Hell Ride

Tytuł: Hell Ride
Produkcja: USA, 2008
Gatunek: Biker movie
Dyrekcja: Larry Bishop
Za udział wzięli: Pan reżyser, Michael Madsen, Vinnie Jones, David Carradine, Dennis Hopper, Milo z 24
O co chodzi: Zemsta motocyklistów na wrogu i na widzu

– Jo, Larry pamiętasz jak super grałem
we Wściekłych psach?
– Nie.

Jakie to jest: Każdy chyba wie, że od czasów Pulp Fiction „styl Tarantino”, że tak go nazwę, jest adaptowany czy podrabiany – często chyba nieświadomie – na wszelkie możliwe sposoby. Z kolejnymi filmami Quentina został on wzbogacony o wyspecjalizowane podstyle, takie jak „styl Kill Billa” czy „styl Grindhouse„. Najwybitniejsze osiągnięcie w dziedzinie podróby Quarantino objęłoby zatem kilka kluczowych składowych:
– głupiomądre filozoficzne dialogi toczone przez osoby z marginesu społecznego,
– niechronologiczną narrację,
– prowincjonalną scenerię południowego zachodu USA,
– muzę w stylu lat ’70 (lub oryginalną z lat ’70, jeśli budżet pozwoli),
– pomarańczowo-pustynną kolorystykę z czarno-białymi wstawkami.

Panie i Panowie – oto Hell Ride.

Właściwie ciężko ten film nazwać podróbą, jako że Tarantino jest jego producentem (przynajmniej w napisach), a także ponoć prowodyrem powstania – tak więc powiedzmy, że jest to autoryzowany film ze stajni Quentina. A konkretniej – autoryzowany gniot, ponieważ wrażenia po jego obejrzeniu są zdecydowanie bardziej przygnębiające niż po najgorszym nawet dziele klasyka.

Słaby hero walk

Jak zapewne wszysycy pamiętają z trailerów, Hell Ride to po prostu „biker movie”, czyli film o gościach z gangów motocyklowych przemierzających bezmiar amerykańskich pustyń, pozbawiony pracowników wymiaru sprawiedliwości czy miejscowości o liczbie mieszkańców przekraczającej 20. Właśnie chyba ten gatunek zdecydował, że QT postanowił firmować to coś swoim nazwiskiem – jako że temat był dla niego atrakcyjny, a sam nakręcić filmu o motocyklistach nie miał zamiaru.

Fabuła jest prosta jak trzon do grabii L-1500, ale dzięki zastosowaniu konstrukcji narracyjnej zwanej „efektem Nocnej Straży” polegającej na wielokrotnym zamotaniu najprostszych wątków, na pierwszy rzut oka wydaje się, że film jest złożony i głęboki. Otóż trwająca od 32 lat animozja pomiędzy gangiem Victorów (dobrzy) a Six-six-sixers (jak sama nazwa wskazuje – źli) osiąga właśnie apogeum, kiedy 666-rsi mordują jednego z weteranów Victorów. Teraz szef Victorów, Pistolero (reżyser, scenarzysta i odtwórca głównej roli w jednym – Larry Bishop) musi dokonać zemsty, po drodze jeżdżąc bez celu z miejsca na miejsce i dymając różne laski.

Jazda na motorze

Pierwsze wrażenie jakie ma się po obejrzeniu Hell Ride jest takie, że Pan Bishop jest bardzo zakompleksionym i niedowartościowanym człowiekiem, który postanowił zrealizować się w świecie filmu umieszczając swoją postać w różnych twardzielskich scenach i w łóżkach różnych niespecjalnie urodziwych redneck-lasek. Tu warto zaznaczyć, że sceny „miłosne” wstawione są z równym smakiem i sensem jak w największych klasykach Uwe Bolla. Problemy osobowościowe reżysera, który lansuje się na super cwanego killera/ruchacza są tak widoczne, że oglądając dzieło jego życia cały czas czujemy się nieswojo, niczym terapeuta słuchający pacjenta z kozetki…

A film to zlepek bezsensowych scen akcji i bezsensownych dialogów. Te ostatnie stanowią nędzną podróbę stylu Pulp Fiction – jakim cudem Quentin je przepuścił, a nieszczęsny, zmęczony życiem i karierą Michael Madsen wymówił – nie mam pojęcia. Teksty są mega wydumane na siłę i kompletnie niedowcipne – poza aspiracjami nie mają nic wspólnego z podrabianym stylem. Specjalnie na potrzeby Hell Ride wymyśliłem też termin „wampirza scena” – jest to fatalna, nudna i wywołująca ból mózgu scena, która wysysa energię z filmu, choćby do tej pory na ekranie odchodziła nie wiadomo jaka epa. Tutaj taka scena to głównie bijatyka między kolesiem z 24 a Madsenem w saloonie – ale nie brakuje i innych.

Zady pod kowbojów

Postacie odpowiadają poziomowi całego filmu. Spośród nich główny bohater Pistolero ma do powiedzenia najmniej – pomijając fakt, że jest za niski, za młody i za pizdusiowaty jak na mega szefa super gangu. Bishopowi udał się tu trudny dramaturgicznie manewr zrobienia z głównej postaci bohatera drugoplanowego – gratulacje. Poza tym nie brakuje tu też niezłych nazwisk, z których jeszcze najbardziej daje się oglądać Madsena, choć bez wątpienia to jedna z jego najgorszych ról. Dennis Hopper jako stary motocyklista nie ma nic wspólnego z Easy Riderem i jest kompletnie zmarnowaną postacią – a wisienką na torcie jest fakt, że w scenach PROSTEJ JAZDY PO DRODZE na motorze… zastępuje go kaskader. Podobnie zmarnowany został Vinnie Jones jako szefu 666’ers – gra po prostu… jak zwykły Vinnie Jones i nie ma specjalnie wiele do roboty w filmie. Nic nie powiem o Davidzie Carradine, który wpadł chyba na godzinę na plan prosto z planu Kill Billa, nie zmieniając nawet kostiumu.

Cóż, Hell Ride to chyba głównie przykład upadku Quentina, który firmuje swoim nazwiskiem takie shity, żeby odciąć choć parę kuponów z dni dawnej komercyjnej chwały. Nawet znośna oprawa piosenkarsko-muzyczna (choć absolutnie nieporównywalna z oryginałami QT) i poprawne zdjęcia podkreślające kult jazdy na motorze, klimat born to be wild itp. niestety nie ratują filmu. Dodatkowy (albo główny – jak kto woli) wątek poszukiwania tajemniczego dziedzica tajemniczej skrzynki stara się rozpaczliwie zaciekawić widza, ale nic nie pokona absolutnego braku akcji na ekranie. Film prosi się o wyraziste, a nie sztampowe postaci, o jakąś reżyserię, która potrafi wykrzesać z aktorów coś więcej, niż generyczne role. Totalny brak dobrych dialogów, one-linerów, stuntów, scen kultu, strzelania z shotguna w locie na motorze w ryj wroga i epy również nie pomaga. Kurde, ja jeździłem tylko na motorynce, a więcej wiem o tym co powinno być w biker movie, niż Pan Bishop.

Zamotana narracja nie intryguje, tylko męczy i nudzi – zwłaszcza, że już po pół godzinie widz domyśla się, jak się całość skończy, a na koniec się dziwi, że faktycznie skończyło się tak prostacko. Sam pomysł filmu był może ciekawy, ale każdy kolejny etap produkcji począwszy od scenariusza zepchnął film na kompletne manowce, dając idealny przykład czegoś, co dobrze wygląda na trailerze, ale oglądać się nie da. Słowem – kompletnie nieudana podróba. Chiński Segway na trzech kółkach.

Ocena (1-5):
Starania: 5
Efekt: 1
Wydajność aktorska: 2
Fajność: 2

Cytat: Something is rotten in the State of Pistolero

Ciekawostka przyrodnicza: Comanche’a miał pierwotnie grać sam Tarantino. Chyba jednak w porę się rozmyślił.

DVD:
Region: 1
Czas: 85 min.
Video: 16:9, jakość super-git
Audio: Angielski Dolby Digital 5.1, daje radę
Extrasy:
– Komentarz Larrego Bishopa – mocno chaotyczny słowotok głównego sprawcy filmu, który stara się uwiarygodnić w uszach widzów, głównie powołując się na różne ustalenia z Tarantino
– Making of Hell Ride – mocno chaotyczny słowotok głównego sprawcy filmu, którego tym razem możemy pooglądać – jak i innych uczestników, skromnie przetykany klipami z planu
The Babes of Hell Ride – filmik poświęcony redneczkom z filmu
The Guys of Hell Ride – filmik poświęcony kolom z filmu
The Choppers of Hell Ride – potencjalnie najciekawszy filmik, w którym pan specjalista od chopperów opowiada o motorach występujących w filmie
– Michael Madsen’s Video Diary – amatorskie video Madsena, w którym z przesadnym optymizmem uprawia on filmową reporterkę
– Red band trailer – trailer filmu w wersji dla widzów dorosłych
– Napisy angielskie, hiszpańskie

Written by: Commander John J. Adams

Szeruj to!

 

Komenty FB

komentarzy

Komercha

7 Komentarze(y) na Hell Ride

  1. Jako bezkrytyczny fan QT muszę z przykrością przyznać racje, ten film to porażka i gniot i to niestety nie w tym pozytywno-snobistycznym znaczeniu. To zwykle GÓWNO i zmarnowana szansa. Kasa była, aktorzy byli, potencjał był itd. FCUK nie obejrzałem do końca nawet…

    Z jednym zdaniem się nie zgodzę, że chwała QT przeminęła, nawet ta komercyjna..

  2. …ale Death Proof byl kozacki!!!

  3. Szacowny Autor Recenzji (w skrócie: SAR) i komentatorzy piszą jakieś kompletne bzdury!

    To najbardziej Tarantinowski film jaki widziałem! Mimo że ten chujek jest jedynie i aż producentem.

    Zwyrolski klimat, motory, 666, szczypta drugów, pustynia, i dialogi o konstrukcji cepa, a sile atomówki. Film jest krótki, skondensowany jak przecier i treściwy jak ślunski piróg.

    Recenzja? Oglądać, ku*wa!

  4. piróg jest ciężkostrawny !

  5. Nauwa się egzystencjalne pytanie: czy film z TAKIMI zadami może być zły ?! 😉

  6. piróg jest ciężkostrawny, ale za to jakie ma fryzury i ogólny entruaż! (nie silcie się na googlowanie – właśnie wymyśliłem to słowo)

Dodaj komentarz