Outlander

Tytuł: Outlander
Produkcja: USA, 2008
Gatunek: Fantastyczno-naukowy
Dyrekcja: Howard McCain
Za udział wzięli: Pan Jezus, Hellboy z ojcem, wampirka z Underworlda
O co chodzi: Jesus vs. Predator

Drzewo. Drzewo.

Jakie to jest: Outlander to jeden z tych filmów, które po zapowiedziach okazują się albo kompletnym chłamem robionym przez debili nie mających pojęcia o temacie, albo wypasionym w swojej klasie kultem. Hurra, trafiło na to drugie!

Fabułę filmu ciężko nazwać oryginalną. Przygody kosmity przybywającego na Ziemię w wikingowskich czasach aby ukatrupić kosmicznego stwora siejącego śmierć i pożogę zalatują na kilometr Predatorem, Thorgalem i Beowulfem. Na szczęście reżyser nie sili się na sztuczną oryginalność i już od pierwszych ujęć daje nam do zrozumienia, że film jest świadomym miksem kilku/nastu/dziesięciu popularnych motywów.

Do pewnego momentu Outlander zalatuje najwyraźniej też np. Armią Ciemności – stechnicyzowany przybysz staje się zarazem sprawcą zagrożenia jak i potencjalnym wybawcą ludu pierwotnego. W decydującym momencie dochodzi tu nawet do analogicznego sojuszu tego ludu z wrogim plemieniem Gunnara (Perlman) aby wspólnie zmóc monstera. Tylko mechanicznej ręki i piły brakuje. Za to wiemy, że nasz kosmiczny Kainan (Caviezel) ściga ostatniego z gatunku (motyw ekologiczny) Moorwenów, niezabijalnych w warunkach polowych potworów, których głównym celem w życiu jest konsumpcja ludzi na kopy. Na szczęście zaawansowana kosmiczna cywilizacja, z której pochodzi nasz bohater nie wyrzekła się przemocy, co mu daje jakieś szanse w starciu ze stworkiem jak i samymi wikingami. Oczywiście, jak jest do przewidzenia, zabicie monstera nie jest takie proste mimo sprytnych planów, cały więc film jest wieloetapowy i dzieje się na wielorakich levelach (scenerii, nie interpretacyjnych).

Lubię zapach uranu o poranku

Jim Caviezel kolejny raz gra kolesia po przejściach, który stracił rodzinę – i choć robi to dość sztampowo, do Outlandera pasuje, bez specjalnej brawury. Zwłaszcza, że na Ziemi już przystawia się do niego urodziwa (powiedzmy) i skąpo odziana Freya oraz synek zastępczy. Szkoda natomiast że Ron Perlman tylko przemyka chwilami przez ekran – no ale cóż, może producenci nie mieli tyle kasy co Uwe Boll, żeby przytrzymać go dłużej na planie. John Hurt za to nagrał się porządnie, a to właśnie w jego przypadku obawiałem się występu epizodycznego. Obsada jest więc ogólnie w dechę, poza może Wulfrikiem, który nadaje się może na rolę chudego, chorego Wikinga-przybłędy, a nie następcy tronu.

Przez cały czas film balansuje pod każdym względem (designu, rozmachu, aktorstwa) pomiędzy serialem, a wysokim budżetem kinowym. Pojawiające się co jakiś czas momenty kosmiczne są scenograficznie na poziomie nieco serialowym, ale np. scena rozwałki statku na wstępie filmu mocno przywodzi na myśl podobną scenę z Pitch Black – tak więc pan McCain zrzynał obiema garściami, ale z zacnych wzorców. Co ciekawe jednak, po filmie jako całości wcale nie widać skromnego budżetu – należy on do tych produkcji, gdzie kasy było mało, ale wsadzoną ją tam, gdzie ją widać. Dzięki temu otrzymujemy nie tylko niezły LotRowski gród wikingów, ale też obce planety, zatopiony w jeziorze statek, wulkaniczne jaskinie czy pieczarę w wodospadzie. Kosmiczny design filmu jest całkiem fajny, acz banalny – co w sumie nie ma wielkiego znaczenia, bo i tak liczy się scenografia skandynawska, która jest na megapoziomie, łącznie z kultowym drzewem wyrastającym z budynku dworu króla. Efekty kompowe też nie mają w sobie nic z taniochy – scenki atomowej pacyfikacji planety czy wzmiankowanego rozbicia statku trzymają poziom ekstraklasiasty.

Okręt podwodny

Film jest na tyle fajny, że nie przeszkadzają w nim różne głupotki typu wysoki poziom higieny i kultury wikingów, laski chodzące odziane w skórzane paski, dyżurny kapelan wioskowy, traktowanie mitologii nordyckiej per noga, a także mocne skróty logiczne w fabule. Fajny jest cały background Kainana i Moorwena, który ciut komplikuje prosty motyw „dobry kosmonauta ściga złego monstera”. Mimo całej bolesnej przewidywalności akcji Outlandera ogląda się bez znudzenia, acz i bez szczególnych uniesień. Akcyjka jest reżyserowana prawidłowo, łącznie z popularną snyderowską techniką „szybko-wolno-szybko”, krwi i obciętych członków nie brakuje, więc przyzwoity poziom wizualny jest zachowany.

Jako wikingowski film znacznie przebija Pathfindera i Beowulfa (co nie jest specjalnie trudne), acz do Trzynastego wojownika mu daleko. Jest produkcją naprawdę bezpretensjonalną (tak, znowu) robiącą liczne ukłony oprócz wymienionych inspiracji np. do Pasji (nie dziwota), Ojca chrzestnego czy Obcego 3. Film nie jest głupkowaty, ale też nie całkiem mroczny, nie ma dłużyzn, tylko ładnie skrojone oddzielne akty. Znakomita obsada, fajne acz szablonowe postacie, przyjemna akcyjka i walona – jest swego rodzaju odpowiednikiem Doomsdaya posklejanym z różnych dyżurnych motywów, tym razem w konwencji fantasy. I taką zabawę konwencją lubię!

Ocena (1-5):
Wikingowskie czasy: 5
Kosmiczne czasy: 4
Kosmiczny potwór: 3
Fajność: 5

Cytat: Fuck!

Ciekawostka przyrodnicza: Film powstał w pewnej mierze z resztek produkcyjnych innych filmów – głównie LotRa i Beowulfa&Grendela. Na szczęście do obsady nie załapał się Karl Urban, co byłoby już w ogóle przegięciem.

Written by: Commander John J. Adams

Szeruj to!

 

Komenty FB

komentarzy

Komercha

5 Komentarze(y) na Outlander

  1. Genaralnie zgadzam się z powyższą recką. To jest chyba jednak sztuka, żeby zrobić zrzynkę z wielu różnych, zacnych filmików i to wymieszać w taki sposób, że wyjdzie z tego coś co się naprawdę świetnie ogląda.

  2. Zanim film powstał, liczyłem ze twórcy zafundują zwrot akcji na "dobry monster ściga złego kosmonautę".

  3. Oj brakuje takich filmów. Może po nowym ST coś się ruszy. Oby.

  4. Mimo oczywistych zapożyczeń,film daje radę!

  5. a ja się zawiodłem…Wikingowie to jak drużyna harcerzy biwakujących w lesie z wodzem, który wygląda na mistrza szachów, a nie walki wręcz i CGI potwór rodem z produkcji kanału Sci-fi (w stylu legendarnego już w wielu krajach Ogre)…John Hurt i Jesus daja z siebie wszystko, jest niezłe tempo ale wyszło niestety słabiutko…PEARLMAN absolutnie genialny design ma w tym filmie, fuck powinni cały film oprzeć na Gunnarze (widok jak on tam napiera z maczugą niezapomniany!!!)…aaa i nikt nie wspomniał o nauce języka Kainana a'la Banderas w 13stym…i w ogóle mogli całą bandę Wikingów z 13stego zabrać (ten tam do T-1000 podobny pasowałby tu)…

Dodaj komentarz