X-Men Origins: Wolverine

Tytuł: X-Men Origins: Wolverine
Produkcja: USA, 2009
Gatunek: Komiksowy
Dyrekcja: Gavin Hood
Za udział wzięli: Ninja Scott Adkins, Hugh Jackman, brat Bielski, Van Wilder, Will I Am, kelnerka z True Blood, Hobbit z Losta, komandos z Losta
O co chodzi: Życie i twórczość Wolverine’a w czasach przed X-Menowych

Niesamowite przekroje

Jakie to jest: Przez wiele lat film o Wolverinie był podobnym mokrym snem komiks-nerdów jak ekranizacja Spider-Mana, Supermana czy Batmana. Jeden z najkultowszych bohaterów Marvela ze wszech miar zasługiwał na własny tytuł – jednak wcześniej nastała kultowa (2-odcinkowa) seria X-Menów Singera, która wyznaczyła specyficzny kanon estetyki X-Menowej: monochromatycznej, nisko profilowanej, elegancko ascetycznej. Niestety to, co u Singera było spójną wizją świata, przy okazji X-Men 3 stało się wymówką, aby poubierać hordy mutantów w szmaty, a przy okazji Wolverine doskonałym pretekstem by zrobić skromny filmik wyglądający mega niskobudżetowo.

Generalnie guzik mnie obchodzi, ile kosztował Wolverine. Wygląda, jakby było to dzieło za 10 mln dolarów, gdzie dominującym plenerem jest lasek lub boczna uliczka w jakimś mieście. Domyślam się, że kupa kasy poszła na zupełnie zbędne efekty dla zupełnie zbędnego tłumku mutantów, którzy towarzyszą Wolviemu w jego przygodach. Spin-off o Wolverine był okazją, by bohater ten rozwinął skrzydła i na chwilę zwiał ze sterylnego świata X-Men – powalczył z czymś naprawdę epicznym, miał mega-przygody. Niestety przez 90% czasu filmu nasz Rosomak głównie demoluje banalne samochody, helikoptery i fizjonomie innych mutantów – zero epicznych akcji czy rozpirzania naprawdę konkretnych obiektów. Skromna estetyka, czyli atut pierwszych X-Menów niestety nie zadziałała w przypadku tej fabuły.

W gorącej wodzie kąpany

Weapon X i Origins czytałem wieki temu, więc trudno mi powiedzieć, na ile film jest zgodny z komiksowym wzorcem. Całość startuje w 1848, kiedy to mały Wolverinek i mały Sabretooszek uciekają z chaty – przy okazji dowiadujemy się, że są oni braćmi (ja nie wiedziałem). Potem biorą udział w różnych wojnach, co jest fajnie przedstawione w pseudo-watchmenowych napisach. Jak każdy wie, Wolverine wstępuje potem do super oddziału Strykera, gdzie spotyka innych mutonów – jednak przez cały czas jego głównym zajęciem jest trzymanie brata (Bielskiego) na smyczy, by ten nie zrobił krzywdy większej ilości ludzi niż wypada. No a potem jeszcze tylko szczepionka z adamantium i voila – jest docelowy Wolverine.

Film jest niestety ewidentnie skierowany do młodszego nerda. Większość czasu ekranowego to jeden ciąg pojedynków pomiędzy poszczególnymi mutantami, którzy najczęściej za coś się na kimś mszczą – całość przypomina więc niestety bardziej oglądanie salonowego Street Fightera, niż filmn. Muszę przyznać, że choć zniechęcała mnie ta cała wataha marvelowskich postaci, większość z nich jest jakoś sensownie wpleciona w fabułę, a nie wciśnięta na siłę. Wśród nich też zdarzaja się w miarę ciekawe postacie – jak np. Wraith w wykonaniu Will I Ama; całkiem fajny jest też hobbit jako Bolt. Niestety nie wszędzie casting zagrał – Ryan Reynolds tak totalnie nie pasuje do roli klepacza, że głowa mała. Na szczęście wystąpił też klepacz lepszy – znany z Ninjy Scott Adkins, który ma parę słów do powiedzenia Loganowi.

Kto gra w karty ten ma łeb odarty

O fabule można powiedzieć tyle, że jest prosta jak konstrukcja kija, choć minimalny zwrot akcji na koniec trochę cieszy. Jak wspomniałem całość przypomina mocno kanadyjski serial z naprawdę niewyszukanymi plenerami – bo piękne landszafty jeszcze o epiczności nie świadczą. Co ciekawe, film na koniec wspina się na poziom, który bym oczekiwał od całości – z bardzo klawym pojedynkiem na kominie elektrociepłowni, wzorem Franza Maurera.

Pan Gavin Hood poczynił mocne postępy w reżyserii od czasów W Pustyni i w puszczy, ale to chyba za mało, by uratować mocno średni scenariusz. Gościowi ewidentnie leży pokazywanie meandr ludzkiego ducha, więc parę scen w filmie jest fajnie emocjonalnych – ale są to tylko przerywniki w ciągu walecznych tete-a-tete. Motywem przewodnim jest tu niewątpliwie trudna więź braterska między Loganem (Jamesem) a Sabretoothem, ale niestety ten niespodziewanie ciekawy wątek zostaje szybko spłaszczony do poziomu bijatyki właśnie. Szkoda, bo tkwił tu spory potencjał na naprawdę dobry film. A tak – produkcja jest rzecz jasna dużo lepsza niż X-Men 3 (to żadna sztuka w końcu), ale niestety do pierwszych dwóch odcinków dużo jej brakuje – przede wszystkim sensownej fabuły, napięcia i postaci. Wiadomo, że Wolverine to loner, ale jego relacje z trzema głównym postaciami w jego życiu (Sabretooth, Silverfox, Stryker) są delikatnie mówiąc dość proste. Całości towarzyszy nieokreślona muza w stylu Twierdzy, niestety bez żadnego sensownego tematu Wolverine’a.

Scenariusz starał się w miarę trzymać kompatybilność z X-Menami (podobnie jak scenograf, o czym już pisałem), ale niestety wyszło to tylko po części. O ile sama postac Logana w miarę pasuje do reszty, to niestety Sabretooth nijak nie skleja się ze swoją wersją z X-M – ani wizualnie, ani życiorysowo. Na upartego można by też w filmie wyłapac parę anachronizmów, gdyż chyba reżyser nie do końca mógł się zdecydować, czy określone sceny dzieją się w latach ’70, ’80, czy w naszym wieku.

Tak więc Wolverine to spełnienie wszystkich naszych obaw w stosunku do tego filmu. Może dobry do telewizji na Wielkanoc albo na video, ale żadne wielkie kino to nie jest. Nie jest specjalnie wkurzający, ani debilny – po prostu niewiele sobą reprezentuje. Zamiast mega czadu kolejny komiksowy film z taśmy, i to chyba taki, który zapomniał o wszystkim, co tworzy dobre filmy komiskowe ostatnich lat.

Ocena (1-5):
Mutanty: 4
Wolvie daje radę: 4
Epika: 2
Fajność: 3

Cytat: OK, people are dead.

Ciekawostka przyrodnicza: Mimo wszystko warto udać się na film do kina w Polszy aby zapoznać się z bardzo niebanalnym tłumaczeniem mojej ulubionej tłumaczki, Agaty Deki.

Written by: Commander John J. Adams

Szeruj to!

 

Komenty FB

komentarzy

Komercha

11 Komentarze(y) na X-Men Origins: Wolverine

  1. Niestety, ogladalem. W kinie. I juz wiem dlaczego nie lubie filmow komiksowych.

  2. Jak dla mnie dramat. Jedna z najgorszych ekranizacji komiksowych po 2000 roku. Zgadzam się z recenzją że Scott Adkins wymiata i film jest mega nisko budżetowy. Ale ewidentnie nie zgadzam się że Ryan Reynolds nie pasował na deadpoola 😀 moim zdaniem jest idealnym aktorem do tej roli, a jego przejście/śmierć w końcową wersje jest wydymana z palca :> Schrzaniona postać. Zresztą tak samo Gambit :/ a szkoda że połowe mutantów w tym filmie ginie. Czołówka jest bardzo fajna i potem już tylko gorzej. efekty przypominały te z "Kroniki Mutantów" :/ A i co do tłumaczenia pani Deki!!?? no kurna były co najmniej 3 wielkie pomyłki…. ale najlepsza była tank=zbiornik gdy chodziło o tank=czołg :>

  3. Czy Wolverine uprawia w tym filmie seks z Gambitem?

  4. "Znajomy" widział wersję od nieoficjalnych dystrybutorów, w której widać jeszcze liny na których wiszą postaci, niedorysowane guny, uwagi do postprodukcji typu "dodać efekt błysku na szybie" itd. Przez to film podobał mi się (bo "Znajomy" mi opowiedział) bardziej. I stąd wiem, że np. światła w wieżowcu panów od diamentów były dodane komputerowo, więc wg mnie budżet był za duży. Nawet samolotu w nocy nie nakręcili tylko robili w kompie. W wersji "Znajomego" widać, gdzie były modele np. wyspa, kominy, samolot, powolne przejście miecza przez kadr (:> po co tak?) i Rosomak turlający się po TiRze. Fajne! Tzn. tak słyszałem 😉

  5. Obejrzałem. Seksu z Gambitem nie ma. Są za to kultowe zabawy ze "Zbiornikiem"! Nie ma to jak profeska w tłumaczeniu!

  6. Deadpool. I to wystarcza jako powód by nie oglądać tego filmu dla czytaczy komiksów. Szkoda psuć sobie krwi.
    Jak dla mnie od połowy zupełne dno. Do połowy… taka sobie klepaninka.
    I tyle.

  7. Crap, crap, mega crap!

    Jakbym miał szpony Rosomaka to bym sobie podczas seansu wbił w czaszkę.

  8. A kiedy jakiegoś Lobo nakręcą? Taka siekana to by się sprzedała.

  9. Ten film ma tak denny scenariusz, że kurde… to że ktoś mając 100tys kartek gotowych pomysłów, nakręcił film według tego scenariusza jest załamujące. W dodatku ten film jest po prostu brzydki, sceny, plenery żaden widok nie przyciąga oka. To wszystko jest nudne i infantylne.
    Btw, co by młody widz się nie pogubił w meandrach fabuły i wiedział kto gdzie jest, wszyscy Kanadyjczycy ubierają się w tym samym sklepie dla drwali.

  10. za tete-a-tete należy się oskar recneznetowi, padłem tu ze śmiechu…
    co do filmu nie widziałem, ale spodziewałem się czegoś takiego…Hood to doskonały reżyser (Tootsie),ale musial sie uzerac i z pg13 i z masą postaci, na które studio naciskało, bo która postać zostanie dobrze przyjęta to zaraz STANDALONE (Ryan ma małe szanse na standalona) będą robić…tak sie robi biznesa

  11. Lobo juz jest od dawna ale nie pelnometrazowy 🙂

Dodaj komentarz