Star Wars: The Clone Wars

Tytuł: Star Wars: The Clone Wars
Produkcja: USA, 2008
Gatunek: Trójwymiarowe Gwiezdne wojny
Dyrekcja: Dave Filoni z Flanelowcem
Za udział wzięli: Nick Furry, Saruman, Anthony Daniels i inni dubingowcy
O co chodzi: Filmy się skończyły, ale historię można pociągnąć jeszcze w odległej galaktyce

Miszczu, proszę, nie obcinaj mi głowy

Jakie to jest: Najbardziej tajemniczy okres Gwiezdnych wojen dostaje swoją drugą szansą trafienia do masowych odbiorców. Po bardzo mocno przerysowanej wersji sprzed około 4 lat w końcu trafia się dzieło „od fanów dla fanów, ale finansowane z pieniędzy Lucasa”.

Film miałem okazję obejrzeć w bardzo porządnie wyposażonym kinie w niewielkiej miejscowości Linkoping w Szwecji. Podczas trailerów, reklam oraz jakiś testów dźwięków było słychać, że kino zainwestowało w naprawdę porządny sprzęt. Jak to się przełożyło na sam film – będziecie mogli przeczytać poniżej.

Zamiast żółtych napisów jesteśmy wprowadzani do filmu za pomocą narracji. Szybkie przebitki kilku obrazów pokazują co się aktualnie dzieje w galaktyce i dlaczego nasi bohaterowie muszą robić to, co robią. Tak jak zawsze w filmach z serii Star Wars od razu zostajemy rzuceni w wir wydarzeń: na planecie Christophsis trwają ciężkie boję o każdy kawałek zurbanizowanej planety, syn Jabby zostaje porwany. Kto ma wyruszyć na ratunek? Oczywiście banda Drombo (Obi-Wan i Anakin dla niekumatych). Co się dokładnie dzieje, nie ma oczywiście sensu pisać, ale sam film raczej nie zaskakuje w zbyt wielu momentach.

Nie mogę gadać, walker mnie goni!

Największa zaleta filmu wypływa bezpośrednią z jego tytułu, a są nią klony. Wszystkie ujęcia z krewniakami małego Boby są wykonane perfekcyjnie. Pseudo ujęcia z ręki, zachowanie klonów przed walką, w trakcie walki czy po niej zostało bardzo dobrze pokazane i jest to główny powód, dla którego warto pójść na film na kina. Nie jest to przesadzony w niczym obraz jak w kreskówce Tartakovsky’ego – klony nie tylko umierają, ale również zdarza się im panikować. Po kilku miesiącach wojny nabierają coraz więcej cech zwykłych ludzi.

Oglądanie ich przywódców nie jest już tak przyjemne. Dialogi Anakina i jego padawanki Asoki Tano wydają się robione jakby trochę na siłę, ich wspólne pomysły mogą cieszyć część publiczności, mnie nie cieszyły. Anakin jako mentor wygląda dość dziwnie, ale może dostać kredyt zaufania, gdyż naprawdę stara się naśladować Obi-Wana i prawie mu to wychodzi. Sama postać Kenobiego jest znacznie lepiej poprowadzona. Niestety jego walka z użyciem miecza świetlnego całkowicie mnie zawiodła – walka jest bardzo szybko zmontowana, ale wszechobecny chaos czyni ją dość nieczytelną. Bardziej podobać się może pojedynek Anakina.

Obi-Wan też się powtarza

Jak na Gwiezdne wojny zabrakło scen w przestrzeni kosmicznej. Wymiana ognia pomiędzy ciężkimi jednostkami jest niestety praktycznie całkowicie pominięta prócz kilku sekund. Sytuacje prawie ratują pojedynki myśliwców, ale tylko częściowo. Mogłyby być zdecydowanie bardziej rozbudowane.

Ciężko osądzać wtórność pomysłów – kanonierka, którą ucieka Anakin wygląda jak B-wing. Droidy wujasa Jabby to wcześniejsze wersje popularnego w Polsce IG-88, natomiast myśliwiec Obi-Wana wygląda dość dziwnie z przemieszonym gniazdem na astromecha. Ciekawe czy zostanie ten wątek inżynierski pociągnięty dalej w serialu.

Największym mankamentem są droidy. Tak głupie to one jeszcze nie były, do tego ich dowódca jest osobą zupełnie niezasługującą na rangę generała. Oczywiście podobać się nie ma się prawa synek Jabby, ale może dla co niektórych Rotta stanie się idolem niczym najczarniejszy z Mrocznych Lordów, sam Exar Kun.

Młodzi filmowcy kręcący fanfilmy w świecie Gwiezdnych wojen powinni brać przykład z Filoniego. Zamiast wałkować do upadłego kawałki Johna Williamsa postawił na nieznanego wcześniej Kinera i nie powiem, by odbiło się to niekorzystnie na filmie. Muzyka wybitna nie jest, nie zachwyca i nie porusza do głębi serc, ale pasuje do toczącej się akcji, a to jest w sumie najważniejsze w muzyce do filmu. Czy broni się sama bez obrazu – ja jeszcze nie sprawdzałem (broni się – Cmdr JJA). Jeśli chodzi o efekty dźwiękowe, niestety za wiele nie można napisać.

The Clone Wars nie są filmem, na który ma się ochotę wracać po raz kolejny do kina. Równie dobrze można go oglądać w domowym zaciszu na telewizorze, tudzież monitorze.

Film jednak zaskakuje i o dziwo bardzo pozytywnie. Podchodziłem do niego oglądając kolejne trailery z wielkim sceptycyzmem, ale przyjemnie się rozczarowałem. Pomimo ultradrogich biletów do kina w Szwecji, nie mam czego żałować.

Ocena (1-5):
Klony: 5
Droidy: 2
Machajkije: 4, choć trochę naciągane
Dogfights: 4
Fajność: 4

Cytat: Here they come!

Ciekawostka przyrodnicza: Oglądając film można się przekonać, że nie każda kobieta pojawiająca się w uniwersum ma prawo do pokazywania nóg. Oglądając streeptease w wykonaniu panny Ventress ma się ochotę wyjść z sali.

Written by: Ragnus

Szeruj to!

 

Komenty FB

komentarzy

Komercha

18 Komentarze(y) na Star Wars: The Clone Wars

  1. Muza nie broni się 🙂 Dziękuje za recke

  2. Nawet są legowe pampry łącznie z zielonym potomkiem Jabby i drewnianymi włosami Obi-Wana:
    [url]http://www.bricklink.com/catalogList.asp?v=2&pg=1&catString=65.635&catType=M[/url]

  3. Fajowskie te papmry 🙂

  4. Zaczynam się przełamywać, a w końcu i tak, wbrew sobie, pójdę na ten film.

  5. powinno byc "trojka drombo" 🙂 jako ze byla tez Asoki Tano, no i tak brzmi poprawna nazwa tej ekipy 🙂

  6. Eee tam, Marka Ragnos jest lepszy!

  7. Wszyscy wiedzą, że i tak najlepszy jest Marka Ragnus 🙂

  8. Radzę wam trzymać się jak najdalej od polskiego dabingu, takiej tandety już dawno nie słyszałem, miałem już zamiar wyjść z kina a był to tylko zwiastun przed Mrocznym rycerzem i gdyby nie myśl, że po tych cierpieniach czeka na mnie Batman pewnie już był bym w drodze do domu.

  9. Trojka Drombo nie może być. Najpierw mamy tylko układ Obi-Wan&Anakin, a potem robi się singiel Obi-Wan oraz para Asoka&Anakin.
    Na całe szczęście w Szwecji nawet filmy animowane są wyświetlane w wersjach zarówno z dubingiem jak i z napisami. Co kto woli :).

  10. Zaopatrzyłem się w film filmu ukradziony z kina kamerą. Niestety ze względu na średnią jakość, tak jak to bywa w przypadku wersji CAM, z moją wybrednością nie byłem w stanie obejrzeć całego filmu, więc przejrzałem wybrane sceny.
    Cholernie nie podoba mi się wejściówka. Pomysł z brakiem żółtych napisów nie jest moim zdaniem zły, ale intro jest niefajne. Czasami animacja postaci, głównie Obi, jest skrajnie nienaturalna. I zauważyłem swoisty paradoks – film jest z ponoć z założenia kierowany do dzieci (co potwierdza choćby motyw z robotami bojowymi), a ginie tu więcej klonów (i to czasem nawet w brutalny jak na SW sposób) niż w całej nowej trylogii.

  11. Kara za piracenie.

  12. Dopiero obejrzałem. Film jest w megadechę – fajne postacie, niezły Anakin i jego mistrzowanie, genialne poprowadzona akcyjka. Super bezpretensjonalna kreskówka, która w pełni korzysta z tego, że jest kreskówką i nie sili się na dorównanie filmom. Aczkolwiek, gdybym to widział z dubbingiem, pewnie byłbym mniej entuzjastyczny.

  13. A na dodatek jest jeszcze serial, który moim skromnym zdaniem momentami jest megawpytę.

  14. Mowilem ze jest w deche! A na ekranie kina to dopiero bylo w totalmegachlebdeche! Jestem ulubiencem tego filmu i zbieram ludziki 🙂

  15. Garret ma racje! Mozna smialo powiedziec, ze niektore odcinki oglada sie jeszcze lepiej niz kinowke (gorzej niz kinowke ogladalo mi sie na razie 3 – w tym 2 z Jar Jarem). Kluczem do uznania prawdziwych znawcow kina takich jak ja jest jak sadze uzyte przez pana dowodce slowo "bezpretensjonalna". Fajnie popatrzec na cos czego nie sztucznie nie nadmuchano i jest po prostu fajne.

Dodaj komentarz