Midnight Meat Train, The/Nocny pociąg z mięsem

Tytuł: The Midnight Meat Train/Nocny pociąg z mięsem
Produkcja: USA, 2008
Gatunek: Horror
Dyrekcja: Ryuhei Kitamura
Za udział wzięli: Ted Raimi, Vinnie Jones, Will z Aliasa, agentka z Prison Breaka, Brooke Shields, Nora
O co chodzi: Ponury rzeźnik wozi mięso metrem

Tedzie Raimi uważaj!

Jakie to jest: Dawno nie było porządnej, walącej w łeb ekranizacji Clive’a Barkera. Właściwie to chyba od czasów pierwszego Hellraisera – oczywiście potem powstało jeszcze kilka w miarę przyzwoitych adaptacji tegoż autora, ale żadna chyba aż tak intensywna. No i teraz do kompletu mamy Nocny pociąg z mięsem – spod oka sprawnego reżysera wyszedł barkeryzm jak ta lala.

Pochodzący z nowelki Clive’a pomysł jest tak prosty, że rozciągnięcie go w sensowny sposób na cały film było niezłą sztuką. W wersji docelowej mamy więc bohatera pod postacią niejakiego Leona fotografa (Will Tippin z Aliasa), który lubi focić różne hardkorowe widoczki w mieście. W końcu ma farta – trafia na trop Vinnie Jonesa, który podróżuje sobie nocnymi kursami metra w garniturze oraz z torbą lekarską. I w całkowitym milczeniu morduje tłuczkiem do mięsa, a następnie oprawia samotnych pechowców, którzy mieli wątpliwą przyjemność jechać z nim jednym kursem. Wyprawione korpusy wiesza w wagonach, którymi jadą one co noc ku swojemu mrocznemu przeznaczeniu.

Bojkotuj fotografię cyfrową

No i teraz obserwujemy podchody naszego fotografa, który śledzi wspaniałego rzeźnika podczas jego kolejowych harców. Tylko początkowo próbuje zainteresować tematem organa ścigania, potem dostaje totalnej amby na punkcie uciążliwego współpasażera i zajmuje się nim we własnym zakresie. Śledząc Vinniego (a właściwie Mahogany’ego) trafia za nim do jego miejsca dziennej pracy w obleśnej rzeźni, która też ma swój udział w całej sprawie (niezaznajomionych z opowiadaniem uspokajam – nie, w finale bynajmniej nie okazuje się, że Mahogany przerabia swoje ofiary na kiełbasy). Jak nietrudno się domyśleć, z czasem Leonowi odbija coraz bardziej – zatwardziałego wegetarianina zaczyna fascynować mięso (w tym również w charakterze konsumpcyjnym) i cała idea przerabiania na nie żywych istot. Celem jego questa jest nie tyle powstrzymanie mordercy, co ciekawość i poznanie jego tajemnicy – a przy okazji zrobienie kilku dobrych fot na wystawę w galerii pani lesbijki. W toku dalszej schizy Leon zaniedbuje siebie, swoją narzeczoną – no ale co się dziwić, wszak w końcu odkrywa, że i dla niego los wyszykował ważną rolę w całej sprawie…

Jak pewnie zauważyliście, reżyserem filmu jest Japończyk. I nie jest to byle jaki Japończyk – mianowicie sam „gość od Versusa„, mający też na koncie Azumi i Godzillę: Final Wars. Nic więc dziwnego, że film poprowadzony jest specyficznie, w sposób kompletnie obcy amerykańskiemu mainstreamowemu horrorowi. Dzięki temu dostajemy jedne z najbardziej widowiskowych scen slasherowych zabójstw, jakie widziano w kinie – kamera umieszczona w obcinanych lecących głowach, korpusach, innych dziwnych miejscach, slo-mo, Sam Raimi do kwadratu (co zresztą zauważa sam reżyser umieszczając w filmie jego brata, Teda). Całej akcji przygrywa genialna muza – przez większość filmu co prawda mega dyskretna, ale budząca się co jakiś czas nagle do życia ostrym brzmieniem. Idealnie wpasowuje się w akcję i podkreśla epę ostrych scen. Tak więc bez obaw – nie jest to kolejny japoński Tunel

Szuka Rocky’ego

Jednak Midnight Meat Train to bynajmniej nie slasher – to coś w rodzaju urban horroru, bazującego na typowych strachach, takich jak jazda samemu w środkach komunikacji miejskiej, nocne spacery ulicami miasta czy samotne oczekiwanie na przystanku. Jednym z głównych bohaterów filmu jest więc samo MIASTO (w filmie nienazwane „the City”, w oryginale – Nowy Jork) i jego „prawdziwa twarz”, którą koniecznie chce uwiecznić na kliszy bohater. Miasto to potraktowane jest w typowo barkerowski sposób, jako ukryte pod warstwą cywilizacji siedlisko, istota i zarazem żer zła. Miasto filmowane w totalnie obserwacyjny sposób, „zza szybki” jest dla nas niemal żywym organizmem hodującym na swojej piersi plugastwo i niszczącym swoich mieszkańców… Co ciekawe, nie mamy tu bynajmniej brudnych, rynsztokowych dzielnic slumsów, jak można by się spodziewać. Wręcz przeciwnie – stacje i wagony metra są porządne, czyste, błyszczące chirurgiczną stalą. Również ulice miasta są przyzwoite, tym bardziej potęgując wrażenie fasady dla czegoś kryjącego się poniżej… Dla kontrastu, lokalizacje „bezpieczne” czyli mieszkanie Leona i jego zaprzyjaźniony bar, sprawiają wrażenie nieuporządkowanych i zaśmieconych.

Należy sporo napisać o zdjęciach, które ogólnie w filmie po prostu mordują. Żaden kadr nie jest przypadkowy – każdy jest ustawiony z najwyższą pieczołowitością. Widocznie gra pierwszy i dalszy plan, detale na granicach kadru, głębia ostrości. Ruch kamery (zwłaszcza dominujące najazdy) prowadzi nas od jednego kultowego kadru do drugiego – niesamowite. Gdyby uciąć audio i podłożyć pod film jakąś fajną muzę spokojnie mógłby uchodzić za awangardowy art. Równie ważną rolę gra światło – od ciepłych tonów w miejscach „bezpiecznych” po lodowate kolory metra i generalnie innych niepożądanych lokalizacji. I to właśnie ostre światło, a nie ciemność sprawia, że sceny w metrze wyjątkowo na nas działają.

Bo J-Pop był za słaby

Co do bohaterów – Leon jak Leon, ale Vinnie Jones po prostu wymiata i na jego przykładzie dobrze widać, jak wielkie znacznie dla aktora ma sprawny reżyser (a nie np. Larry Bishop z opisywanego niedawno Hell Ride’a). Vinnie jako wielki, milczący rzeźnik Mahogany odzian w gajer jest po prostu przerażający. Od samego początku obserwujemy go przy robocie i do końca filmu pozostaje on mega maszyną do zabijania w stylu podobnie milczącego Jasona. Jest to dla niego rola kompletnie nietypowa – gdyż widzimy w nim nie tylko sprawnego killera, ale też kogoś, kto jako jeden z nielicznych zna tajemnicę miasta. Nic dziwnego, że traktuje on swoich nieświadomych współpasażerów jak bydło na ubój…

Niestety, nie ma jeża bez kolców. Przez pierwszą godzinę uważałem film za niemal doskonały horror i byłem gotów dać mu garść max ocen. Niestety – końcówka, jak to często bywa, minimalnie spłyca lot całości. Pod koniec motywacja i w ogóle sens działań naszego fotografa stają się dość niejasne i nawet jego świr ich nie usprawiedliwia. No a prawdziwy skok jakościowy pojawia się na sam koniec, kiedy to wyjaśnia się tajemnica pociągu z mięsem. Wtedy właśnie kończy się wizjonerska interpretacja reżysera i muszą się pojawić bezpośrednie cytaty fabularne z Barkera – który, umówmy się, nie zawsze potrafi w sensowny sposób przedstawić swoje wizje. Oglądając film miałem nadzieję na coś bardziej subtelnego, wręcz symbolicznego – a niestety zakończenie jest dość dosłowne. Jednak uwaga – i tak jest milion razy lepsze niż wypadłoby w wykonaniu byle kogo (i zarazem lepsze niż w opowiadaniu). Odnoszę wrażenie, że Kitamura chciał je zrobić po swojemu, w sposób spójny z resztą filmu, ale musiał je trochę złopatologizować pod naciskiem producentów…. Tak czy inaczej – genialny film ma tylko dość dobry finał.

Każdy fan horroru powinien zobaczyć Nocy pociąg z mięsem – najlepiej na późnym, słabo uczęszczanym seansie kinowym. A potem zafundować sobie powrót nocnym autobusem do domu, najlepiej trasą przez peryferia… Może i jego wtedy spotka niezwykła miejska przygoda?

Ocena (1-5):
Kult transportu miejskiego: 5
Sceny mordu: 5
Zakończenie: 4
Fajność: 5

Cytat: Punctuality is the virtue of the mediocre.

Ciekawostka przyrodnicza: Główny bohater używa aparatu Leica M7.

Written by: Commander John J. Adams

Szeruj to!

 

Komenty FB

komentarzy

Komercha

4 Komentarze(y) na Midnight Meat Train, The/Nocny pociąg z mięsem

  1. recka git, panie daj zdrowie cobym do kina mogl pojsc

  2. Pierwowzór literacki znam i cenię,a po tym co przeczytalem powyżej,chętnie wybiorę się 100km do najbliższego mi multikina.

  3. Dobre w pyte szczerze polecam!

  4. Lekkie sprostowanie 🙂 . Aparat którym posługuje się główny bohater to Leica M4-P.

Dodaj komentarz