A-Team, The

Tytuł: The A-Team
Produkcja: USA, 2010
Gatunek: Rimejk serialu
Dyrekcja: Joe Carnahan
Za udział wzięli: Qui-Gon Jinn, kolo z Aliasa, Rampage, Wikus, Jessica Biel
O co chodzi: Żołnierze z oddziału komandosów zostali skazani przez sąd wojskowy za przestępstwo, którego nie popełnili

W woju z brodą?

Jakie to jest: Ktoś w Hollywoodzie najwyraźniej był w sytuacji bez wyjścia, jednak udało mu się odnaleźć i skorzystać z pomocy Drużyny A robiąc o niej film. A że stało się to ćwierć wieku po serialu – mniejsza o to.

Jakiekolwiek obawy można by mieć o wysokość lotów kinowego A-Teamu, są one rozwiane już podczas pierwszych sekund filmu. Wprawny Joe Carnahan zadbał o odpowiedni stopień kultu wprowadzenia poszczególnych postaci i wsadzenia im w gęby odpowiednich dialogów. W ogóle teksty to jeden z najmocniejszych atutów filmu, bez porównania przebijając leciwy już oryginał i szacun należy się scenarzyście.
Jak to często bywa, z filmu poznajemy genezę Drużynki, jej pierwsze (dość osobliwe) spotkanie i działalność na legalu. Dowiadujemy się też, dlaczego B.A., były spadochroniarz, boi się latać i czy Murdock jest na serio pierdolnięty. No a potem następuje skazanie za przestępstwo, którego nie popełnili (Irak zamiast Wietnamu), muszą zbiec z więzienia i ukryć się… w Europie. No cóż, nieco egzotyki musi być.

Powrót klasyka

Adwersarzem Drużynki jest kolejny klon Blackwater – w sumie motyw jest tak zjechany, że każde filmowe wykorzystanie go zalatuje już autoparodią, no ale trudno. Zmagania z tymże Blackwaterem mają pomóc A-Teamowcom zmyć niezasłużoną winę i się zemścić. W tym momencie, nic nie ujmując fabule i sprawności scenariusza muszę poczynić pewne spostrzeżenie: FABUŁA I POSZCZEGÓLNE SCENY SĄ TAKIM PLAGIATEM Z KOMIKSU THE LOSERS, ŻE AŻ ZĘBY BOLĄ – łącznie z kradzeniem cennego kontenera, bobrowaniem po biurowcu, statkiem i Ospreyem. Nie wiem, co na to komiksiarze, ale pewnie zadbano o to, żeby z prawnego punktu widzenia Drużynka była nie do ruszenia. Z przyjemnością porównam obie wersje tego samego na premierze Losersów.

Coś w tym jest

Po tej małej dygresji spokojnie mogę powiedzieć, że A-Team to jedna z najlepszych transplantacji serialu na film, jaką znam. Nie jest to ani wydłużony odcinek, ani sztuczny zlepek na siłę „filmowych” scen. Przy całej kinowej epie film zachowuje idealnie feel serialu, jednocześnie aktualizując go do wymogów XXI w. Wspomniane dialogi wzmacniają humor serialowy, także wymyślne plany Drużynki (choć nie wszystkie sensowne, a czasem ocierające się o Gang Olsena) są jak najbardziej na miejscu.

Niestety mamy też kilka odchyleń od standardowej formuły A-Team, które zresztą mocno nie podobały się Misterowi T po obejrzeniu filmu. Po pierwsze jest zabijanie(!) – jak w każdym filmie akcji trup ściele się gęsto, aczkolwiek sam B.A. ma w pewnym momencie spore opory moralne w tej kwestii. Po drugie sceny, nazwijmy to, erotyczne. Choć za wiele nie pokazali, z filmu jednoznacznie wynika, że Faceman podobnie jak Bond żadnej nie przepuści. Po trzecie niestety nie mamy motywu „zamknijcie ich w szopie pełnej przydatnego sprzętu”, acz trzeba przyznać, że zajęcia ZPT odgrywają w filmie i tak kluczową rolę. No i co najgorsze, brak jest mojej ulubionej scenki: samochód przewraca się bokiem – „Nic ci się nie stało?” – „Nie, wszystko w porządku”. Z innych karygodnych uchybień, w filmie praktycznie nie pojawia się kultowy motyw muzyczny – a już na pewno nie w formie normalnej oprawy muzycznej akcyjki. Skąd taka decyzja – cholera raczy wiedzieć.

A-Team nawet na czołgu poleci

Sporo dyskusji poświęcono nowej obsadzie filmu – i właściwie nie ma się tu do czego przyczepić. Liam Neeson to idealny Hannibal, gość z Aliasa dobrze robi za Facemana, a Wikus, choć niespecjalnie podobny do Dwighta Schultza, pociągnął postać Murdocka w całkiem ciekawym świrowsko kierunku. Oczywiście B.A. to osobny temat, bo każdy wie, że Mr. T jest niezastąpiony. Kolega Rampage też jednak wszedł dość dobrze w jego papcie (niestety nie w złoto), łącznie z lansowaniem stosownej filozofii życiowej (ale bez picia mleka). Każdy ma w filmie co robić, choć tak Face jako planer finałowej akcji chyba nieco wychylił się przed szereg. Na marginesie: część starej obsady możemy obejrzeć w bonusowej scence i nie jest to niestety wesoły widok.

Ze znanych nazwisk powraca Lynch (w tym wypadku jako agent CIA), a z nieznanych – podejrzanie odchudzona Jessica Biel jako ścigająca naszych ludzi por. Sosa. Nie jest to oczywiście proste ściganie a’la serialowy Lynch czy Bricks – nasza lala porucznik ma za sobą romans z Facemanem, co stwarza tu głębię postaci prawie dorównującą tą B.A.

A kety gdzie?

Problemo: całej scenariuszowej epy wystarcza tylko na jakieś 2/3 filmu. Ostatni akt to niestety trochę maksymalna żenada: porwany i nieciekawy wątek szpiegowski w Europie, a i sama finałowa akcja nie jest w stylu Drużynki: mega chaotyczna, bezsensowna, nudna, a finał mało satysfakcjonujący dla widza. Powoduje to, że nasze ostatnie wrażenie po wyjściu z kina jest dość rozmyte i generalnie nie czujemy epki, którą film epatował na początku. Wielka to słabość filmu niwecząca w znacznej mierze wszelkie pozytywy i wygląda nieco na efekt „ulepszeń” scenariusza w ostatniej chwili.

Drużyna A to masa nakręconych na maksa gagów i stuntów – gdzie prym wiedzie znana z trailera scena latania czołgiem, genialna scenka obśmiewająca filmy 3D i całkiem fajna, niełopatologiczna narracja. To znaczy do czasu, bo chwilami odnosimy wrażenie, że oglądamy film dla złotych rybek, których pamięć sięga tylko 5 sekund w tył – i reżyser (producent?) postanawia nam jasno przypomnieć w retrospekcji o co w danej scenie chodzi.

Szkoda, że film w finale ma taki zjazd, bo pierwsza połowa to genialne kino humorystycznej akcji najczystszej wody. Sprawdzone postacie, absurdalna fabuła i para-bondowskie stunty zostały podane w bezbłędnej formie. Co się stało z finałem – nie sposób się teraz domyślać, jednak tak czy inaczej film obowiązkowo do zobaczenia. Go see it, fool!

Ocena (1-5):
Wierność: 4
Obsada: 5
Finał: 2
Fajność: 4

Cytat: Daj postrzelać!

Ciekawostka przyrodnicza:

Written by: Commander John J. Adams

Szeruj to!

 

Komenty FB

komentarzy

Komercha

4 Komentarze(y) na A-Team, The

  1. Cholera, będzie druga tura :/

  2. Znaczy sie A-team 2?

  3. No patrz. Lem nawet to przewidział.

  4. fakt, pod koniec trochę zjazd…ale całość mega pozytywna. …i te kule w 3-D 🙂
    a porównując z losersami, jednak Hannibal z drużyną rządzi 🙂

Dodaj komentarz