Sweeney Todd: The Demon Barber of Fleet Street

Tytuł: Sweeney Todd: The Demon Barber of Fleet Street
Produkcja: USA, 2007
Gatunek: Burtonowski musical
Dyrekcja: Tim Burton
Za udział wzięli: Stały skład plus potterowcy i Borat
O co chodzi: Golarz mści się krwawo za swoje krzywdy, partycypując w biznesie gastronomicznym

Fryzjerski power slide

Jakie to jest: Oglądanie w kinie filmu Tima Burtona to za każdym razem budujące przeżycie (no, prawie za każdym) – a jeśli jest to musical Tima Burtona, to już w ogóle mega czad. Zwłaszcza, ze gotycko-wiktoriańska opowieść o demonicznym golibrodzie z Fleet Street ocieka burtonowskim klimatem jak mało który film autora. Po prostu esencja.

Przypomnijmy: w poprzednich odcinkach zły sędzia (Alan Rickman) dokonuje zaboru narzeczonej młodego londyńskiego golarza Benjamina Barkera, jego samego wrabiając w wieloletnie więzienie. Odmieniony po latach Barker powraca do Londynu jako Sweeney Todd (Johnny Depp) z zamiarem odpłacenia swemu wrogowi w sposób krwawy. Dodatkową motywacją jest dla niego świadomość, że żona w międzyczasie się otruła, a córka, adoptowana przez sędziego jest zmuszana przez niego do małżeństwa. Todd powraca więc do swojego dawnego lokalu usługowego, gdzie w międzyczasie rozlokowała się niejaka Pani Lovett (Helena Bonham Carter), produkująca najohydniejsze paszteciki w mieście. Szybko formują spółkę, po czym Sweeney rozpoczyna swój nikczemny proceder masowego mordu na klientach, sposobiąc się do ostatecznej zemsty na właściwych zbrodniarzach – sędzim i jego kolesiu. Pani Lovett natomiast utylizuje powstałe w ten sposób zwłoki, szybko uzyskując tytuł producentki najlepszych pasztecików w mieście. A wszystko to ze śpiewem na ustach.

Brzytwo ty moja, jesteś jak zdrowie

Tak więc, jeśli odstręcza Was idea zrobienia głównych bohaterów z pary sympatycznych psychopatów, powinniście trzymać się od tego filmu z daleka – choć z drugiej strony to niezła sztuka pokazać dwoje okrutników, których publiczność ma polubić. Jest to też bowiem zdecydowanie najbardziej krwawy ze wszystkich filmów Burtona – krew leje się strumieniami, rozlewa się, ścieka i tryska niczym w japońskiej wersji Kill Billa. Dodatkowo, Sweeney Todd (albo Mr. T., jak nazywa go Lovettowa) darzy swoje brzytwy bardzo osobistym, nieco perwersyjnym uczuciem – łącznie z pieszczotami, śpiewaniem do nich i nazywaniem ich częścią swojej ręki… Nic dziwnego więc, że robi z nich intensywny użytek, nie ograniczający się tylko do golenia.

Tak w ogóle, cały film jest jednym z mroczniejszych kawałków Burtona. I to nie tylko pod względem estetycznym (np. proces fabrykacji pasztetów), ale też dramatycznym (Sweeney jest jedynym z tragiczniejszych bohaterów, jakich reżyser rzucił na ekran). Mając na wyciągnięcie ręki swoją córkę i gotowego do ukatrupienia sędziego, woli zanurzyć się w słodkiej deprawacji masowego mordu i delektować nadchodzącą zemstą. Todd nie jest nią nawet opętany – to po prostu całe jego istnienie i na jej drodze nic nie ma prawa stanąć. Nic dziwnego, że wkrótce popada w syndrom Hrabiego Monte Christo, zapominając właściwie o co mu od początku chodziło i za co się mści… Sam twórca muzyki do filmu oświadczył, że jest to dobry kawałek sztuki o obsesji i gniewie, które wyrósłszy z bezsilności, wkrótce całkowicie kierują zachowaniem Todda. Film porusza też kilka bardzo istotnych ponadczasowych problemów, takich jak alkoholizm młodzieży czy walka klas. Co do tego ostatniego zapewne w czasach swego powstania był on jakimś manifestem – dziś właściwie ma tylko wartość historyczną. Bo jakby ktoś jeszcze nie wiedział, to opisywany film jest ekranizacją musicalu Stephena Sondheima, który z kolei jest adaptacją XIX-wiecznego motywu literackiego, przewijającego się od lat w różnych formach i wersjach przez media.

Po prostu piecz

W psychopatopodróży towarzyszy naszemu bohaterowi kilka barwnych postaci – po pierwsze rewelacyjna Pani Lovett snująca wizję ich wspólnego życia razem w kolorowej utopii, a także młody Anthony przystawiający się do córki Sweeneya, dla niego samego będący tylko kolejnym narzędziem do odwrócenia uwagi przeciwnika. Na ekranie jednak mega wymiata sam Borat, czyli Sacha Baron Cohen, wcielający się wypasienie w para-włoskiego golarza, Signora Adolfo Pirelli. Jako niewiele śpiewający, paradoksalnie jest jedną z najbardziej realistycznych postaci filmu – i przy okazji najbardziej barwnych. Wszyscy aktorzy sami śpiewają swoje kawałki, acz podobno nie było łatwo i każde z nich z trudem uczyło się tej trudnej sztuki.

Johnny Deep wykreował w filmie genialną postać mordercy – chłodnego, zdystansowanego, zaciętego, niezwykle egocentrycznego, manipulującego innymi, ogarniętego wyrachowaną manią poderżnięcia gardła człowiekowi, który zniszczył mu życie i – dosłownie – po trupach dążącego do celu. Ludzie, którymi się otacza, nic dla niego znaczą – generalnie, niewiele wydaje się dostrzegać dookoła siebie z wyjątkiem swoich brzytew i potencjalnych ofiar. „Golonych” przez siebie nieszczęśników traktuje jako istotny etap krwawego treningu – są oni dla niego tylko substytutami Tego Właściwego Mordu, którego Golibroda już nie może się doczekać. Warto obejrzeć apogeum jego opętania – co dzieje się po zemście, która staje się całym życiem? Która jest głównym motorem postępowania, dominuje potrzeby, pragnienia, marzenia i motywy?

Mili państwo na spacerze

Właśnie z powodu tej obsesji i ewidentnie emocjonalnych pobudek swych straszliwych działań, Sweeney Todd nie powinien być porównywany do Kuby Rozpruwacza – nasz okrutnik, przedstawiony w mrocznej i krwistej scenerii, nie jest pospolitym seryjnym mordercą. Ma zbyt wyraźny motyw, zbyt czytelną historię, zbyt bliską relację ze swoją docelową ofiarą. Jako wielokrotny zabójca jest zniszczonym przez innych i siebie samego człowiekiem, który wspina się po spirali swoich frustracji, upokorzenia i złości do wymyślonego spełnienia, które wcale nie przyniesie mu ukojenia.

Materiał źródłowy jest tak podpasowany pod styl reżysera, że aż dziw bierze, że dopiero teraz wziął się on za Sweeneya. Burton designersko przechodzi sam siebie, zapodając klimatyczny krajobraz wiktoriańskiego Londynu – z ciasnymi uliczkami, stłoczonymi i spiętrzonymi domkami – podnosząc jednak realia do swojego kwadratu. Dostajemy kolejny raz visual „cały film kręcony w studiu”, dodatkowo uplastyczniony w kompie i sprowadzony do lodowatej biało-granatowej palety kolorów. Są też oczywiście wszelakie kultowe kadry, korzystanie ze zniekształceń obrazu, odbić i tego typu klasycznych sztuczek. Acha, no i niezależnie od pory dnia, na ekranie zawsze panuje co najmniej półmrok.

Zawody golibrodzkie

Sweeney Todd to przy tym pierwszy stuprocentowy musical Burtona, jednak dzięki swemu doświadczeniu gość zrobił go bardzo sprawnie i zupełnie naturalnie. Mimo, że śpiewogra stanowi 90% dialogów, film narracyjnie idzie bez zarzutu, kawałki nie są ani za długie, ani za krótkie – a co najważniejsze, skręcone filmowo. Siłą rzeczy muzy tu nie komponował dyżurny burtonowiec Danny Elfman, tylko sam Stephen Sondheim. Jest ona stosownie orkiestrowo podkręcona pod przyzwyczajonego do odpowiedniego rozmachu reżysera i doskonale gra z tym, co chłoniemy z ekranu.

Niestety muszę ponarzekać, że Sweeney Todd, mimo całej swojej atrakcyjności, nie jest tak porywający musicalowo jak inni aktualni przedstawiciele gatunku. Nie ma takiej epy jak Phantom of the Opera czy Romeo+Juliet, ani tylu kultowych kawałków co Moulin Rouge (że nie wspomnę o Buffy czy Lexxie – królu telewizyjnych musicali). Szczerze mówiąc, w całym Toddzie są może dwie chwytliwe melodie – jednak trzeba przyznać, że te braki nadrabia on genialnymi lyricsami, jak np. dialog golarza z paszteciarą, gdy planują oni własny biznes. Nie oznacza to oczywiście, że Todd jest nużący – po prostu po burtonowskich soundtrackach, do których przyzwyczaił nas Elfman, można się było spodziewać mega wykopa. No ale cóż – oryginału nie można było przeskoczyć.

Jak ukazaliśmy, fascynująca historia Golibrody z Fleet Street niesie ze sobą całkiem pokaźną dozę pouczeń i życiowych mądrości, wskazując nie tylko na palące aspekty społeczne, ale także w pełni prezentując przykład Todda (a także Pani Lovett!) – ku przestrodze tego, że tak naprawdę przez nieuwagę i zbyteczną zapalczywość człowiek może się zapędzić w kozi róg.

Czego Wam nie życzymy.

Ocena (1-5):
Burton-klimacik: 5
Muzyczna epa: 3
Psychozabawa: 5
Fajność: 5

Cytat: Thanks for da Shave – The Pope

Ciekawostka przyrodnicza: Choć teatralna wersja musicalu traktuje szeroko o Londynie, nigdy nie była w tym sympatycznym mieście wystawiana!

Written by: Dro & Commander John J. Adams

Szeruj to!

 

Komenty FB

komentarzy

Komercha

15 Komentarze(y) na Sweeney Todd: The Demon Barber of Fleet Street

  1. Zwroce jeszcze uwage na teatralnosc filmu. Wszystko rozgrywa sie na 9 (chyba) postaciach, a reszta luda robi raczej za dekoracje, tak jak i CGI London. A i jego w zbyt wielu szerszych widoczkach nie dostajemy, to chyba wlasnie z tej zamierzonej teatralnosci wynika (no chyba ze z braku kaski).
    Fajnosc wyceniam na 4+
    Popierdolonosc glownego bohatera: 5+

  2. Aczkolwiek podniesione przez Lorda zarzuty można odnieść tak samo np. do Sleepy Hollow.

  3. W Angli ludzie masowo wychodzili z kin,bo film był reklamowany jako thiller,aby ukryc jego prawdziwy charakter tj.musical.Widzowie czuli się oszukani.

  4. Ojej, to prawie jak z Kryptą…

  5. Na naszym seansie w momencie gdy zaczęły się śpiewy, kilku kretynów zaczęło się śmiać. Do końca filmu wyszła prawie połowa sali. Ciężki jest los ludzi, którzy nie dostali się juz na Lejdis.

  6. @John J Adams
    Z ST (ile kurde filmow ma taki skrot?) kazda scene mozna spokojnie przeniesc do teatru (w przyblizeniu oczywiscie), Z SH juz niekoniecznie.

  7. Taki urok ekranizacji spektakli. Ale jakiejś radykalnej różnicy w stosunku do typowych Burtonów w tej kwestii nie ma.

  8. @John J Adams #2
    Ja tajemniczo trafilem na jakis seans dla spoko wiary. Calkiem sporo osob przesiedzialo napisy.

  9. U mnie nikt nie wychodził. No, ale wiedzieliśmy, że idziemy na musical – a poza naszą "zaufaną grupą" nikogo na sali nie było :E

  10. Ja wychodziłem do kina ale w ost. chwili nie udało sie . Jutro podejscie nr 2

  11. Film obejrzalem w Dublinie zaraz jak tylko wszedl na ekrany czyli jakies miesiac zhakiem temu. Rewelacja. A jesli chodzi o opuszczanie sali to nawet nikt o tym nie pomyslal. Bardzo duzo osob zostalo w fotelach czekajac do koca napisow i rozkoszujac sie muzyka.

  12. się końcówka linka trafiła…. 666

    cała prawda o Golarzu 🙂 ?

  13. Ja popierdoloność bohatera ocenie na 4 ze względu na to że bohaterowie w Ichi the killer są bardziej

  14. W kategorii dowolnej popierdoloności każde japońskie dzieło będzie faworytem 😉

Dodaj komentarz