Alice in Wonderland

Tytuł: Alice in Wonderland
Produkcja: USA, 2010
Gatunek: Dla dzieci
Dyrekcja: Tim Burton
Za udział wzięli: Ci co zawsze, Mia Wasikowska, Anne Hathaway
O co chodzi: Alicja wraca na starość do Krainy Czarów

Kradną księżyc?

Jakie to jest:

Cmdr JJA: Nie będę ściemniał: z Alicji czytanej za dzieciaka pamiętam mało (w sumie więcej z bajki na winylu), ale uznałem że na tyle dużo, że nie muszę sobie przypominać lektury przed obejrzeniem filmu Burtona. Efekt tego był taki, że po seansie musiałem zapytać Lorda New Age (który lekturę sobie właśnie przyswoił), czy to wszystko na pewno było w książce.

Lord New’Age: Jako, że jestem jedynym z Zakazanoplanecian, który na krótko przed seansem przeczytał dwie wiadome książeczki L. Carrolla, zostałem oddelegowany do napisania paru słów o fabule filmu. Jak było? Źle było! Tima B. wielbię, ale z kina wyszedłem na tego pana mocno wkurzony. W domu troszkę ochłonąłem, sprawdziłem na IMDB „kto i co”. Może to nie Burton mnie wkurzył, a pani Linda Woolverton, autorka scenariusza? Woolverton pisała już do kreskówek Disneya, debiutowała przy serialu Ewoks i jej poziom pojmowania zatrzymał się najwyraźniej na poziomie tych produkcji.

Szał uniesień

Język „Alicji” rządzony jest gramatyką snu i rytmem snu: przenikanie, zwalnianie, powtórzenia, nagłe zmiany tempa, monotonia i następujące tuż po niej porwane strzępki widzenia: wszystko to dotyczy w jednakowym stopniu struktury akcji i języka.
Maciej Słomczyński we wstępie do „Alicji w Krainie Czarów”.

Cytowana powyżej myśl jest Lindzie obca, a szkoda, bo fabuły tych książeczek, to popierdolone freakshow, kalejdoskop szalonych epizodów wyrywających się logice, a nie prosta historyjka o dziewczynce w Neverlandzie. A właśnie takie coś serwuje nam omawiany film: zwykłą logiczną fabułkę gdzie po A jest B, a 2+2=4. Historię wykastrowano z onirycznej konstrukcji, w której nie obowiązywały prawa jedności czasu, miejsca i innych miar.

Przykład: W oryginale tylko pozornie zasady Drink me/Eat me rządzą rozmiarami Alicji – czasem jest za mała, chwilami za duża, a czasem jest w sam raz i sama nie jest tych zmian świadoma. W filmie mamy ściśle określone prawidła, napój i ciasteczka mają swoje nazwy, działają in plus, in minus, i tyle. W efekcie cała magia zostaje zniszczona, niczym w podręczniku do Zewu Cthulhu, gdzie niewyobrażalnych Przedwiecznych przedstawiono z pomocą statystycznych tabelek. Koniec przykładu.

Hej grzyby, grzyby!

JJA: Można z czystym sumieniem powiedzieć, że moje wstawki w recenzji niniejszej są mocno niekompetentne literacko. Ale mimo to „Alicja w Krainie Czarów” jakoś nie kojarzy mi się z LotRowskimi bitwami, mega questami i szukaniem miecza – a wokół tego kręci się właśnie Alicja Burtona.

Jak każdy wie, tenże film jest niejako sequelem książek i odnosi miejsce w momencie, gdy Alicja jest już właściwie dorosła i ma się zara hajtać. Jest oczywiście (słusznie) przekonana, że wszystkie klasyczne przygody jej się śniły i nie zaprzątają one zbytnio jej umysłu – poza wykształceniem mocno buntowniczego nastawienia do otaczającego ją porządku społecznego. Przejawem tego porządku jest właśnie przyjęcie zaręczynowe, podczas którego, w krytycznym momencie, pojawia się nawiązujący do Matrixa Biały Królik i zabawa zaczyna się od nowa – tym razem, jak się okazuje, w realu. Dalsza akcja czerpie głównie z „Krainy Czarów” z lekką domieszką „Drugiej strony lustra”, o ile Wikipedia dobrze mi służy.

Ale pyszny podwieczorek

Sama koncepcja jest nawet OK – zwłaszcza, kiedy na szczątkowych retrospekcjach widzimy jak zmieniła się Kraina Czarów od czasów wizyty młodocianej Alicji. Jednak Pan Burton zakłada, że generalnie wszyscy znamy tę Krainę i tamtejsze postacie, nie fatyguje się więc, żeby je specjalnie wprowadzać: Tak wyglądają w moim wykonaniu kolorowe grzyby, tak Kapelusznik, a tak Królik – fajne nie? Nie mamy tu cienia jakże pożądanego samozachwytu nad scenerią czy postaciami, znanego chociażby z Big Fisha czy nawet Nightmare Before Christmas. Tutaj reżyser jakby sam zdawał sobie sprawę, że designerskiego przełomu nie ma – dostajemy dokładnie taką burtonowską Alicję, jakiej możemy się spodziewać, więc nie ma się co rozwodzić. A sam Wonderland jest taki tylko z nazwy – tak naprawdę ani nas, ani samej Alicji nic tu nie zadziwia. I nie chcę powiedzieć, że design ten jest kiepski – zapewne jest to najlepszy design w dotychczasowych ekranizacjach Alicji, ale nie zmienia to faktu, że jest bardzo burtonowski i przewidywalny.

Królowa od serca

LNA: W obu książkach brak tradycyjnej fabuły, jak już pisałem jest to ciąg epizodów. Rozumiem, że aby film trzymał się kupy, trzeba było to zmienić – ale dlaczego zamieniono siekierkę na kijek? Filmowy świat snu jest wonder tylko dlatego, że fauna i flora gada dziwactwa na tle dziwacznego krajobrazu, bez problemu można by ją zamienić na jakiekolwiek inne bajkowe uniwersum. Gdzie gwałtowne zmiany lokacji? Gdzie genialne książkowe dialogi, cudowna zabawa słowem? Dlaczego dyskordiański turniej krokieta zamieniono na jakieś trywialne nudziarstwo ze związanym jeżem? Może chodziło o to, że Alicja dorosła, więc Kraina Czarów znormalniała? Może są w filmie ukryte jakieś wskazówki dla tej tezy, ale muszą być ukryte bardziej, niż prawdziwa tożsamość Deckarda w BR, bo ja ich nie widziałem. Zresztą cały wątek wchodzenia w dorosłość Alicji jest cholernie powierzchowny, całkowicie olano jej seksualność, jakiekolwiek iskrzenie między nią a Kapelusznikiem zredukowano do krótkiego dialogu w finale. Nie znajdziemy tu również nic o utracie dziecięcej fantazji, nic o nerdowskim strachu przed dojrzałością. Po kiego nam ta dorosła Alicja?

Alicja została sprowadzona do Wonderlandu przez jego mieszkańców, by wykonać pewną misję. Dlaczego Alicja jest The Chosen One? Tego się nie dowiemy. Dlaczego Wonderland zszedł na psy (a raczej na czerwone serca), o tym też nie wiemy zbyt wiele. Fabuła filmu, to sprawna historyjka, niestety nic za nią nie stoi. Są tam świetne sceny (lot w głąb króliczej nory), ale co z tego? Pewnie to wszystko sprawdziłoby się, gdyby był to film p.t.: Czesia w Srajdusiowie, a nie adaptacja jednej z ulubionych książek Alistaira Crowleya, wielopoziomowej układanki, przeznaczonej jednocześnie dla dziecka jak i dla wyrobionego czytelnika.

I am no man!

JJA: Siłą rzeczy trzeba porównać Alicję do poprzedniego disneyowskiego Burtona – czyli Nightmare Before Christmas (o ile można go nazwać filmem Burtona). Niestety brak tu świeżości, którą Nightmare tryskał, brak lekkiego hardkoru – Alicja jest bardzo disneyowska i mocno infantylna, a jedna scena z obciętymi łbami to niestety za mało, by poprawić ten wynik. Tim najwyraźniej dał się zniewolić przez Myszę, bo raczej jego ostatniej twórczości ciężko zarzucić infantylizm (Sweeney Todd), czy prostactwo dramatyczne (Big Fish). Na tym tle Alicja wypada więc bardzo sztampowo, grzecznie, pracowicie marnując cały potencjał, jaki tkwił w koncepcji powrotu do Wonderlandu. Nie wspomnę już o scenie tańca Kapelusznika, która może śmiało konkurować z imprezką w Zionie o miano najbardziej żenującej sceny tanecznej w dziejach kina.

Głównymi postaciami w filmie, jak nietrudno się domyśleć są Pan Depp i Pani Burton. Na szczęście nasza rodaczka daje radę jako Alicja i jej rola to właściwie najlepsze, co można powiedzieć o filmie. Zabawnie wygląda zderzenie jej buntu z pożądaną rzeczywistością Krainy Czarów i może poza scenami batalistycznymi ogląda się ja dobrze. Crispin Glover jako Walet Kier też się jak zwykle sprawdza i najwyraźniej już mocno zasmakował w swoich rolach drugoplanowych kina 3D. Małe cameo Christophera Lee również nie zaszkodziło.

LNA: Po Piratach z Karaibów zaufaliśmy Disneyowi, uwierzyliśmy że kręcą tam nie tylko dla bachorów, że Burton będzie miał wolną rękę. Niestety, widząc w filmie myszkę muszkietera, dobrego psa gończego, oswojonego banderzwierza, Białą Królową zredukowaną do archetypu rodem z fabularyzowanych przygód Barbie, wiemy, że mocarze wytwórni kazali zrobić kolejną prostą bajeczkę i nic więcej.

Nie jestem fanatykiem wymagającym, by adaptacja książki była jej totalnie wierna, nieraz udowodniono, że tak być nie musi. Ale każdy wielki utwór ma swoją esencję, która czyni go wielkim i ją należy we wszelkie przeróbki przelać. Ekipa Burtona/Disneya zapomniała o tym. Mamy Alicję, mamy Wonderland i jego mieszkańców, ale nie mamy tej szalonej, niepowtarzalnej oniryczności i cudownej alogiczności, które sprawiają, że dwie krótkie książeczki stały się cholernym kawałkiem historii Literatury.

JJA: Przerażające jest to, jak idealnie film wpisuje się w schemat burtonowskiej formuły sparodiowany w znanym filmiku łącznie z muzą Elfmana „Tirli-tirli, bam-bam-bam”. I do tego to cholerne 3D, które w oglądaniu bardziej przeszkadza niż pomaga. Tak więc film cierpi na syndrom poziomej linii – nic strasznego, ale też nic takiego, co by się wybiło ponad przeciętność. Raczej kultu książki ani ekranizacji Wizarda of Oz nie powtórzy.

Ocena (1-5):
Obrazki: 5
Brak logiki: 1
Klima: 2
Fajność: 3

Cytat: You’ve lost your muchiness.

Ciekawostka przyrodnicza: Czyżby motyw „Alicja maleje, a suknia nie” nawiazywal do Alice in Wonderland – An X-Rated Musical Fantasy?

Written by: Commander John J. Adams und Lord New’Age

Szeruj to!

 

Komenty FB

komentarzy

Komercha

7 Komentarze(y) na Alice in Wonderland

  1. Mam podobne odczucia do recenzentów – film ładny, ale płaski jak naleśnik (mimo obejrzenia go w 3D). Jedynie Szalony Kapelusznik bardzo fajnie zagrany – reszta postaci papierowa (w złym tego słowa znaczeniu).

  2. szkoda, choć nie jestem zaskoczony. wielka kasa więc musi być wynik i fabuła prosta jak drut bo inaczej debil widz nie zapłaci za bilet. wystarczy wejść na pierwszy z brzegu portal filmowy i luknąć na komentarze pod bardziej "nielogicznym" dziełem, o lynchu czy kellym nie wspomnę. równanie z gównem czegoś co nie jest się w stanie pojąć wypalonym przez debilizję mózgiem jest dość powszechne.
    powtarzając za pewnymi stormtrooperami po pewnej awanturze domowej: "what a shame"

  3. Cóż więcej dodać, nic.
    Ładnie to wszystko wygląda, nawet bardzo ale nuuuuuda, właśnie tego nie napisaliście mości panowie, NUDA że piszczy, koło mnie w kinie pewien jegomość nawet dość głośno zaziewał tak w połowie filmu, wcale nie udając.

  4. Widac bylem tak wkurzony, ze o nudzie zapomnialem.

  5. Do Wizarda of OZ nic nie podskakuje.
    Filmu nie widziałem dlatego się o nim wypowiem. 🙂 Bez oglądania (podkreślam) film jest taki sam jak King Kong Jacksona – olśniewająca i bardzo kreatywna wizualnie, nudna i oczywista opowieść. Jeśli zaskakuje to jak JJ napisał skłania do zadania pytania: to tak było? Czy to jest na pewno Alicja?
    Fala rebootów i coraz to nowych prób (d)opowiedzenia nowych wątków do oklepanych już filmów mnie nudzi. Żadne 3D czy fotorealistic monkeys mnie nie przekonują. Podobnie jest ze scenariuszami z metra ciętymi jak w Avatarze gdzie wszytsko jest oczywiste od początku do końca. To jest era postfilmu, gdzie bardzo mało jest dobrych produkcji, a łatwo jest produkować podobne do siebie jak krople wody produkty filmopodobne (powtórzenie ;)).
    Jedyna nadzieja w takich filmach jak Heart locker – tani, niepretensjonalny, ale co najważniejsze czuć narrację reżyserki i sens umieszczenia każdej sceny dla opowiedzenia historii, a nie pokazania kto fajniejszy sprzęt od CGI.
    Ale zrzędzę…

  6. ja nie tracę nadziei, bo choć Hurt Locker zrobiony rewelacyjnie to kino raczej tradycyjne i nic nowego nie wnosi (poza emocjami :)). burton zawsze miał skłonność do wodotrysków, ale to jego styl. widać tym razem w wodotryskach zbyt dużo wody. kelly ze swoim the box też raczej nie w formie (obsada, szczególnie marsden do bani)…dobrze przynajmniej że spartakus leci, choć nie pamiętam by zakazana coś na temat tego zacnego serialu wpominała 🙂

  7. Hurt Locker to film tani ? 15 mln dolców ? USD chyba aż tak nie spadło przez 10 lat, a wtedy robiło się za tą kasę superprodukcje. Czas Apokalipsy miał budżet 12 mln, a na początku miał być tani – 2 mln USD.

    Druga rzecz Hurt Locker to film sprawnie nakręcony, ale wtórny do bólu i schematyczny po całym kiie post-ww2 i post-vietnam oraz filmach arabskich/indyjskich. Dobry mix i tyle.

Dodaj komentarz