Southland Tales

Tytuł: Southland Tales
Produkcja: USA, 2006
Gatunek: Apokalipsie
Dyrekcja: Richard Kelly
Za udział wzięli: THE ROCK, Buffy, Stifler, Christopher Lambert, Bai Ling, Miranda Richardson, Kevin Smith, egzorcystka z Poltergeista
O co chodzi: Apokalipsa Justina Timberlake’a

Jakie to jest…

I’ve got a soul, but I’m not a soldier

Czytanie z Commandera Johna J. Adamsa:

Wreszcie szeroka ludność w kraju i na świecie ma okazję obejrzeć legendarny Southland Tales Richarda Kelly, znanego dotąd zasadniczo z Donniego Darko. I niniejszym zaświadczam, że film jest genialny.

Miło jest obejrzeć tak bezpretensjonalny, a zarazem tak złożony obraz SF. I nie jest to jeden z tych filmów, które „na są pewno ambitne, bo nic nie zrozumiałem”. ST daje się spoko w pełni zrozumieć, acz być może nie od razu – musi powoli wsiąknąć nam w intelekt, prowokując kolejne olśnienia. Film jest ambitny dzięki świetnemu połączeniu fabuły i alegorii, czyli ubraniu opowiastki pseudo-biblijnej w szaty filmu pseudo-sensacyjnego.

Świat Southland Tales jest tak rozbudowany, że liczne wejścia narratora i wiadomości telewizyjne tylko coraz bardziej motają widza, zamiast cokolwiek wyjaśnić. Dawka informacji, jaką otrzymujemy na dzień dobry od razu wskazuje, że Kelly miał znacznie więcej pomysłów, niż był w stanie przekazać w tym króciutkim, 2,5-godzinnym filmie. Tak więc, za trzy dni, 4 lipca 2008 będziemy obchodzić trzecią rocznicę jądrowego ataku terrorystycznego na USA. Na świecie w najlepsze trwa trzecia wojna światowa, na którą Amerykanie idą z przymusowego poboru (łącznie z hollywoodzkimi aktorami). Same USA zmieniły się w państwo policyjne, gdzie wojsko i aparat przymusu stoi na każdym rogu, do podróży między stanami potrzebna jest wiza, a obywatele i internet są kontrolowani 24h przez agencję US-Ident. Sytuację tę (oraz kapitalizm, jak też religię) zwalcza ruch Neo-Marksistów, co jest szczególnie ważne, gdyż zbliżają się rozstrzygające wybory w Kalifornii. Ilość motywów filozoficzno-społecznych mielonych przez film, jest doprawdy imponująca: polityka i Republikanie, hollywoodztwo, przyszłość, nadużycia Patriot Acta, ekologia, wojna światowa, rządy korporacji, narkotyki, wojna z terrorem, kryzys paliwowy.

Buffy bokiem

Nie mniej ciekawa jest ekipa głównych bohaterów i fabuła: gwiazda kina akcji z amnezją, Boxer Santaros (THE ROCK), po tajemniczym incydencie na pustyni stara się wyprodukować nowy film, sterowany przez gwiazdę porno Krystę Now (Buffy). Boxer bazuje swój projekt na scenariuszu „The Power” napisanym przez Krystę, a będącym nowym tekstem proroczym przekładającym znaną nam Apokalipsę na realia właśnie Southlandu – czyli południowej Kalifornii. Tymczasem Neo-Marksiści porywają policjanta Rolanda Tavernera (Stifler) i w jego miejsce podstawiają jego brata bliźniaka Ronalda (też Stifler), którego zadaniem jest towarzyszyć Boxerowi w jego artystycznej podróży i zdyskredytować go. Boxer bowiem jest żonaty z córką senatora Bobby’ego Frosta, uosabiającego zwalczany przez Marksistów estabilishment. Tłem całej fabuły jest konflikt i spiski pomiędzy Neo-Marksistami, korporacją Barona Von Westphalena i US-Identem (na którego czele stoi, na marginesie, żona senatora Frosta). Spiski te są stosownie zakręcone i porcjowane widzowi w bardzo szczątkowych dawkach, podobnie jak dziesiątki wątków i motywów pobocznych, dlatego trzeba się dość mocno skupiać, aby nadążać za warstwą fabularną filmu, a co dopiero znaczeniową. Mamy tu też cały tłumek postaci drugoplanowych, takich jak porno-koleżanki Krysty, chińską czarownicę Serpentine (Bai Ling), jeźdźca Apokalipsy Christophera Lamberta czy narratora – szeregowego Pilota Abilene (Justin Timberlake), byłego aktora, który wrócił z Iraku lekko upiększony po wypadku z granatem.

Płyńcie, łzy moje

Przy takich założeniach każdy film musi wypalić – nic dziwnego, że Kelly postanowił się rzucić na głęboką wodę. Southland Tales jest niemal zaplanowanym instant kultem – postmodernistyczne nagromadzenie kultowych scenek, dialogów, aluzji i wolt aktorskich jest większe niż chyba np. we wszystkich filmach Tarantino razem wziętych. Kelly najwyraźniej z pełną premedytacja chciał stworzyć film, który długo będzie cytowany i omawiany, zaklepując sobie miejsce w przeglądach zaraz obok Lyncha.

Obsada filmu po prostu rozwala – zwłaszcza, że żadne z czołowej trójki (THE ROCK, Buffy, Stifler) nie zagrało chyba do tej pory tak ambitnej roli. I każde z nich wypada tak rewelacyjnie, że można tylko pochylić czoło przed intuicją, jaką kierował się Kelly obsadzając ich. Jeśli komuś The Rock kojarzył się dotychczas tylko z wrestlingiem i plastikowym Królem Skorpionem, zadziwi się on widząc jego przemiany z Boxera Santarosa w Jericho Cane’a – postać ze scenariusza „The Power”.

Sam świat filmu jest typową syntezą niskobudżetu i teatralnej umowności. Całe państwo policyjne jest więc potraktowane dość umownie – niby na plaży w Santa Monica siedzą cały czas rządowi snajperzy celując w tłum, a jednak nie przeszkadza to ludziom chodzić tam na spacery i organizowac pół-jawnych marksistowskich wieców. W ogóle umieszczenie wydarzeń ostatnich dni przed końcem świata w Kalifornii ma, rzecz jasna, swój przewrotny smak – jako, że na zdrowy rozum, jest to miejsce, które jako ostatnie byłoby dotknięte Apokalipsą… Może właśnie dlatego bohaterowie filmu podchodzą do tego nieuniknionego wydarzenia ze zrozumieniem i luzem.

Lokal dla lepszej wiary

Mimo, że sam sens ST nie jest tak zawiły, jakby się mogło wydawać, o tyle fabuła jest zakręcona jak ruski słoik, a jej zrozumieniu nie pomaga wysublimowana narracja i fakt, że film jest praktycznie drugą częścią historii opowiedzianej wcześniej w serii komiksów. Dodam od razu, że nie jest to żaden chwyt marketingowy ani wyłudzanie kasy – projekt od początku był pomyślany cross-medialnie. Mimo, że film stanowi „większą połowę” fabuły, załapanie go bez pomocy komiksów jest praktycznie niemożliwe. Chwyty typu „opowieści w opowieściach”, „spiski w spiskach”, sto wątków na trasie podróży w czasie, czy zamiana bohaterów nie pomagają nam w swobodnym odbiorze filmu. Tym niemniej, paradoksalnie Southland Tales dość łatwo, jako że fabuła jest tak posiekana, że przez większość czasu nawet nie ma potrzeby wiązać sobie poszczególnych wątków w mózgu – na koniec zresztą same zbiegają się one w całość, a nadążanie za wszystkimi niuansami nie jest konieczne dla prawidłowego odbioru dramatycznego akcji. Problem tylko jest taki, że czasem ciężko się połapać, co jest prozaicznym elementem fabuły, a co alegorią, co zmusza do rozmyślań długo po obejrzeniu filmu – w których dostrzegamy kolejne związki i smaczki. Film ewidentnie wymaga kilkakrotnego obejrzenia, żeby wykumać większość tychże.

SWAT strzela zza winkla

W ST bowiem wydawałoby się poważne wątki polityczne, społeczne i religijne mieszają się z problematyką seksu analnego, seksu motoryzacyjnego, seksu nastoletniego, a także wręcz klasycznym slapstickiem. Szczególnie fajnie wypadają tu dywagację koleżanek Buffy na temat tego, kiedy pigułka „na dzień po” staje się pigułką „na dzień przed” i wygłaszane w wybitnie patetycznych momentach hasła w stylu „Nobody rocks the cock like Krysta Now”.

Jednym z mocniejszych elementów filmu jest na wypasie muza Moby’ego, która w równym stopniu buduje atmosferę, co oniryczna scenografia i surrealistyczne postaci. Nie zabrakło nawet sceny muscialowej, w „wykonaniu” Justina Timberlake’a, który w tym filmie, tak na marginesie, mega rządzi.

Moim zdaniem myli się ktoś, kto by uważał, że Kelly stara się tu podjąć jakąś poważną dyskusję społeczno-polityczną. Cały przejaskrawiony świat Southland Tales, czyli „zrepublikanizowana Kalifornia do kwadratu” służy tu właściwie tylko jako żyzne tło dla nowatorskiej interpretacji Apokalipsy. Dlatego właśnie uważam, że film jest bezpretensjonalny – nie jest misyjny, nie ośmiesza żadnej ze stron konfliktu społecznego (ani faszystowskich rządów, ani utopijnych Marksistów) w sposób bardziej ambitny niż kabaret nonsensu. Zresztą każda z tych stron jest potrzebna – w końcu musi odegrać swoją rolę na drodze do końca świata.

Southland Tales jest świetnym, udanym eksperymentem starającym się przełożyć na język filmu wizje ujaranego reżysera, która – o dziwo – na którymś tam planie ma wszystkie ręce i nogi. Kiedy już się wydawało, że nie da się wykrzesać już nic świeżego z tych oklepanych motywów dostajemy film, który kolejny raz udowadnia, że w kinie jeszcze bardzo wiele zostało nieopowiedziane. I tak – uważam, że należy mu się miejsce wśród królów postmodernizmu. Pozycja obowiązkowa dla każdego snoba filmowego i łowcy kultów. Wypas i rewelacja.

Sprzedawca gunów z rumuńskich filmów

Czytanie z Garreta:

Warning: you are entering a domain of chaos.

Codzienna lektura newsów filmowych może nieco dobijać lub przynajmniej rozczarowywać. Oto kolejny remake horroru z lat 70-80, albo może adaptacja następnego komiksu, najlepiej jeszcze nie napisanego. Dalej mamy ekranizacje gier komputerowych czy wariacje na temat gorno, zagubionych nastolatków i moteli na odludziu.

Może nie jest tak źle… Na pewno nie jest tak źle i celowo wyolbrzymiam, ale zapewne każdy z nas się łapie czasami na myśli, że prawdopodobnie napisano i nakręcono już chyba wszystko, a dookoła trwa regularne rżnięcie, przepraszam kopiowanie starych pomysłów. Całe ten wstęp jest tylko po to aby rozwinąć czerwony dywan i zapalić neony przed Southland Tales, filmem ze wszech miar oryginalnym, zakręconym, niepoprawnym i nie pasującym do aktualnych kinowych trendów.

Problemy z odbiciem

This is the way the world ends – Not with a whimper, but with a bang.

Autorem Southland Tales jest Richard Kelly, reżyser i twórca Donnie Darko, obrazu równie oryginalnego jak i niepokojącego, w każdym razie nie pozostawiającego obojętnym. Na Southland Tales przyszło nam nieco poczekać – pierwszy trailer robił duże wrażenie, kolejne klipy mogły się podobać, a obsada wydawała się prawie z innego świata. W jednym filmie THE ROCK (w nosie mam jego deklaracje by nazywać go teraz Dwayne Johnson), Buffy, Timberlake, Lambert, Kevin Smith, Seann William Scott, Bai Ling i jeszcze kilka ryjów charakterystycznych lecz nieznanych mi z nazwiska. Wszystko to mogło gwarantować kino fantastyczne lub artystyczną porażkę, czyli skrajne reakcje i emocje do których przyzwyczaił nas np. Shyamalan.

Z całego przekładańca jakim jest Southland Tales na początku najłatwiej opisać zewnętrzną warstwę czyli świat filmu i szczątkowy zarys fabuły. Ułatwia to zresztą sam Kelly, który w postapokaliptycznym początku jasno kreśli ramy jego uniwersum. Oto w Teksasie zdetonowana zostaje bomba atomowa; nie trzeba długo czekać a Stany wywołują trzecią wojnę światową przenosząc pole bitwy do Korei Północnej, Iranu czy Syrii. Konflikt na Bliskim Wschodzie uniemożliwia dostawy ropy naftowej, co grozi zatrzymaniem rozpędzonej machiny wojennej. Na szczęście grupa naukowców odnajduje tzw. Płynną Karmę, źródło nieskończonej energii, napędzającej każdy pojazd. Taki wynalazek zmienia równowagę na świecie – równowagę ekonomiczną, polityczną ale i religijną. W takim świecie pewnego dnia znika nagle Boxer Santaros, król kina akcji i zarazem mąż córki kandydata na prezydenta USA. Boxer pojawia się później, bez pamięci, w ramionach królowej porno Krysty Now i kreśli wizje końca świata w scenariuszu do filmu „The Power”. A całą sytuację, na niekorzyść rządzących, chce wykorzystać neomarksistowski ruch oporu. To tylko wierzchołek góry lodowej, gdyż każdy wątek bardzo szybko dzieli się na następne, a te w kolejne i powstaje bardzo powierzchownie zarysowana wizja świata, wizja roku 2008.

Zrób zdjęcie dwóch tańczących lasek,
USA flagi i THE ROCKA w tle

The fourth dimension will collapse upon itself… you stupid bitch.

Cała zabawa z Southland Tales to poszukiwanie w tej gmatwaninie wątków jakiejś ścieżki narracji i unikanie zapędzenia w ślepe zaułki. Zresztą na końcu Kelly będzie twierdził, że żadnych ślepych uliczek nie było, a wszystko się perfekcyjnie zazębia. W psychodelę wkręca nas świetna muza Mobiego, notabene napisana specjalnie do filmu zanim Kelly skończył jeszcze scenariusz, surrealizm rzeczywistości i to, że do każdej interpretacji od razu można dołożyć znak zapytania czy niepewności. Standardowy głos spoza kadru szybko zostaje zidentyfikowany, i mimo że pozornie jest wszechwiedzącym narratorem, jest również ćpunem uzależnionym od Płynnej Karmy. Nie przeszkadza mu to przy okazji w byciu strażnikiem rafinerii Karmy, która, kurczę nie wiem, powiedzmy że ją wydobywa i przetwarza z fal oceanu.

Southland Tales, czyli opowieści z południa, to dokładniej trzy równoległe historie. Trzy karmy. Pierwsza karma jako odwieczne pytanie o to, czy mam przeznaczenie, czy to co mnie otacza ma sens i o co chodzi. Nie wierzę, że przypadkiem przewijają się tu cyfry 69 czy 3 dni do końca świata, że z dzielenia przypadkowo wychodzi 23. Druga karma jako materialna substancja, która zmienia życie każdego, zwykłego obywatela, a tak naprawdę jest jednym ze zwiastunów końca świata, Lodem-69. I na końcu nasza osobista karma. Nasz los osobisty i całego świata, który determinujemy każdym swoim czynem jak śnieżka sprowadzająca lawinę. Southland Tales bawiąc się motywami postapokaliptycznymi bez żenady czerpie z Dicka czy Vonneguta. Podobnie jak w „Kociej Kołysce”, gdzie tajemnicza substancja lód-9 sprowadziła na ziemię koniec świata, tak i tutaj los ziemi determinuje Płynna Karma. Jak u Vonneguta był Bokonizm, Kelly bawi się świetnie motywem mesjasza i resetu wszechświata. Jakby tego było mało, Southland Tales jest mocną satyrą na współczesne rządy USA i politykę administracji odpowiedzialnej za wojnę w Iraku. O groteskę ociera się wszystko: szajbnięci naukowcy, którzy odkryli Płynną Karmę, komórki Neo-Marksistów ze specjalnymi skrzynkami pocztowymi, poddany ciągłej inwigilacji internet a nawet sam koniec świata. Z drugiej strony film całkiem na serio porusza kwestie praw obywatelskich – podstawy homeostazy quasi-demokratycznego społeczeństwa. Reguły tego świata ustala w sumie sam widz, wyznaczając na własną rękę jakie są powiązania pomiędzy Boxerem Santarosem, Jericho Canem a resztą świata. A najbardziej mi się podobało, że film nie proponuje żadnego happy-endu, w żadnej możliwej opcji. Koniec i nie ma chuja. Southland Tales jako odbicie lustrzane naszego świata może tylko dołować. Jeśli zapomnimy o debilnych i irracjonalnych rozterkach III czy IV RP i spojrzymy na Ziemię jakoś tak z góry to chyba tylko największy optymista stwierdzi, że sprawy idą w dobrym kierunku. Have A Nice Apocalypse – sami sobie fundujemy piękny koniec świata. I to nie cichy i skromny tylko z zajebistym i efektownym buum.

Nie bój się, THE ROCK

Don’t look so scared, Mr. Santaros. The future is just like you imagined.

I na koniec słów kilka o obsadzie, efektach i fachowych recenzjach Southland Tales. Cała wspomniana na początku eka sprawiła się świetnie. Nie powiem, aby to były wyżyny ale THE ROCK oraz Buffy zagrali bardzo dobrze i z fenomenalnym dystansem. Do samych siebie, do powiedzmy własnej, prawdziwej aktorskiej przeszłości i do scenariusza Kelly’ego. Żal dupę ściska, gdy THE ROCK marnuje najlepsze lata w komediach familijnych, a Buffy w drugorzędnych remake’ach azjatyckich horrorów. Chwaliłem już też muzykę – jest fantastyczna i hipnotyzuje. Acha, Justin śpiewa i jest nieźle. A efekty są i tyle można o nich powiedzieć. Nic wielkiego. Budżet wg IMDB to skromne 17 baniek, czyli grosze w porównaniu z wielkimi produkcjami.

Najbardziej mnie rozbawiły mega skrajne wszelakie recenzje. Jak się można było spodziewać, film został mocno zjechany w Cannes, gdzie dostał jedną z najniższych not w historii festiwalu. Zawodowi krytycy, którzy pewnie nie potrafią wysiedzieć na tłustym tyłku trzech godzin w kinie zarzucają Kelly’emu wydumaną i za długą surrealistyczną fantazję. Film o niczym i zbiór bezsensownych klipów ilustrowanych muzyką Moby’ego. No tak, w czasach kiedy film nie ma wyraźnego A i Z, a napisy końcowe nie stawiają symbolicznej „kropki nad i”, każdy film wyłamujący się z poprawnej stylistyki i łatwej narracji jest pewnie do dupy. Southland Tales miał szansę dostać dobre recki za jechanie po administracji Busha, ale zrobił to zbyt przewrotnie, aby krytycy zrozumieli.

Hindenburg II

Trudno mi cokolwiek zarzucić obrazowi. Nie podobał mi się tylko pomysł wydania, chyba równolegle z filmem, 3-częściowego komiksu, który jest wprowadzeniem w świat filmu i z tego co mówił JJ Adams, wyjaśnieniem różnych wątków. Nie ruszyłem go jak do tej pory i chyba tak zostanie. Wolę pozostać w strefie niedomówień…

I na koniec jeszcze jedna, ważna rzecz. Pamiętajcie: Nobody rocks the cock like Krysta Now, I mean: nobody!

Ocena (1-5):
Postacie i aktorzy: 5
Muza: 5
Kult i klasyka: 5
Fajność: 5

Cytat:
– Who am I?
– None of your business.

Ciekawostka przyrodnicza: Pierwsza wersja filmu miała premierę w 2006 roku w Cannes, gdzie została zmasakrowana przez krytykę. Wersja docelowa uległa mocnemu przemontowaniu i uzupełnieniu.

Written by: Commander John J. Adams & Garret

Szeruj to!

 

Komenty FB

komentarzy

Komercha

8 Komentarze(y) na Southland Tales

  1. Ogromny podziw dla obu Panów nie tylko za rewelacyjne recki, ale też wszechstronność, wgląd i refleksję. Ja zasnęłam na filmie, kątem oka kontemplując zaangażowaną fascynację Commandera, kontrastującą z brakiem rozmachu intelektualnego odnośnie mojej własnej interpretacji wyżej opisanego obrazu.

  2. Bardzo dobre obie recenzje. Ja stawiam na niedomówienia 🙂

  3. Jak już pisałem na forum, film podobał mi się.

    Czemuż Timberlake nie zagrał Anakina w NT… 😉

  4. Nam też podobał się, co zaświadczam stosownym updatem 🙂

  5. Kawal swiezego kina, chwilami zenujacy (mniemam, ze celowo :)), chwilami porywajacy… Jesli mysle o filmie tydzien, dwa po obejrzeniu to stwierdzam, ze god damn byl dobry 🙂 No i chce mi sie go zobaczyc jeszcze raz…

  6. Justin tak naprawde nie śpiewa tylko rusza wargami a leci wtedy piosenka the Killers

  7. A jeszcze dodam że w pierwszej scenie (tej na VHS) jak błysnęło za oknem to mało zawału nie dostałem – to mój koszmar z dzieciństwa (za dużo P/A) 😀

  8. piosenki Pixies, Blur i Radiohead. cała reszta po prostu automatycznie dopasowała się do poziomu 😀

Dodaj komentarz