Incredible Hulk, The

Tytuł: The Incredible Hulk
Produkcja: USA, 2008
Gatunek: Film komiksowy
Dyrekcja: Kolo od Transportera
Za udział wzięli: Lou Ferrigno, Ed Norton, Tim Roth, William Hurt, Arwen
O co chodzi: Bruce Banner boryka się z mutacją i własnym człowieczeństwem

Nocne zwiedzanie browaru

Jakie to jest: No i kolejny komiks o którym prawie nic nie wiem – poza tym, że zawsze był to dla mnie jeden z najbardziej debilnych pomysłów komiksowych świata. Nawet jako dzieciak nie mogłem zrozumieć, co jest takiego ciekawego w kolesiu, który jest wielki, silny i zielony i po co w ogóle ktokolwiek się nim zajmuje, skoro jest He-Man.

No i nawet teraz, po latach, moje zdanie o Hulku specjalnie się nie poprawiło – ale na nowy film o jego przygodach udałem się z nadzieją, że pan Leterrier wysilił się na tyle, by z tego żałosnego konceptu zrobić dobry film – w sumie w historii takie rzeczy się zdarzały.

No i proszę – pomimo dennych trailerów, The Incredible Hulk jest filmem nieporównanie lepszym od poprzedniego, czyli amibtnego-kina-które-nie-wyszło Anga Lee i po którym teraz będę porównawczo jechał. Zamiast wciskania na siłę kreskówki na film (co nam zafundował pan od bliskich sobie kowbojów), teraz dostaliśmy piękną konwersję Hulka na duży ekran – bez żadnej umowności, komiksowych kolorków i niezniszczalnych fioletowych gaci. Ang Lee próbował ubrać głupawą opowieść w nową formę by dodać jej powagi, kompletnie nie radząc sobie z ekranizacją komiksu. Natomiast teraz Leterrier do spółki z Nortonem podeszli do tematu po prostu poważnie i tak też potraktowali zarówno tytułowego bohatera, jak i filmowe medium.

Wstaw dowcip o Borucu

Nasz sequelo-restart zastaje Bruce’a Bannera ponownie w Ameryce Południowej, gdzie pozostawił go na koniec poprzedni film. Już od pierwszych scen widzimy radykalne odejście od estetyki Anga – tu mamy większy hardkor, ciasne slumsiarskie uliczki Rio, fabryka, gdzie Banner pracuje jako wyrobnik – bez plastikowej cukierkowatości. Nie oznacza to jednak bynajmniej doliny – w te realia szybko wkracza fajna akcyjka, padają strzały, ofiary śmiertelne, a potem czeka nas podróż do USA i dalsze przygody.

Fabularnie niestety szału nie ma – nadal mamy „Hulk ucieka, a wojo go goni”, wzbogacone o osobistą vendettę, jaką wobec Hulka pielęgnuje super komandos Emil Blonsky (Tim Roth). Pomimo tej płycizny, film broni się doskonale – głównie dzięki obsadzie. Wiem, że poprzedni Hulk też był obsadzony wyśmienicie, ale tutaj naprawdę zrobiono z aktorów należyty użytek. Roth jako psychotyczny Blonsky dąży za wszelką cenę do dorównania Hulkowi – ze zmutowaniem w wielkiego Abominationa włącznie. William Hurt jako autentyczny generał-skurwiel, budzi niemal wyłącznie naszą antypatię, bez taryfy ulgowej z poprzedniego filmu. Razi tylko paskudna Liv Tyler jako Betty Ross, której postać jest po prostu bierna i popychana przez osoby i wydarzenia wokół niej. A sam Ed Norton mega wymiata – widać, że wszystko, co mówił w wywiadach jest prawdą. Naprawdę potraktował film bardzo osobiście i przyłożył się do roli z zaangażowaniem godnym lepszej sprawy – szacunek. Jest to o tyle ważne, że to film przede wszystkim o Bannerze, a nie o Hulku – i postacie te są od siebie tu (do czasu) dość mocno oddzielone. Jednym z głównych motywów jest też ewolucja nastawienia Bannera do swojej przypadłości – nie wiem, na ile zgodna z komiksem, ale licznik „dni bez incydentu” bardzo ładnie działa jako komentarz do tej zmiany.

Lovecraftowksa Abominacja

Będąc w temacie fabuły należy wspomnieć o dziwacznym związku tego filmu z wcześniejszym. Niby jeden przechodzi płynnie w drugi, ale np. geneza Hulka jest tu nieco inna niż poprzednio. Skoro już film po części nawiązuje do poprzednika, mógłby sobie darować takie niepotrzebne sprzeczności… Dobrze przynajmniej, że nie był to kompletny reboot i nie musieliśmy całej historii męczyć od początku.

Główną siłą TIH jest sposób jego poprowadzenia i przedstawienia, mocno nawiązujący zresztą do Transportera. Z ekranu emanuje taka energia i mega epa, że przez większość seansu człek siedzi jak na szpilkach – taki jakby długi fabularny trailer. Genialna scena pościgu slumsami Rio, gdzie eka komandosów bez żenady w tłumie goni Bannera po prostu tryska adrenaliną (nie popadając przy tym w eksploatowany ostatnio parkour) – przy piskającym cały czas w tle liczniku tętna przypominającym Bruce’owi i nam, że nie powinien się za bardzo ekscytować… Walka pomiędzy Hulkiem a Abominationem, mimo że w 100% komputerowa jest choreograficznie bez zarzutu – a dźwięk i sposób kręcenia powoduje, że wręcz czujemy powera i ciosy wielkoludów. Ta emanująca z ekranu moc to właśnie chyba główny atut udanej ekranizacji Hulka, naprawdę Leterrier to w tym wypadku właściwy człowiek na właściwym miejscu. Kolejnym niemal-banalnym elementem, który buduje sukces filmu jest muza – niby monotonna, ale świetnie zgrana z akcyjką. W długich scenach samotnych światowych wojaży Bannera też stanowi fajne tło, przez co nie czujemy dłużyzn. Wizualnie film jest mroczny, na poziomie przywodzącym nieco na myśl Daredevila -ze wspomnianymi slumsami i ulicami mroku na czele. Razi jednak nieco „bitwa na trawniku”, ktorej przekleństwo trafiło nawet tutaj. Widać też sporo „skrótów myślowych” – łącznie z brakiem wielu scen z trailerów. No ale skądś musiało się wziąć te 70 minut wyciętych scenek na DVD.

Gadał dziad do obrazu

Technicznie film też przebija poprzednika 100x – Rythm&Hues pokazał ILMowi, jak powinien wyglądać dobrze zrobiony komputerowy Hulk. Oczywiście ani on, ani Abomination nie są bynajmniej 100%-naturalni, ale to co odwalił zadufany w sobie ILM poprzednio wołało po prostu o pomstę do nieba. Główny bohater nie jest już ani krzykliwie zielony, ani plastikowy – wygląda już niemal jak pełnoprawny biologiczny twór, więc respect. Kiwka należy się też filmowcom za poruszenie ważnej kwestii rozciągliwych gaci Hulka, który to motyw przewija się w filmie kilkakrotnie.

Warto dodać, że ten odcinek nie epatuje samą postacią naszego pakera – oczywiście ma on kilka lujczych scen ze swoim udziałem, z czego dwie dość wybuchowe, ale nie wali to tak po oczach. Hulk nie rzuca już czołgami i nie skacze pod niebiosa – został bardziej sprowadzony na ziemię, ale dzięki temu paradoksalnie jego siła jest bardziej wiarygodna i robi większe wrażenie. Warto wspomnieć tu też pierwszą scenę, w której zielony się pojawia – i w której niemal w ogóle go nie widać. Scena ta od razu ustawia sposób jego prezentacji w dalszej części filmu. Dodam, że w tym odcinku (w odróżnieniu od poprzedniego) Hulk ZABIJA W SZALE NIEWINNYCH – aczkolwiek niestety nie na ekranie, tylko w relacjach świadków.

Film eksploduje też popularnym marvelowym cross-overyzmem. Mamy tu więc znane już serum Kapitana Ameryki, S.H.I.E.L.D. a także oczywiście Tony’ego Starka. Nie zabrakło tez tradycyjnego już udziału Stana Lee -; tym razem w całkiem sporej i istotnej roli. Również fani Lou Ferrigno zostaną usatysfakcjonowani – co ciekawe, jest to chyba jedyny aktor, który w obu nowych Hulkach zagrał tę samą rolę.

Tak więc The Incredible Hulk to pozytywne rozczarowanie. Byliśmy na nim w kombinacji z The Happening i z tej pary to właśnie on zrobił lepsze wrażenie. Nie stawiam mu piątki, ponieważ ekstraklasą nie jest – ogląda się go świetnie, ale brak mu jakiejś iskierki, która uczyniłaby z niego film znakomity. Moim zdaniem to jednak i tak najlepsze, co z takiego tematu można wycisnąć.

Ocena (1-5):
Wklejanie w glebę i w ściany: 5
Epiczność: 5
Obsada: 5
Fajność: 4

Cytat:
– Help him, soldier!
– Which one?
– The green one, shoot the other one!

Ciekawostka przyrodnicza: Autorem scenariusza filmu jest właściwie sam Ed Norton. Niestety debilne przepisy związkowe w Holiłodzie uniemożliwiły zamieszczenie jego nazwiska w napisach, nie wspominając o wynagrodzeniu.

Written by: Commander John J. Adams

Szeruj to!

 

Komenty FB

komentarzy

Komercha

19 Komentarze(y) na Incredible Hulk, The

  1. Umarł Bóg…. Commander John J. Adams. Panie co się stało…. Johna Hurta pomylić z Williamem Hurtem!!!!! Co za błąd. A recka nie najgorsza, byłem też na obu filmach i musze powiedzieć że faktycznie Hulk lepszy od Zdarzenia którego koniec był lepszy chyba tylko od Osady… a nie wiele lepszy od Znaków. Czekam na recke. Pozdrawiam

  2. Nadal nierozwikłana pozostaje zagadka trwałości gaci Hulka… czy odważą się wyjaśnić to w sequelu albo Avengersach?

  3. no jak to nierozwiązana? kupuje elastyczne, a i tak mu się rozpadają. i kropka. no i ładne pojechali po tych klasycznych, fioletowych 🙂
    ale pozwolę sobie powtórzyć pytanie z foruma: czy tylko ja dopatruję się nawiązania do Thora, w postaci 'szalejącej, niespodziewanej burzy'?

  4. Domagam się wreszcie recenzji scenariusza do Indiany Jonesa IV i apeluję do fandomu o poparcie moich rządań!

  5. Zgadzam sie z przedmówcą – tez sie domagam!!! A w międyczasie zanim sie recki doczekamy ciekawa dyskusja o tym scenariuszu na pewnym forum, ktorego moderatorzy nazywaja ZP takim "Pudelkiem":
    [url]http://www.indiana-jones.pl/forum/viewtopic.php?t=700[/url]

  6. William, John, ten się myli co nic nie robi 🙂

  7. Wrażenia z filmu odniosłem niemal identyczne, a ponadto widząc walczącego z Hulkiem, Blonsky'ego (po zarzuceniu pierwszej dawki serum), uwierzyłem, że w film o "amerykańskim capie" może się udać. Byle tylko dostał sensowniejszy trykot niż komiksowy odpowiednik.

    PS. A gdzie recka Speed Racera? 🙂

  8. Rif Starfire – dokładnie to samo napisałem na jednym forumie, że w końcu uwierzyłem w sens postaci Capa (że nie tylko rzuca tarczą na lewo i prawo, ale też coś tam będzie potrafił). co do trykotu, to jakoś tak jestem spokojny, bo ostatnio im nieźle idzie rasowanie tych wersji komiksowych.

  9. Oceny na ZP zaczynaja przypominac te ze swiatka gier komputerowych/wideo.

  10. Recka IJ będzie niedługo, bo z uwagi na nawał zajęć czytanie mi wolno idzie 🙂 I pewnie dlatego mi się John z Williamem pomylił 🙂

    Na razie mogę powiedzieć, że na pewno jest to o niebo lepsze od KOTCS, choć rewelacji nadal nie ma. Darabont jedzie na powielaniu udanych motywów z poprzednich odcinków – co jest może dobrym pomysłem, ale czy byłby z tego dobry film?

  11. Tak się składa, że ten film jest całkowity rebootem serii. To iż nie ma orginu jest skutkiem tego, że nie chcą się powtarzać.

  12. Tak się składa, że reżyser co innego gadał 🙂

  13. ja poprzedni film widziałem daaawno temu i go sobie nie odświeżałem przed seansem nowej części, więc nawet nie pamiętałem, że tamten się kończył w Brazylii. i powiem szczerze, że ten się bardzo ładnie sprawdza, jako kompletnie samodzielne dzieło.

  14. Tak się składa, że jestem mocno w temacie i ta kwestia była wielokrotnie poruszana i tłumaczona- ten film jest rebootem, chwilami nie było to pewne, ale umieszczenie na początku filmu urywków z orginu bohatera miało całkowicie oddzielić ten film od "Hulka".

  15. Wydaje mi się, że nie jest ważne, jak kwestia jest poruszana i tłumaczona. W tym wypadku ważne są 2 rzeczy:
    1) Wrażenie, jakie odnosi widz w kinie
    2) Wypowiedź Leterriera

    Z obu jasno wynika, że film nawiązuje do poprzedniego i nie jest 100% rebootem.

  16. Wystarczy czytać domorosłe portale komiksowe, żeby wiedzieć , że jest to 100% reboot. Mówiąc "ta kwestia była wielokrotnie poruszana i tłumaczona" miałem właśnie na myśli to co mówili na ten temat Leterrier i Norton, a mówili oni, że to nie jest kontynuacja. To, że widz może odnieść wrażenie iż jest to sequel nie znaczy że tak jest. ten film jest po prostu kolejną ekranizacją tego samego komiksu. Rzeczywiście miejscami może się wydawać 2 częścią, np. zaczyna się w podobnym miejscu co "the Hulk" się skończył, ale są to w takim razie ślady po tym iż sequelem miał być. Zmieniły to jednak poprawki Nortona w scenariuszu. Zmieniona obsada, design Hulka, styl produkcji i wstęp ukazujący orgin powinny być wystarczającym dowodem na to że nie jest to kontynuacja.

  17. Ten film po prostu równocześnie jest i nie jest rebotem. W dodatku nie jest robotem – i tu sie koncza nawiazania do Matrixa zanim sie zaczely. Poza tym mam wraenie ze ten Hulk konczy sie w miejscu w ktorym skonczyl sie trzeci odcinek Cojaka (czyt kodżaka) ale nie tego z Savalasem tylko tego z jakims murzynem. Co za bezsens. Cojak – murzyn! Co na to Grecy? A może Stavros jest kobietą i do tego z Chin?

  18. -> harry – ty mówisz o rozciągliwości/elastyczności gaci Hulka, a ja mówię o trwałości. Bo normalne spodenki z rynku raczej nie przeżyłyby bliższego kontaktu z wybuchającym helikopterem i orania z ciężkich karabinów. Nie wspomnę nawet o tym co działo się w komiksie, bo tam gatki wytrzymywały niejednokrotnie ataki pociskami taktycznymi 😉

Dodaj komentarz