30 Days of Night

Tytuł: 30 Days of Night
Produkcja: USA, 2007
Gatunek: O wampirach
Dyrekcja: David Slade
Za udział wzięli: Josh Hartnett, żona Michaela Vaugna, Boguś Linda, Czerwony Power Ranger
O co chodzi: Wataha wampirów odwiedza miasteczko na Alasce korzystając z nocy polarnej

Rzeźnia z lotu ptaka

Jakie to jest: Na ekranizację komiksu „30 dni nocy” mocno się napalałem. Sledziliśmy jej losy na łamach ZP prawie od początku istnienia sajtu serwując plakaty, trailery i fajne klipy tylko dla dorosłych. Niestety polski dystrybutor (zapewne UIP) uznał, że jest to tytuł zbyt prymitywny dla wysublimowanego polskiego widza i zrezygnował z jego sprowadzenia do kin. Dlatego też z absolutnie czystym sumieniem centralnie obejrzałem film z „drugiego obiegu”, pokazując dystrybutorowi wała i moją kasę na bilet. A szkoda, bo film jest mocno kinowy.

Kto jeszcze nie wie, to szybko opisuję: Barrow na Alasce jest najbardziej wysuniętym na północ miastem USA, stąd też przez miesiąc co roku doświadcza nocy polarnej. Z faktu tego postanawia skorzystać banda wampirów pod wodzą Bogusława Lindy, urządzając tam mieszkańcom 30-dniową krwawą łaźnię. Akcja filmu zaczyna się w ostatni dzień słońca, który wnet się kończy…

Boguś, na co ci przyszło?

Przeciw niespecjalnie wyczekiwanym gościom stają pan (Josh Hartnett) i pani (Melissa George) szeryfowie, którzy są aktualnie w separacji, ale oczywiście niecodzienne okoliczności znowu zbliżają ich do siebie. Po pierwszym ataku film wchodzi na znane tory schematu „ekipa ludzi ukrywa się, oblężona przez nadprzyrodzonych przeciwników”.

Wśród postaci mamy też kultowych polarników-twardzieli, lubieżną pracowniczkę obsługi rurociągu i operatorów maszyny mielącej śmieci. Klasa robotnicza odpiera vampyry, czyli. Jak nietrudno się domyśleć, w grupie wnet pojawiają się niesnaski i rozbieżne pomysły na wyjście z sytuacji. Na pomoc z zewnątrz nie ma bowiem co liczyć, wampirów jest masa i są nie do zabicia, a nie każdy ma ochotę siedzieć 30 dni w oczekiwaniu na słońce.

Pani szeryf daje radę

Same wampiry są przedstawione mocno nowatorsko, co wychodzi im zarówno na zdrowie jak i nie. Mimo, że w większości występują one w strojach wieczorowych, zachowują się jak zupełnie dzikie zwierzęta. Ludzi traktują wyłącznie jak bydło patrosząc ich i nie wdając się w żadne zastraszanie, gierki psychologiczne czy w ogóle komunikację werbalną – między sobą porozumiewają się natomiast Czarną Mową. Są to zatem takie neo-wampiry, podobnie jak neo-zombie z 28 dni. Z tym bardzo fajnym wizerunkiem kontrastują jednak jakieś tam istniejące między nimi więzi i struktura grupy… Niestety to odpodmiotowienie wampirów (którego zresztą nie było w komiksie) to też wielka ich słabość jako zagrożenia. Mimo wszystko klasyczny Dracula czy nawet taki Lestat lepiej straszył, bo knuł i był bardziej nieprzewidywalny… Natomiast neo-wampir zalatuje mocno Buffy, jest przez widza odbierany jako zwykłe zwierzę i niespecjalnie sprawdza się w filmie.

Co gorsza, samo wprowadzenie ich do filmu również jest słabe – tzn. pojawia się jego brak. Miałem nadzieję zobaczyć tu znaną z komiksu barkerowską procesję kroczącą w milczeniu wśród śniegu w stronę Barrow… A zamiast tego na dzień dobry mamy kilka sztampowych zabójstw przypadkowych osób. Pierwszy atak na miasto również jest słabiutki i bez epy, kiedy kamera kompletnie od niechcenia pokazuje kolejne nachodzone domostwa… Dopiero konkretny wjazd naszej wesołej ekipy na główną ulicę pokazany z powietrza robi piorunujące wrażenie – dziesiątki rozerwanych ciał, twadziele-myśliwi stawiający beznadziejny opór, pożary…

Klimatyczny widoczek

Niestety zarzut nie-epiczności można postawić całemu filmowi – reżyser uznał, że skoro ma dobrą obsadę i super design, może sobie odpuścić reżyserowanie. Konwencja filmu aż prosi się o jakieś nowatorskie, wizjonerskie (czy choćby udające takowe) podejście do zdjęć i akcyjki. Tutaj akcja jest niestety po prostu filmowana, z pojedynczymi nawiązaniami do obrazków komiksu. Również postacie, poza parą głównych bohaterów, są mocno żenujące i służą właściwie jedynie za ofiary do kolejnych ataków vampyrów. W filmach tego typu akcja powinna się rozwijać i wykonywać zwroty niezależnie od bohaterów, zmuszając ich do reagowania. Tutaj, mimo zaszczucia i ukrywania się, jest kompletna stagnacja i nasi państwo szeryfostwo sami z nudów popychają akcję do przodu: „posiedzimy tydzień w tej chacie, potem w tej, potem w sklepie, a na koniec pójdziemy sobie tam – w sumie mamy luz, bo tak naprawdę nas nie szukają”. Nie jest to nudne, ale po prostu nie daje żadnego napięcia, wrażenia wyścigu z czasem czy naprawdę bezpośredniego zagrożenia. Na szczęście pojawia się też kilka kultowych scenek typu „redneck na swoim kombajnie do eksterminacji wampirów” czy bardzo intensywne korzystanie przez bohaterów z siekiery.

Wampiry, nie wampiry, zagrać można

30 Days niestety nie ustrzegł się też kilku debilizmów fabularnych znanych z komiksu – takich jak np. sabotaż całego miasta przez jednego obłąkanego gościa, który przygotowuje grunt pod zajazd. W pojedynkę kradnie on WSZYSTKIE telefony satelitarne ludziom (zakładam, że w tej okolicy co druga osoba ma takowy), rozwala helikopter, wybija psy pociągowe… sensu brak. Zawsze miłym zabiegiem jest natomiast pozbawienie filmu jakichkolwiek oznak humoru. Jest on ponury w ciul, a wyluzowany zwykle ryj Hartnetta wali totalną deprechą, w nawiązaniu zapewne do komiksowego pierwowzoru.

Wizualnie film jednak wymiata – po pierwsze nawiązuje do komiksu stylistyką, niebiesko-czarną kolorystyką i samymi kadrami. Widoczki typu statek uwięziony w lodzie czy światła miasta na lodowej pustyni robią miłe kultowe wrażenie. Dzięki temu wrażenie izolacji jest naprawdę doskonałe i wiemy, że nasi bohaterowie mogą liczyć tylko na siebie – mega żałuję, że nie zobaczyłem tego w kinie… Również muzyczka (zwłaszcza podczas ostatniej akcji) rozwala, ratując klasę filmu o jeden punkt.

No cóż – Slade próbował zrobić własny nowoczesny horror i poszło mu tylko poprawnie. Duży żal, bo jakby się ciut przyłożył, powstałby film absolutnie rewelacyjny. Potencjału było sporo, wykorzystano trochę.

Ocena (1-5):
Klimacik nocy: 5
Wizual: 5
Lubie tę siekierę: 5
Fajność: 4

Cytat: We should have come here ages ago.

Ciekawostka przyrodnicza: Barrow jest jak najbardziej autentycznym miastem, aczkolwiek noc polarna trwa tam naprawdę nie 30, a 65 dni! Miasto liczy nieco ponad 4 tys. mieszkańców (z czego większość to Eskimosi) zajmujących się głównie pracą przy instalacjach wiertniczych. Ciekaw jestem, czy w lokalnym kinie film cieszył się dużym powodzeniem? Mam nadzieję, że jakaś agencja reklamowa wpadła na to, by w pierwszy dzień nocy 2007 odpowiednio wypromować tam premierę…

Written by: Commander John J. Adams

Szeruj to!

 

Komenty FB

komentarzy

Komercha

8 Komentarze(y) na 30 Days of Night

  1. Świetna recenzja, zgadzam sie z przedmowca. Rzez dokonywana przez wampiry ukazana z lotu ptaka bedzie kultowo klasyczna, tak jak i sceny z siekierką, ze o imidzu vąpierzy nie wspomnę.

  2. Po tej recenzji chętnie obejrzę ten film.P.S.Fotka ze statkiem rzeczywiście bardzo klimatyczna.

  3. tylko nie kumam o co chodzi z Bogusławem lindą, bo zakladam ze o niego nie chodzi

  4. no przeciez szef vąpierzy z twarzy i fryzu zupelnie podobny do nikogo, czyli do bogusia l.

  5. Kilka naprawdę dobrych scen + kultowa prawie końcówka ale całość totalnie się kupy nie trzyma

  6. Obejrzałem i nawet mi się podobało!

  7. jeden z najlepszych wampirzych filmow…kilka lat i bedzie to film-odniesienie dla innych…kilka niesamowitych scen, fajny zimowo-nocny klimat…naprawde swietne kino!

Dodaj komentarz