Pirates of the Caribbean: On Stranger Tides

Tytuł: Pirates of the Caribbean: On Stranger Tides
Produkcja: USA, 2011
Gatunek: Piracko-przygodowy
Dyrekcja: Rob Marshall
Za udział wzięli: Judi Dench, Derek Mears, Johnny Depp, Penélope Cruz, Geoffrey Rush, Keith Richards
O co chodzi: W poszukiwaniu Fontanny i straconego czasu.

Nawiązanie do Cutthroat Island

Jakie to jest: No i zaraza 3D dotarła w końcu i do Karaibów. Tzn. chyba do Karaibów – bo o tym za chwilę – ale na pewno do Piratów.

Jak wiadomo, od początku planowano trylogię tychże Piratów z Karaibów. W ściemę tę można nawet uwierzyć oglądają część czwartą, która całkiem jawnie jest dofastrygowana do reszty sagi i bynajmniej nie była od początku planowana. Odcinek pozbawiony jest 80% stałej obsady (pozostał tylko Jack Sparrow, Gibbs i podstarzały Barbossa), Czarnej Perły, dawnego reżysera i klimatu części poprzednich.

Jak już było zasygnalizowane na koniec trójki, tematem tej części są poszukiwania Fontanny Młodości – misja i przygody może bardziej pasujące do Indiany Jonesa, niż do piratów, ale da się przeżyć. Czego nie da się przeżyć, to wtórność i poziom samego filmu.

Aaa!

Na pierwszy rzut oka mogło się wydawać, że za atrakcyjność serii odpowiada głównie Johnny Depp, ale dopiero teraz widać, jak kardynalne znaczenie miała osoba reżysera. Nie można powiedzieć, że Rob Marshall się nie starał wiernie naśladować Verbinsky’ego, ale niestety starania te nie dały pożądanego efektu. Każda z poprzednich części była w miarę dynamiczna i świeża (choć często w sposób uproszczony w myśl zasady „bigger, better, faster”) – tutaj praktycznie nie mamy nic takiego, czego byśmy już w Piratach nie widzieli. Z jednej strony można wyrazić szacunek dla twórców, że nie starali się przebić mocno już kakofonicznej części trzeciej długością, ilością wątków i efektów – Marshall postanowił zrobić film bardzo kameralny, mniej rozdmuchany nawet od jedynki (fajny jest tu moment samoświadomości twórcy, gdy w filmie PRAWIE dochodzi do bitwy morskiej, a jednak zostaje ona zarzucona). Niestety z drugiej jednak strony okazało się to ślepą uliczką – taki film oczywiście powinien bazować na postaciach, fabule i dialogach – a niestety pod tymi względami P4 są najsłabsze w całej serii, a gołym okiem widać, że musicalowy Marshall się do tej roboty nie nadawał. Acha, film postanowiono zrobić w 3D, co być może miało wynagrodzić jego niedostatki techniczne, ale nie muszę chyba nikomu tłumaczyć, że nie tędy droga.

Uuu!

Krótko mówiąc, dostaliśmy film zalatujący na maksa produkcją telewizyjną – większość scen dzieje się w maleńkich setach, filmowanych ciasnymi kadrami i generalnie w stylu serialowym przy zerowej epie. Nie wiem, czy to wymogi technologii 3D, czy budżetu, ale w porównaniu z poprzednimi częściami wypada kiepściutko. Dodajmy do tego beznadziejną reżyserkę akcji – walki szermiercze są długie, chaotyczne, nudne i kompletnie pozbawione witzu z poprzednich części. Wiele scen jest tragicznie oświetlonych – zwłaszcza w ciemnych pomieszczeniach czy w nocy, co przy ściemniających okularach 3D ogranicza widoczność poniżej przyzwoitego minimum.

Słabości scenariuszowe to schematyzm: nowy artefakt, nowy superpirat, nowa wyspa, nowe stwory mitologiczne (tym razem syreny). Tym razem w wyścigu do Fontanny biorą udział Hiszpanie, Barbossa i Czarnobrody – pirat-kafar robiący zombich i sterujący statkiem z pilota. Mamy tu jednak brak monkeyislandowego kultu piractwa, którym przesiąknięte były części poprzednie. Konstrukcja samej fabuły jest prostacka – poprzednio mieliśmy kilka wątków dziejących się jednocześnie i ciągłe zwroty akcji – tutaj, z uwagi na ograniczenie listy postaci mamy właściwie przygody tylko na jednym statku, a zwroty akcji są widoczne mniej więcej godzinę przed ich wystąpieniem.

Syrenki karaibskie

Najgorszym jednak problemem jest skiepszczenie postaci samego Jacka Sparrowa – nie ma tu za wiele fajnych tekstów, „savvy” mamy jedno na cały film, brak jest jakiejkolwiek kult-akcyjki z jego udziałem. To ostatnie trochę stara się nadrobić początkowy pościg w Londynie, ale sama ta scena jakoś mega kultem nie wali. Wszystko to dziwi, biorąc pod uwagę, że autorami scenariusza byli ci sami goście co zawsze – może po prostu tym razem scenariusz nie przeszedł koniecznego script-doctoringu, który miał miejsce przy poprzednich odcinkach. Nie będę się już czepiał nagłego pojawienia się pirata Czarnobrodego, o który w poprzednich częściach nikt nie zająknął się ani słowem, a który najwyraźniej przebija mocą i Czarną Perłę Barbossy i Davy Jonesa – no ale cóż, typowy syndrom późnego sequela.

London callin’

Czyli konstrukcja filmu stara się nieco nieudolnie naśladować poprzednie części, ale ewidentnie zabrakło tu kogoś spinającego sprawnie wizję. O ile w TOT mieliśmy dość dokładnie zdefiniowane cele podróży (wyspa chuja-muja, morze duparyj), o tyle tutaj mamy totalny chaos topograficzny. Nasz Jack wyrusza do Fontanny z Londynu – jednak nie wiemy nigdy, czy płynie on w lewo czy w prawo, z powrotem na Karaiby, na Bałtyk czy na Ocean Indyjski, nie wiemy nawet czy Fontanna znajduje się na wyspie, kontynencie czy na środku morza – tak więc widz niejako przegapia moment, kiedy wreszcie dopływają do celu. Sama finalna wyspa (tak, jednak chodzi o wyspę) stara się popadać w fajny Lostowy klimat, co jednak jest mocno zmarnowane. Do końca filmu nie jest powiedziane (i nie dla efektu tajemniczości, a z niedbalstwa scenariuszowego) czy Jack był wcześniej u Fontanny – temat ten pojawia się nagle bez sensu pod koniec bez żadnego wpływu na fabułę, jako luźny dialog po usuniętym wątku.

Przyjazny zombie

Inna rzecz to bezsensowne postacie – urwany z choinki Keith Richards, który pojawia się na 10 sekund w roli „nie idźcie tam”, bardzo kiepska Penelopa i zupełnie przywieziony z innej bajki misjonarz, mający zapewne zapełnić dziurę po Bloomie. Niestety okazuje się, że ani awans Sparrowa do głównego bohatera dobrze nie zrobił postaci, ani te drugoplanowe ludziki nie pociągnęły filmu.

Tak więc Piraty 4 to film o mega straconym potencjale. Marshall ewidentnie chciał zrobić obraz teatralny w stylu swoich poprzednich produkcji (starał się wstawić nawet taką sobie scenę tanga – kompletnie zmarnowaną, bo z tańca można by zrobić kolejny piracki rytuał), a Bruckheimer kazał mu dodać sceny akcji, co oczywiście dało efekt dziwaczny. Film ewidentnie robiony w pośpiechu przez mocno zagubionego reżysera, który nie miał w sobie smykałki Verbinsky’ego do „pirackich opowieści”. Nie mówię, że film jest stracony na całej linii – ma kilka dobrych momentów (fajnie zrobiony stary Londyn, czy scena z syrenami, jako jedyna chyba nawiązująca klimatem do poprzednich Piratów), ale cały jest bardzo przeciętny i jedzie ewidentnie na renomie serii. Gdyby była to pierwsza część sagi, na pewno nie zrobiłaby takiego szumu jak filmy Verbinsky’ego. Czyli obejrzeć można, porażki nie będzie – ale nie spodziewajcie się uniesień.

Ocena (1-5):
Sparrow:
4
Akcyjka: 3
Składność: 3
Fajność: 4

Cytat: I support the missionary position.

Ciekawostka przyrodnicza: Zabawne, że polskim tłumaczeniu zamieniono Syrenę na Serenę – bojąc się chyba rodzajowych konotacji imienia syreny Syreny.

Written by: Commander John J. Adams

Szeruj to!

 

Komenty FB

komentarzy

Komercha

4 Komentarze(y) na Pirates of the Caribbean: On Stranger Tides

  1. No wlasnie wczoraj mialem ta watpliwa przyjemnosc ogladac ten odprysk po trylogii Piratow i musze sie podpisac pod slowem JJA. Poza Londynem i syrenami nie zapamietalem nic z tego filmu. Ale co tu pamietac jak przez czesc filmu jest taka ciemnica ze trzeba sie domyslac kto tam moze byc. I naprawde brakowalo w tym filmie Blooma – o dziwo!

    Slyszalem opinie ze jest to poczatek nowej trylogii wiec i dlatego ta czesc nie jest tak spektakularna. I z tym sie zgodzic niemoge bo 4 Piraty sa spektakularna … klapa.

    Takze uwazam ze Twoje cyferki w 5 stopniowej skali sa mimo wszystko mocno zawyzone drogi JJA.

  2. Film może słabawy, ale spodziewałem się większej kupy, tym razem nie musiałem z zażenowania leżeć pod fotelem.

  3. Nie jest świetny, ale w miarę ok. Mogło być gorzej, sądząc po różnych czwartych częściach trylogii ;> No i scenariusz nie był tak dziurawy, jak w 3. Chociąz nadal nie rozumiem, bo cholere ci Hiszpanie się tam pchali do samego końca.

  4. Film może nie powalał oryginalnością, ale dla mnie to była miła odtrutka po kiepskawej części 2 i 3. Na seansie bawiłam się dość dobrze, nie nudziłam się, choć faktycznie było trochę słabych motywów (np. wątek syrenki i kleryka – bueee, totalnie oderwany i nieprzekonujący Czarnobrody itd.).

    A swoją drogą nieporozumieniem było zrobienie tego filmu w 3D dla raptem kilku (cienkich) scen…

Dodaj komentarz