Unearthed

Tytuł: Unearthed
Produkcja: USA, 2007
Gatunek: Horror
Dyrekcja: Matthew Leutwyler
Za udział wzięli: Pani szeryf z serialu Eureka, Indianiec, kilku rednecków i pani naukowiec
O co chodzi: Potwór dziesiątkuje populację małego miasteczka

Łyk radości

Jakie to jest: Ostatnią scenę Unearthed oglądamy z niewątpliwym poczuciem głębokiej ulgi – że ten jeden z najsłabszych filmów ubiegłorocznego Horrorfest dobiegł końca i zarazem zaskoczeniem, jak takie „coś” mogło wylądować na ekranach kin, jak w ogóle mogło powstać.

Można by nawet podejrzewać, że reżyser i scenarzysta w jednej osobie – Matthew Leutwyler – nigdy nie widział wcześniej żadnego horroru. Coś na zasadzie tego, jak Karol May pisał westerny. Tylko, że opowieści Maya, mimo że wyssane z palca i pisane zza więziennych kratek przez gościa, który nigdy na własne oczy nie widział Dzikiego Zachodu warsztatowo były niezłe, czyniąc z papierowych postaci, dawno temu prawie obiekt kultu. W przypadku Unearthed problem w tym, że reżyser widział niejeden horror, nawet popełnił kilka (w tym całkiem fajny Dead & Breakfast), a mimo tego nakręcił piramidalnie głupiego, fatalnie wykonanego i zagranego bubla. Oczywiście nie porównuję Maya do Matthewa Leutwylera. Ot luźne skojarzenia.

Tak wyglądają wakacje u nas w USA

Otóż, gdzieś tam w USA, w położonym na pustyni Nowego Meksyku zapomnianym przez bogów miasteczku odkopane zostają nieznane szczątki. Coś ożywa albo już żyło – nieważne – szybko gna do miasteczka siejąc terror wśród spokojnych potomków Indian i kilku skurwielskich białych farmerów. Wkrótce jedna z ładniejszych lasek, naukowiec rzecz jasna, w przydomowym labie zrobi raz, dwa analizę DNA odnalezionego kawałka potworka i dojdzie do przerażających wniosków, że światu grozi zagłada z rąk obcych. Tzn. nie ukrywam, że wyjaśnienia są dość zagmatwane, ale potworzaste coś jest wysłannikiem obcej cywilizacji przysłanym kolekcjonować ziemskie DNA. Koncepcja dla obcych pewnie i słuszna, bo wspomniany potwór po zebraniu próbek wszystkich, ziemskich gatunków miał bez wątpienia wrócić na ojczystą planetę. A tam, przed kosmiczną radą starszych, przedstawić próbki i opracować plany niechybnej inwazji na Ziemię. Pech jednak chciał, że nadział się na starodawne plemię Anasazi, które to bestię pokonało, a historię streściło pokrótce na ścianach pewnej jaskini.

Czego dokonali dawni Indianie nie udaje się uzbrojonym w strzelby farmerom, lokalnej policji z fajną lasią na czele, szamanowi i kilku innym personom. Sama bestia nie próżnuje i po kolei wyłapuje towarzystwo, wypruwając z nich flaki w wyjątkowo mało imponujący sposób. Z tego chaotycznego opisu Unearthed mógłby się jeszcze jawić jako kultowy szmatławiec albo niezły zabijacz czasu na SciFi Channel (przyznaj się, że podobny ostatnio oglądaliśmy u mnie – Cmdr JJA). Nic z tego, ogrom zniszczeń w scenariuszu i poziom nieudolności reżysera wraz z aktorami jest tak wielki, że aż dupa boli.

Co krzyczysz, masz shotguna

Po kolei. Postacie: schematyczny zlepek klasycznych typów charakterów z różnego rodzaju maści slasherów: od puszczalskiej lasi blondynki, panienkę naukowca po panią szeryf z problemami alkoholowymi. Po raz kolejny sprawdza się również hipoteza, że na granicy Meksyku żyją tylko fajne seksowne i samotne laski. Współczucie budzi kiepsko wyhodowany klon Eddiego Murphy oraz bredzący głupoty szaman, w którego wcielił się nawet znany Indianiec, Russel Means – a przynajmniej takich zwykle grywa. Liderem lokalnych rednecków jest za to, pamiętany z Losta, aktor M.C. Gainey, któremu serialowa śmierć zamknęła chyba wrota wszelkiej dalszej kariery. Bo skoro ta ma wyglądać jak jego występ w Unearthed, to bye bye.

Dalej mamy efekty, które budzić mogłyby emocje w latach ’80-’90, potworka, który wygląda jak krzyżówka Obcego i Genestealera oraz jego animację na poziomie budzącym tylko śmiech. Zażenowania. Swoją drogą, potworka bardzo trudno zobaczyć, gdyż twórcy w ramach oszczędności i budowania mrocznego klimatu postawili na nocne atrakcje. Wszystkiemu towarzyszy fatalny montaż i tak chaotyczna praca kamery, że wszelkie starcia potworka z tubylcami nie trzymają napięcia ani akcji. Jakieś zbliżenia na twarz, ktoś krzyczy „Aaaaaaaaaaa”, coś tam mignie czy chlapnie juchą, amatorszczyzna. I jak wspomniałem, często jest za ciemno by cokolwiek zobaczyć.

Horror powinien straszyć, tutaj nie ma ani jednej sceny, która budziła by grozę czy przerażenie – a przecież film traktuje o rozrywającym ludzi na strzępy potworze. Kurcze, to już gnioty z SciFi Channel mają więcej epy i sensu, budzą głupią radochę swoją bezmyślnością, a nie uczucie zażenowania. Dalsze pisanie o całkowicie idiotycznym scenariuszu, dialogach i zakończeniem wziętym z pupy nie ma chyba sensu.

Nadszedł koniec recki i na siłę staram się odnaleźć jakieś plusy Unearthed. Mamy w końcu fajne lasie, prawie kosmicznego Alien-like potwora i napierdalankę z redneckami. Coś musiało przecież zaiskrzyć w scenariuszu lub zaskoczyć na planie. Cycki? Nie. Epicka walka z potworem? Nie. Suspense, mrok i groza? Nie. Fajne, indiańskie blubry, grzybki i straszne opowieści przy ognisku? Nie. To może chociaż całujące się lasie, śmieszny murzyn, denerwujący nerd i etc.? Nie, nie. I także”nie” w temacie fajnego zakończenia, czy wartkiej akcji. Totalnie nic. Z czystym sumieniem oceniam film najniżej jak mogę i odradzam w 100 % potencjalnym oglądaczom. Nawet nie próbujcie traktować recki jako reklamy najgorszego horroru świata, który można obejrzeć w fajnym towarzystwie przy zgrzewce piwa.

Ocena (1-5):
Potworek: 1
Klimacik 90s: 3
Akcja: 1
Gore: 1
Fajność: 1

Cytat: To wysłannik obcej cywilizacji przysłany aby zbierać nasze DNA.

Ciekawostka przyrodnicza: Film jest luźnym remakiem innego horroru o tytule Unearthed, do czego chyba, ani reżyser, ani nikt z producentów się nie przyznaje. W obrazie z roku 2004 było miasteczko Tampa, indiańskie artefakty, nawet Tom Savini w roli głównej. Nie było tylko fabuły, a film był podobno tak słaby jak omawiany tu przebój. I swoją drogą, czy tylko mi Unearthed kojarzy się z Reliktem?

Written by: garret

Szeruj to!

 

Komenty FB

komentarzy

Komercha

Dodaj komentarz