Clive Barker's The Plague

Tytuł: Clive Barker’s The Plague
Produkcja: USA, 2006
Gatunek: Horror
Dyrekcja: Hal Masonberg
Za udział wzięli: Cała plejada nigdy nie widzianych aktorów
O co chodzi: No kids, no future

Też nie lubiłem leżakowania

Jakie to jest: Producentem The Plague jest nie kto inny jak Clive Barker. Nazwisko kultowe, powinno gwarantować rozrywkę na co najmniej przyzwoitym poziomie. Ale jak to czasem z teorią bywa, w praktyce (tj. na ekranie) otrzymujemy efekt całkowicie odwrotny. Nic nowego, bądźmy szczerzy: podobny przykład kuszenia dorobionym do tytułu znanym nazwiskiem to choćby John Carpenter’s Vampires: Los Muertos. Najgorszym wrogom nie życzę. Na szczęście The Plague, mimo ogólnej słabizny, od przywołanego tytułu dzielą eony.

Zaczyna się nawet intrygująco. Któregoś poranka wszystkie, poza naprawdę nielicznymi wyjątkami, dzieci do dziewiątego roku życia zapadają w śpiączkę. Od tego momentu każde nowo narodzone dzieciątko rodzi się w stanie katatonii a naukowcy mimo nieograniczonych funduszy nie potrafią znaleźć lekarstwa na tajemniczą chorobę. Trwa to już lat dziesięć. Pustkami świecą place zabaw, przedszkola i szkoły. ONZ, a później poszczególne państwa wprowadzają obowiązkową aborcję, nakaz antykoncepcji a oficjalne zarządzenia zakazują prób rodzenia dzieci, gdyż przez „plagę” mija się to z celem.

Krwawa łaźnia?

Kolejnym etapem są rzecz jasna gwałtowne niepokoje i zamieszki zamieniające świat jaki znamy w koszmar prosto z Ludzkich dzieci Alfonso Cuarona: umierającą ze starości i ogarniętą chaosem planetę. Samą skalę zjawiska poznajemy przy okazji głównego wątku poprzez wiadomości telewizyjne lub jakiś przypadkowy dialog. Akcja The Plague dzieje się bowiem w małym prowincjonalnym miasteczku – jedna szkoła, posterunek policji, szpital i leżąca gdzieś niedaleko baza lotnicza.

Dziesięć lat po zapadnięciu w śpiączkę wszystkie dzieci nagle się budzą. Jednocześnie. I są złe. Naprawdę wściekłe.

Scenariusz, przynajmniej do momentu pobudki „dzieciaków” wydawał się dość intrygujący. Świat, podobnie jak w Ludzkich dzieciach, wciąga. Pesymistyczny – „no future” nastrój The Plague pryska w chwili, gdy uśpione dzieci otwierają oczy, a chwilę później, niczym zombie, rzucają się mordować dorosłych. Miało być strasznie – robi się śmiesznie. Nieudolne próby tłumaczenia pochodzenia choroby rażą głupotą i brakiem wszelkiego pomyślunku.

Podobny do BRUCE’A CAMPBELLA

Głównym bohaterem filmu jest niejaki Tom Russel (James Van Der Beek), który po odsiadce za morderstwo wraca do wspomnianego już rodzinnego miasteczka, gdzie czeka gorące powitanie przez teścia i byłą żonę. Bynajmniej nie chlebem i solą. Zamierzona resocjalizacja, zamiast dobrych wyników, przynosi efekt w postaci motywacji do ratowania tylko własnej skóry. Tyle o fabule bez spoilerów – i tak zresztą niewiele zostało już do dodania, bo reszta horroru sprowadza się do snucia po wymarłym miasteczku i próby wydostania się z niego w jednym kawałku. Bohaterom nie jest łatwo, a kolejni giną w mniej lub bardziej widowiskowy sposób. Dzieciaki, niczym Terminatory, odrywają im kończyny, skręcają karki i gonią po pustych korytarzach. Cała ta ich fizyczna siła to coś zdumiewającego, gdyż jakim cudem po 10 latach śpiączki mieliby taką epę? Autor scenariusza wymyślił tu taki trik, że w czasie komy dwa razy dziennie dzieciaki miały parominutowe napady drgawek, które utrzymywały mięśnie w świetnej kondycji. Tak, jasne. Dodatkowo wszyscy obudzeni posiadają coś na kształt zbiorowego, telepatycznego umysłu. Każda nowa umiejętność, jak przykładowo strzelanie z guna czy grzebanie pod maską auta (nie pytajcie), automatycznie jest przyswajana przez każde przebudzone dziecko. Skąd? Nie wiem. Tu też twórcy którzy zamknęli problem króciutkim, bełkotliwym tłumaczeniem. Jak się można spodziewać, im bliżej napisów końcowych, tym większa głupota bije z ekranu. Skretyniała końcówka tonie niczym Titanic w religijnym bełkocie: jest coś o odkupieniu win, resecie wszechświata i poświęceniu. Mam wrażenie, że oni tak na serio. Masakra.

Szkoda. Cała historia na początku miała niezły pomysł., który skutecznie zasłaniał straszliwą biedę filmu. Brak kasy widać gołym okiem: nieznani, ocierający się o amatorkę aktorzy, szczątkowa muzyka, uboga scenografia i efekty.

I na koniec może jakiś pozytyw. Mimo niezamierzonego festiwalu żenady The Plague porażką totalną nie jest. Film posiada pewien klimat. Mocny oldschool wynika z niskiego budżetu i nie jest efektem zamierzonym ale wyszło to The Plague na dobre. Przy odrobinie dobrej woli ze scenariuszowego bajzlu można wydobyć nawet zamysły twórców, zauważyć jakiś tam pomysł i chęci. Tylko po co? Szkoda 90 minut w plecy.

Ocena 1-5:
Straszność: 2
Pomysł: 3
Sens: 2
Zakończenie: 1
Fajność: 2

Cytat: To moja córeczka.

Ciekawostka przyrodnicza: Z braku laku – młody kolejarz z Wrocławia przeczytał, że hipopotamy są roślinożerne. Dlatego założył się z kolegami, że wykąpie się z trzytonowym hipopotamem. Mężczyzna cudem uniknął śmierci. Dziś kolejarz już wie, że hipopotam broni się, przyciskając napastnika do dna.

Written by: garret

Szeruj to!

 

Komenty FB

komentarzy

Komercha

7 Komentarze(y) na Clive Barker's The Plague

  1. Ciekawostka podoba mi sie, szkoda ze zaprezentowana na poziomie Faktu (tylko wieku breslauczyka brak). Gdzie to bylo? Kiedy to bylo?

  2. To tylko urban legend o gościu nominowanym do Darwin Award.

  3. Dodam jescze polski tytuł – "Mordercza zaraza" 😀

  4. Moze gosc z wroclawia chcial zachowac anonimowosc ?

  5. Anonimowoś? Znaczy się – był alkoholikiem?

  6. Ten van der Beek to nie taka znowu amatorka… wypadł całkiem nieźle w "Rules of attraction", Rogera Avary'ego (tłumaczenie też rodem z Burakfield: "Żyć szybko, umierać młodo ;)). No i miał rolę życia w "Jay i Cichy Bob Kontratakują" 🙂

Dodaj komentarz