbardziej złożonymi postaciami w dziejach kinematografii. Innym flopem jest scena ataku na supertajną bazę CIA, która koncepcyjnie miała zapewne naśladować scenę ataku na Biały Dom z otwarcia X-M2 (najlepszą scenę filmową w dziejach, IMHO). Niestety naśladownictwo wyszło kiepsko i krótko mówiąc – niedobór epy scenę dobił. Nie chcę spoilerować, ale dużą wadą jest też, że tak się wyrażę… szybkie gonienie kanonu przez fabułę filmu. Kto widział – wie, o co chodzi. A propos kanonu, doświadczamy tu niejakiego dysonansu poznawczego w temacie powstania Cerebro.

Wzrok se popsujecie

Pomimo dość swobodnego podejścia do prawdy historycznej, film wypełnia radosny oldskul. Oprócz takich smaczków jak stare opakowanie Oreo, mamy klasyczne żółte wdzianka X-Menów (a przynajmniej kombinezony do nich nawiązujące), starodawny kask Magneto czy zacny design Sebastiana Shawa i jego sprzętów, popadający w Austina Powersa. Należy się także autorom szacun za słabość do damskiej bielizny pojawiającej się obficie na ekranie – i w ogóle foczki tutaj dość żwawo wyskakują z ciuchów.

Plejada aktorów, w tym weteranów SF, przewijających się przez ekran też robi wrażenie: świetny Fassbender, Bekon, Michael Ironside, Ray Wise (genialnie i kryptycznie powtarzający swoją rolę z Red Alerta), Rose Byrne, James Remar, Oliver Platt czy znana nam January Jones (niestety latka lecą). Jak już się jarałem, film aktorsko błyszczy – Bacon tak idealnie zagrał geniusza zła, że chyba spalił swoją ewentualną kreację w którymś z nowych Bondów. Z kolei układ Xavier-Mystique, też świetnie zagrany, wypada mega powerfulnie, gdy znamy ich przyszłe losy.

Wkład Vaughna jest dość oczywisty – zabawne próby radzenia sobie z superbohaterstwem podczas treningu mutantów, „komiksowy” montaż tegoż treningu czy finalne wprowadzenie złego przywodzące na myśl jako żywo Red Mista. Wszystko to doprawione znakomitą muzą (nawiązującą do pierwszego, niezbyt szczęśliwego soundtracku Kamena, ale podkręcającą go do potęgi) powoduje, że film wali w gara. W ogóle wspomniana już kamraderia Xa z Magneto, czy ostatnia walka filmu są żywcem wyjęte z klimatu Kick-Assa. Przy tym ostatni pojedynek jest genialną i emocjonalną sceną, jakiej w serii X-Menów jeszcze nie było. Dla samego tego motywu warto obejrzeć film, który chciałoby się określić tak, jak promowano Kick-Assa – zajebisty. Pierwsza klasa, zgodnie z tytułem.

Ocena (1-5):
Xavier:
5
Magneto: 5
Młodzież: 3
Fajność: 5

Cytat: More tea, vicar?

Ciekawostka przyrodnicza: Początkowo Moirę miała grać szpetna Rosamund Pike, potem niby miała być za Emmę Frost. Chyba jej jedyną kompetencją było to, że w Bondzie grała Mirandę Frost.

Written by: Commander John J. Adams

Szeruj to!

 

Komenty FB

komentarzy

Komercha

16 Komentarze(y) na X-Men: First Class

  1. "polski obóz koncentracyjny" – jak tu wjedzie MSZ to forum zamkną.
    A na film wybieram się, i to z żoną moją, która to dzięki pierwszym dwóm X-menon i AjronMenom polubiła takie kino, i sama chce iść, nawet sprawdzała kiedy premiera:D

  2. @daboyda

    Czyżby zadurzyła się w Tonym Starku. 😉

  3. Film był ze wszech miar spoko. Co do filmowego kanonu, to każdy kolejny film o eks-menach kładzie lachę na spójność totalnie (chociażby Xavier, który to chodzi, to ląduje na wózku, przemiana Beasta, wiek Emmy,Storm i Mystique, postać Moiry i tekst, że Storm, Cyclops i Jean są pierwszymi uczniami X-a). Bondowo-kiczowaty klimat był super i pogłębienie przynajmniej części bohaterów też. Szkoda, że nie było Stana Lee.

  4. Najlepszy cytat :
    – Hi, i'm Eric Lensherr
    – I'm Charles Xavier
    ***
    😀

  5. Morg powinien mieć dożywotniego bana na ZP.

    Durniu, tym, którzy nie widzieli filmu, niszczysz jedną z najzabawniejszych scen w historii kinematografii! Opamiętaj się!

  6. Mea Culpa, rozpedzilem sie za mocno i nie pomyslalem :/

  7. O, jak widać, Zakazanoplanecianie czuwają nad poprawianiem błędów swoich zbłądzonych owieczek 🙂

    To dobrze, bo to bardzo ważne sprawy! Z tym nie ma żartów!

  8. moim zdaniem film bardzo słaby, jeśli ktoś lubi dobre kino sf to polecam film pt. Paul – to jest dopiero sf;)

  9. Ale to nie sf tylko adaptacja komiksu 🙂 SF tylko przy okazji 😉

  10. Mozartek
    zostałem rozbawiony:D

  11. Co tu dużo mówić, jak jest recka. Rekomendacja zasłużona.

  12. Jak ktoś jest snobem/nerdem/snobistycznym nerdem po prostu musi to zobaczyć. Więcej takich filmów!

  13. Jak dla mnie za dużo nie-mutantów ginie, ale ja zawsze miałem uprzedzenie do tych bezkarnych X-Menów mordujących jakiś anonimowych statystów… W tej serii nie ma pozytywnych bohaterów, bo ci "dobrzy" nie wykańczają złych (co najwyżej jakieś plastikowe, czy inne CIA więzienia), tylko dalej pozwalają im mordować niewinnych. No, ale to przecież komiks.

  14. Mocne! Zresztą spodziewałem się dobrego filmidła od chwili, gdy było wiadomo, że robi je człowiek od Kick-Ass, a nad story czuwa Singer. Jeszcze nie wiem jakie będzie replayability, ale X-prequel ma szansę stanąć w szranki z X-2.
    Wbrew recenzji stwierdzam, że poziom epy finałowej naparzany był jednak niższy od jazd ufundowanych we wspomnianej dwójce. To chyba kwestia zainwestowanej kapusty, zresztą kameralność owa tylko dodała filmowi uroku. Wbrew wczesnym narzekaczom wyszło super 🙂

  15. Dla mnie czad. Pomijajac slabe sceny, jak wspomniana imprezka w CIA, czy slabe aktorstwo kilku mniej istotnych postaci, to film jest super. Ostatnia bitwa mnie zaczarowala i brawo tez dla tworcow, ze mimo iz wszyscy wiedzielismy kto sie stanie zly, kto sie stanie "disabled" i kto przejdzie na czyja strone, to kiedy juz to nastalo, bylo dalej swieze i dramatyczne. Ja jestem pod wrazeniem postaci Beast- kurde, swietna mimika, glos. Od momentu kiedy sie pojawil, film jeszcze zyskal, a dawniej nie czulem w ogole tej postaci. No i epizod Z-Wiadomo-Kim. Dzieki Panowie za ten uklon w strone fanow. Ja chce second class!

  16. Po trailerach byłem mocno sceptyczny. Jeszcze do tego McAvoy, którego facjaty nie trawię. A teraz, po seansie mogę chyba stwierdzić, że to jeden z lepszych filmów jakie od pewnego czasu widziałem. Kto nie widział ten do kina. Matthew Vaughn kręć więcej…

    Co najważniejsze tego filmu nie da się obejrzeć w dziadowskim 3D, które teraz pakują gdzie się da.

Dodaj komentarz