Cloverfield

Tytuł: Cloverfield
Produkcja: USA, 2008
Gatunek: Urban survival z potworem w tle
Dyrekcja: Matt Reeves, z tylnego siedzenia JJ Abrams
Za udział wzięli: Michael Stahl-David, Odette Yustman, Jessica Lucas, niedoszły Kpt. Kirk
O co chodzi: Wielki potwór odwiedza Nowy Jork

Pudło

Jakie to jest: Na pewno każdy z Was zna kłopot z filmami z wesel. Kamerzysta terroryzuje towarzystwo do późnych godzin nocnych, samemu pozostając trzeźwym i filmując sceny, które nigdy nie powinny być uwiecznione. Następnie kasuje kilka stów i dostajecie godzinę video, którego nikt przy zdrowych zmysłach nie jest w stanie oglądać. Podobny problem występuje przy filmach z imprez, które na ogół są zrozumiałe tylko dla operatora, a i to wyłącznie w chwili kręcenia.

Kunszt filmowy JJ Abramsa pozwolił pokonać te problemy. Otrzymaliśmy film z imprezy, który oglądamy od dechy do dechy z zapartym tchem. W dodatku jest to film aspirujący do zrobienia kina wybitnego z tak pozornie kretyńskiego tematu jak wielki potwór przewracający domki w mieście.

Pozwolę sobie nie obrażać inteligencji czytelników ZP przypominając cały Cloverfieldowy szum (którego znajomość, na marginesie, nie ma znaczenia dla odbioru filmu). Powiem tylko, że sprowadzał się on do dwóch zasadniczych pytań (w kolejności istotności):
1) jak wygląda potwór;
2) czy film jest dobry.

Raczej nie

Po pół roku oczekiwań znamy już odpowiedzi na te pytania. I po pierwsze: potwór wygląda dobrze. Twórcom udało się znaleźć design który nie przypomina za bardzo żadnego prawdziwego organizmu (żegnajcie zmutowane wieloryby), jest odpowiednio wielki, a jednocześnie ruchliwy i nadaje się do dobrego pokazania w terenie zurbanizowanym (z czym miałaby problem większość potworów z „wyciekniętych” projektów). No i w sumie wcale mnie nie dziwi te 70 punktów ruchu pamperka.

Niestety nie można tego samego powiedzieć o „pasożytach”, które są po prostu nieco banalne i mogłyby równie dobrze pochodzić z jakiegokolwiek SF klasy B. Tym niemniej spełniają swoje zadanie atakując znienacka naszych bohaterów w momentach, kiedy są oni względnie bezpieczni przed dużym monstrumem.

A tak poza tym, jak film?

Każdy wie, jaka jest idea, jednak zobaczenie tego „na żywo” dopiero daje pojęcie, jak genialny w swojej prostocie był to pomysł. Zaczynamy w stylu Friends zupełnie banalną imprezką pożegnalną niejakiego Roba, która faktycznie wygląda niemal jak nudnawe video z imprezy, podczas której poznajemy postacie i dość proste relacje między nimi. A następnie płynnie przechodzimy do wesołej bieganiny, ucieczek i skoków ze zrujnowanych budynków.

Po pierwszym ataku monstera przyjaciółka Roba, Beth zostaje uwięziona w ruinach swojego apartamentowca na drugim końcu miasta. Nasz bohater postanawia ją uratować, nie bacząc na spacerującego po ulicach potwora, dywizje woja i samoloty bombardujące Manhattan. Ta wyprawa to właśnie akcja Cloverfielda.

Jak wiadomo, twórcy stawiali przede wszystkim na realizm, który miał postawić widza w środku akcji, by odczuł on dokładnie ten sam strach o przeżycie, co bohaterowie w zaatakowanym przez tajemniczą (jak dla kogo) istotę mieście. I odnieśli niemal druzgocący sukces. Odczucie realizmu jest prawie doskonałe: paniczne bieganie po schodach, ucieczka tunelem metra, uniki przed ciosami potwora, atak wojska z żołnierzami przebiegającymi nam przed nosem i czołgami strzelającymi obok. Wszystko to absolutnie przytłacza i wciąga nas bardziej na ulice atakowanego miasta niż jakikolwiek 3D IMAX Super Turbo Extra Plus. Pamiętajmy, że cały film to „karta pamięci wyjęta z kamery” – mamy tu więc chronologiczne przygody naszych bohaterów, bez muzyki, „bez montażu”. Naturalnym krokiem było tu też obsadzenie stosunkowo nieznanych aktorów – obawiam się, że jakikolwiek sławny ryj na ekranie z miejsca spaliłby efekt. Gra aktorska to zresztą kolejny czynnik budujący klimat: dialogi brzmią mega naturalnie, gestykulacja i zachowanie – bez nadekspresji, tak typowej dla gatunku; tu również punkty dla reżysera. Mamy co prawda kilka momentów, gdzie realizm mocno ociera się o typowy dramatyzm filmowy (przemówienie Roba przed dowódcą oddziału, czy później pomoc ze strony żołnierza o dobrym sercu), ale na szczęście to margines, mający tylko na celu pchnięcie akcji do przodu.

Nie do końca

Wiem, że to zdanie potencjalnie powinno odstraszyć wszystkich normalnych widzów, ale Cloverfield to tak naprawdę opowieść o zakochanej parze z potworem w tle. Nie mam żadnego ale do reżyserii Reevesa i absolutnie zgadzam się z JJ Abramsem, że film potrzebował raczej dobrego filmowca dramatu obyczajowego niż kina akcji. Większość scen wymagajacych starannej reżyserii rozgrywa się bowiem między bohaterami – konwencja filmu nie wymaga specjalnej kaskaderki czy nie wiadomo jakiego wycyzelowania akcji. I romans tutaj oczywiście nie jest to żadne abstrakcyjne love story a’la Titanic, ale całkiem realistyczna sytuacja, gdzie facet idzie ratować swoją dziewczynę – a całość podsycana jest przez mocno dołujące „drugie dno” w postaci resztek poprzedniego nagrania na karcie kamery. Nie oznacza to, że ten motyw filmie dominuje – jest to po prostu motywacja nakręcająca akcyjkę. A ta toczy się wartko do przodu – zwłaszcza biorąc pod uwagę, że film ma tylko 75 minut, podczas których dzieje się naprawdę sporo.

Cloverfield czyni oczywiście liczne ukłony w stronę 9/11 – od scen ludzi uciekających przed ścianą pyłu, po walące się wieżowce i kult amerykańskich służb ratowniczych. Jak widać, te ostatnie mocno się podszkoliły od czasów Kathriny, jako że pogotowie i policja w doskonale zorganizowany sposób pomaga mieszkańcom już parę minut po pierwszym ataku, a pół godziny później ulice są już pełne piechoty i czołgów ostrzeliwujących potwora, nie mówiąc o błyskawicznym postawieniu szpitali polowych. Obserwujemy też typowe w sytuacjach chaosu widoczki, takie jak szaber sklepów czy próby pozornie spokojnej ewakuacji ludności. W tym miejscu jednak film sprawia wrażenie mocno kameralnego – tłum uciekających ludzi jest dość luźny i nie ma jakiejś masowej ultra paniki.

Ależ tak!

Porównania z dramatyczną Godzillą Emmericha są tyleż nie na miejscu, co nieuniknione. Emmerich (jak twierdzi) też stawiał na ciekawe postacie i ich wzajemne relacje w obliczu ataku, co oczywiście wyszło mu w sposób plastikowy i śmiechu warty. W Cloverfieldzie z kolei jest to motyw bardzo prosty, a jednocześnie silny i mocno dołujący. Ponurego klimatu filmu nie rozwiewają nawet doborowe teksty kamerzysty Huda. Radosną orgię niszczenia podrabianej Gojiry zastąpił klimat zaszczucia – zarówno naszych bohaterów, jak i uwięzionego między budynkami potwora. Opisywanie różnic w stylu wizualnym obu tytułów jest oczywiście bezcelowe.

Jak nietrudno się domyślać, również przedstawienie samego monstra daleko odbiega od obrazu Godzilli, nawet tej zjadającej Tokyo Tower. Potwór to po prostu dziki zwierz rzucony w zupełnie sobie obce otoczenie: miotający się i rozwalający przez przypadek wszystko na swojej drodze. Jednak stanowi on zagrożenie przytłaczające: potężna armia USA nie stanowi dla niego przeciwnika, spadłe z niego pasożyty ścigają ludzi na ulicach rozsiewając do tego tajemniczą infekcję. Wszystko to daje klimat wręcz apokaliptyczny, zwłaszcza w połączeniu z widoczkami miasta obróconego w jednej chwili w perzynę i kolejnymi bezsilnymi atakami wojska, szkodzącymi bardziej bohaterom niż potworowi.

Czy do czegoś można się zatem w Cloverfieldzie przyczepić? Niestety tak, i to bez trudu. Absolutnie największy zarzut do filmu można zawrzeć w trzech słowach: za dużo potwora. To prawda, że kamera odsłania go stopniowo – najpierw po kawałku i między budynkami, by w końcu zaprezentować w pełnej krasie. Jednak pod koniec jest on przedstawiony w mega detalach, odsłaniając przy okazji wcale nie najwyższych lotów CGI. Wielki, wielki błąd twórców – zastanawiam się, czy nie wymuszony przez Paramount. To obleśne pokazanie monstera jest torpedą, która powinna odjąć mojej ocenie 1 punkt, ale jestem pod takim wrażeniem reszty, że tym razem daruję.

Za Cloverfielda wypiję!

A co tak poza tym widać w kamerce? W pierwszej chwili wydaje się, że ciężko mówić przy Cloverfieldzie o zdjęciach z prawdziwego zdarzenia, biorąc pod uwagę, że widzimy wszystko z domowej kamerki w świetle sodowych latarni. Naprawę jednak trzeba się było do nich nieźle przyłożyć: cały wysiłek zdjęciowca poszedł w to, aby nakręcić coś, co wygląda jak amatorskie video, a jednocześnie da się oglądać jako epicki film. Domyślam się, że ważnym aspektem było też to, żeby od patrzenia na ekran widz się nie porzygał. Oprócz zdjęć z ręki mamy też kilka dobrych ujęć z powietrza – zwłaszcza te przedstawiające atak na potwora są rewelacyjne. Ponieważ bohaterowie nie mogą być ze swoją kamerą wszędzie naraz, a w mieście sporo się dzieje, wiele ujęć obserwujemy wraz z nimi na ekranach telewizorów zapodających newsy. Pomijam oczywiście fakt, że jakość video i audio w filmie raczej nie ma za wiele wspólnego z tym, co można uzyskać na domowej kamerze (podobnie jak np. 20 listków przesłony) – no ale grunt, że chociaż udaje.

Widać też, że tytuł aspiruje do wyższej półki kinowej, nawiązując do nominowanego właśnie do Oscara Katynia – albowiem po zakończeniu filmu oglądamy końcowe napisy w absolutnej (początkowo) ciszy, podczas gdy ludzie spieszący się do kibla w nabożnym skupieniu opuszczają kino.

Co by jednak nie gadać, Cloverfield dokonał więc niezłego wyczynu – spełnił oczekiwania nakręcone przez własną machinę promocyjną, co w obecnych czasach jest niemal niespotykane. Film stanowi taką klasę samą w sobie, że wręcz trudno wytknąć mu jakieś wady, poza tymi najbardziej ewidentnymi. Ekipa studia Bad Robot, po telewizyjnym treningu na Aliasie i Loscie zaserwowała nam coś naprawdę niezwykłego – acz nie jest to żaden przełom, ponieważ nie spodziewam się zobaczyć nagle wysypu filmów akcji kręconych z domowej kamerki. Jednak niewątpliwie jest to doskonały dowód na to, że w kinie dużo jeszcze zostało do wymyślenia – chociażby przez połączenie filmu o potworze z domowym video. To mi daje nadzieję, że jeszcze parę razy zobaczę coś równie genialnego jak Cloverfield.

Ocena (1-5):
Sam potwór:
5
Pokazanie potwora: 1
Ponury realizm: 5
Fajność: 5

Cytat:
– What is this?!
– Something else. Also terrible.

Ciekawostka przyrodnicza: Jeśli zastanawiacie się, co się stało z Jaimie, znajdziecie ją na imprezie Roba leżącą bez przytomności na kanapie.

Written by: Commander John J. Adams

Szeruj to!

 

Komenty FB

komentarzy

Komercha

30 Komentarze(y) na Cloverfield

  1. imho film rewelacyjny, w 100% dostalem to czego oczekiwalem (kolejne spoty tylko upewnialy mnie w tym ze bedzie si). pasozyty – fakt takie polaczenie StarshipTroopers z PitchBlack, bylo lepiej niz sadzilem bo po recenzjach oczekiwalem tylko StarshipTroopers…a motyw romantyczny – jak dla mnie dodawal klimatu, szczegolnie zakonczenie. Sam potwor – tego na koncu moglo nie byc, ale ogolne jego ukazanie wydawalo mi sie …uzasadnione szczegolnie ze mamy bohaterow w srodku calego szamba. Podziekowania za rezerwacje 🙂

  2. mozliwe male SPOILERY :

    Pokazanie całego Monstera w finale (scena w śmigłowcu), do zaakceptowania (najlepszy moment by go pokazać), ostateczny występ już mniej.
    Ale jego szybka prezentacja na ekranach tv to niestety największa wpadka filmu.

  3. Film super 🙂

    <spoiler>
    Maluchy wcale nie były takie słabe, jak je pokazali w ciemności w tunelu na suficie to nie zrobiły na Was wrażenia? no właśnie 🙂
    </>

    ps. publiczność kina Kazimierz Kraków -> do bani -10/10

  4. Ja jestem bardzo pozytywnie zaskoczony filmem. Spodziewałem się raczej, że będzie to "fajne gówno". Okazało się, że film jest nie tylko fajny, ale i dobry. Co ciekawe – podoba się zarówno nerdom jak i nie-nerdom. I to jest osiągnięcie.

  5. Lord N'A – szybkie pokazanie potwora (i wcale nie takie dokładne) było chyba potrzebne, żeby ludzie kapujący powoli i idący do kina na chybił-trafił (którzy nadal stanowią znaczny odsetek widowni) mieli jasno powiedziane "to jest film o wielkim potworze"

    Hank – nie mówię, że były słabe w filmie, bo opisywana scenka była epiczna. Mam tylko zastrzeżenia do ich designu, mocno typowego, zwłaszcza w porównaniu z monsterem.

  6. Same odglosy "maluchow" jechaly strasznie tanim horrorem.

  7. potwor zasadniczo byl chyba najslabsza czescia filmu. wygladal imho slabo, zwlaszcza przy pokazywaniu go w calosci (jesli nie musial grac go azjata w gumowym stroju, to po co trzymali sie humanoidalych ksztaltow). kompletnie absurdalna byla jego niezniszczalnosc – brakowalo chocby jednego zdania ktore by to uzasadnialo (jesli bawimy sie w takie tam pseudo-realizmy itd to wypadalo by jakos to wytlumaczyc lub uzasadnic).

  8. Eee niekoniecznie. W filmie prawie żadne niezwykłe zdarzenie/stwór nie miały wytłumaczenia, więc i tu mogą tak to zostawić. Co nie zmienia faktu, ze odporność potwora jest zastanawiająca.

  9. nie chodzi mi o dokladne wytlumaczenie. wystarczyl okrzyk – "ojej on sie regeneruje", albo "ma jakies pole silowe", albo mial by widoczny pancerz czy budowe "organizu" sugerujaca odpornosc. Inne problemy byly tlumaczone – bylo pokazane skad przyszedl co robil… nie wiemy po co, ale fakty jakies tam byly przedstawione. Rozumiem ze to mialo potegowac zaszczucie, ale przy tak sztampowej kostrukcji scenariusza (wsadzonej tylko w lekko nietypowa oprawe techniczna) wypadalo by to poprostu zrobic.

  10. No może i tak, chociaż wydaje mi się że odpowiedź (jak wiele innych) tkwi w blubrach viralowych (tajemny podmorski składnik Slusho = regeneracja, witalność, siła).

  11. no coz pozostaje nam czekac na druga czesc. po sukcesie komercyjnym jedynki zakladam ze nastepny film bedize "normalny" i tam juz wszystko na twarz prawie dostaniemy (no troche bedzie musialo zostac niewiadomych do trojeczki)

  12. byłem, widzialem, w sumie nic więcej dodać

    jesli traktować poważnie to : dzialko 120 mm czy bomby z bombowca, nie wspomianajac o maverickach powinny go chociaz poharatac, to na oko 100 metrowa bestia , wazaca pewnie z 500 t, wyszla z morza czyli zbudowana normalnie

    Niezla była za to gdzieś koncepcja którą widziałem ze potwór to freudowskie wyobrażenie doła Roba po tym jak Beth wybrała innego, tlumaczyło by to niezniszczalnosc bestii, ławosc znalezienia Beth, brak cial na ulicach, pozorną zwyczajnosc małych potwórków jakie wczesniej gdzies Rob widzial na filmach s-f czy niezłą ranę Beth (przebita zelbetowym zbrojeniem) która gdzies tam przepadła.. fajne pierdy tak czy inaczej 🙂

    a film bomba i 100 % kino only

  13. Właśnie wydaje mi się, że monster odnosił obrażenia (zwłaszcza w scenie "z lotu ptaka") – z tym że się ekspresowo regenerował.

  14. moze byl zaczarowany

  15. Pewnie nachlał się głębinowego nektaru, to i z regeneracją nei było problemu:)

    Byłem na filmie wczoraj w Krakowie, w Galerii Kazimierz. Zaraz za mną siedziała ekipa, która, mam wyrażenie przedawkowała slusho ( dla niepoznaki przyniesione w opakowaniach zastępszych) bo wierzgali się na wszystkie strony i gadali/krzyczeli na głos, Brakowało tylko stania na głowie, choc wydaje mi się , ze i do tego były podejścia.
    Film mi się podobał, watek romantyczny i jego rozbudowanie było pewnym zaskoczeniem, potwór zrobiony był swietnie a losy bohaterów opowiedziane w sposób interesujący. Jedyne , co pozostawiło pewien niedosyt to czas trwania. Niestety po napisach końcowych poza logiem wytwórni, wbrew wczesniejszym pogłoskom niczego nie zobaczyliśmy.
    Myślę, ze gdybym zobaczył film raz jeszcze, spodobałby mi sie jeszcze bardziej. Niestety ekipa, która zabrałem do kina była nieco odmiennego zdania. Stąd wniosek, zeby na przyszłośc kontemplowac filmy w samotności lub w towarzystwie fanów ZP.

  16. Zapraszamy Witz Worx 🙂

    a w kinie powinna byc selekcja, kawalek dalej w moim rzedzie, jakies 2 panie byly bardziej zaaferowane dzieleniem sie sosem do tacos niz filmem

  17. byłem z mućkiem w galerii mokotów w Warszawie i żenua, bo pierwsze 5 minut filmu wyświetlono z czarnym paskiem na środku zasłaniającym 2/3 obrazu, a po interwencji nie uznali za stosowne puścić od początku :/

    druga sprawa: czekaliśmy do końca napisów na rzekomy krótki filmik, którym czytałem gdzieś tam (o stacji kosmicznej spadającej do morza i wojskowych wydobywających ją i budzących przy tym monstera or smth), ale nie poleciał 🙁

    other than that – film genialny

  18. "…pierwsze 5 minut filmu wyświetlono z czarnym paskiem na środku zasłaniającym 2/3 obrazu, a po interwencji nie uznali za stosowne puścić od początku :/"

    Czyżby zmowa dystrybutora?

  19. Warto wspomnieć ze do "amatorskiego" klimatu filmu nawiązał pan z kabiny projekcyjnej poznańskiego Kinepolis. Pierwsze kilka minut filmu musieliśmy obejrzeć w bardzo specyficznej kompozycji.

    Watro też wspomnieć że to chyba pierwszy film gdzie wszyscy uczestnicy wyprawy organizowanej przez ZP (17 osób, w tym nie-nerdy) wyszli z kina zadowoleni..

  20. @koalasmuck, ciekawe to co piszesz. Gdy zaczynalem pisac to powyzej nie znalem jeszcze Twojego przypadku.
    Hmmmm. Czyzby to kopie taki byly?
    Moze jednak pan projektorowy byl niewinny?

  21. może i dostali zjechane kopie, ale zuuuuupełnie mi to zepsuło przyjemność z oglądania, jak nie mogłem na początku zobaczyć logo Dharmy na ekranie testowym xD

  22. Może na kopiach coś było źle oznaczone? Kolejne punkty dla polskiego dystrybutora.

    A z tą stacją kosmiczną to nie taka aż dosłowna sprawa (zaraz to opiszę w newsie).

  23. wydawalo mi sie ze logo bylo jeszcze na koncu napisow, albo mam przewidzenia bo wlasnie trzaskam sobie maraton 3 sez losta

  24. Była przecież żałoba narodowa, stąd te czarne paski na poszczególnych kopiach.

  25. Film dobry w ryj. Recka zresztą tyż. Maluchy mogli sobie jednak podarować. Moja słabo skomplikowana psychika natychmiast przyrównała je do AvP2, o którym chciałbym możliwie szybko zapomnieć.

  26. Udało mi się wybrać na film dopiero dzisiaj (właściwie wczoraj), wszystko na jego temat zostało już właściwie powiedziane, więc napiszę tylko tyle – branie aviomarinu przed seansem to niezły pomysł.

    W K-cach na Gliwickiej ktoś nie strzymał i elegancko udekorował "spawem" siedzenie na poprzednim seansie. Na szczęście zainteresowanie filmem było nikłe i mogłem sobie wybrać inne miejsca, gdyż ślady bełta rezydowały właśnie na tych wykupionych przeze mnie.

    A do końca napisów próbowałem zostać, jednak presja ekipy sprzątającej była silniejsza.

  27. Dziś byłem na Cloverfieldzie i film maksymalnie zlasował mi mózgownicę a jedyne co wykrztusiłem wychodząc z kina to "whoa!"

  28. Odczekawszy aż przerzedzi się sztucznie zagęszczana atmosfera wokół tego filmu, wykorzystam okazję i skrobne swoją opinię o Cloverfieldzie.

    Kampania netowa była w dechę. Nerdy miały super ubaw gdy po raz kolejny zaczęto im wmawiać, że gdzieś tam czai się szkaradztwo, a jego dzaiałalność będzie można zobaczyć na dużym ekranie. Przeszło to w przypadku "Wiedźmy z Blair" gdzie trójka pozbawionych przyzwoitego talentu aktorskiego studentów uganiała się po lesie.

    Ograniczenia i błazenada jakie wypłynęły przy realizacji tego filmu uświadomiły nawet mało spostrzegawczym twórcom i producentom, że… w tym szaleństwie tkwi metoda. Minęło kilka lat i… BUM! Wielkie bliźniaki upadły. Wydarzenie to miało przeogromny wpływ na wyobraźnię. Nowojorczycy w owy wtorek powyciągali swoje kamery cyfrowe i wyszli na miasto. Matreriał jaki utrwalili pozwolił zrobić następny krok kinu sf.

    A przynajmniej tak powinno być. Nie oszukujmy się. W Cloverfieldzie znajduje się cała masa odnośników do wydarzeń z 11.09. Czemu? Ponieważ, jak już pisałem, materiał jaki został zarejestrowany tamtego dnia posiada swój nieodparty "urok". Reakcje ludzi, skala zniszczenia, chaos, rozpacz, gniew itd. Wszystko to wydawało się takie realne, takie niedoścignione.

    Nawiązuje się do tego dnia przede wszystkim w sposobie filmowania, miało to za zadanie przywołanie wspomnianych uczuć, a co za tym idzie spotęgowanie atmosfery filmu. Jako BONUSIK dorzucono nam zniszczenie pozostałych symboli Nowego Jorku (Statua, Empire State Building, Most Brooklyński).

    Abrams i spółka wyszli z dość dziwnego i buńczucznego założenia że nie ma problemu z odtworzeniem atmosfery sterroryzowanego miasta w konwencji kina sf. Wystarczy jedynie na maksa kopiować.

    O właśnie – kopiować. Pójść na łatwiznę, zamiast twórczo rozwinąć materiał, na którym się bazuje to jedzie się po schemacie puszczając co chwilę oczko do widza.

    Film rozpoczyna się podobnie jak BWP. Mamy dość nieciekawe wprowadzenie standardowych postaci. Pierwsza scena filmu powinna sprawić, iż zależy nam w jakiś sposób na problemach bohaterów. Coś co skłoni nas do kibicowania im przez dalszą część filmu. Niestety aktorzy przejawiający się na ekranie jedynie odbębniają swoje. Nasuwa mi się tutaj słowo standard, ale niestety nie w odniesieniu do kina. ale raczej do tępych seriali amerykańskich. Grupa jaka się wreszcie formuje to dość przypadkowa zbieranina dwudziestoparolatków żywcem wyjętych z reklamówek. Ich motywacja podobnie jak sama konstrukcja postaci w tym filmie jest "wątła". Ich obecność na ekranie stopniowo zaczyna nużyć. W drugiej połowie filmu wszelkie sceny rozmów pomiędzy bohaterami, które sztucznie budują atmosferę "jak to im wsystkim zależy" zaczynają denerwować. Niecierpliwie oczekiwałem kiedy to wreszcie wrócimy na ulice, aby te standardowe kukły wreszcie mogły skończyć swoją jakże ciekawą egzystencję.

    Gówno wpada do wentylatora i Gniew Boży wypełza na ulice. Od tego momentu zaczyna się cała masa nawiązań do 11.09. Obserwowanie z daleka płonącego budynku, chaos na ulicach, brak informacji itp. itd. Reeves się z tym nawet nie ukrywa. Jednak już sam fakt, iż nie zamierza nawet kombinować jak by tu to nie wyglądało na odtwórcze zapożyczenie sprawia że film zaczyna tracić. Zwłaszcza scena w sklepie gdzie bohaterowie się ukrywają obserwując jak chmura pyłu powoli przesuwa się w ich stronę. Bez problemu mogę wskazać ujęcie z CameraPlanet.com, które posłużyło za "inspirację". ALe właśnie… W filmie ta scena nie ma nawet 1/5 tej siły oddziaływania co towarzysząca nam świadomość przy oglądaniu materiałów z 11.09 – To jest fragment rzeczywistości. Gdyby Reeves zastanowił się nad jakąś rekompensatą…

    Wróćmy jednak do filmu o potworach. Emmerich swojego czasu mocno się napocił aby jego Godzilla zrobiła solidne wrażenie. Oczywiście jak zwykle wyszło mu to średnio. Zawarł on tam kilka motywów, które nie wiem czemu także posłużyły za inspiracje i tutaj. Monster doczekał się potomstwa (?), które teraz panoszy się w tunelach metra. Była dość dobra okazja aby w zadowalający sposób rozwinąć pomysł. Niestety rozwiązanie jest tutaj klasyczne – pojawiają się potworki to bohaterowie puszczają w ruch pięści i nogi, ewentualnie później siekiery. Pomiotom brak jakiejkolwiek "otoczki" – one są aby były tak samo jak u Emmericha.

    Brak mi tutaj twórczego rozwinięcia czy też chociażby improwizacji, które pozwoliły by mi docenić inwencję twórców. Nacisk kładzie się na pogłębianie chaosu i zabójczy rozwój akcji. To już Host ze swoim dystansem do poruszanego tematu wypada w moim odczuciu znacznie lepiej.

    Jedni mogli by zapytać: "Czego się spodziewałeś?" Spodziewałem się czegoś co by uzasadniało cały krzyk wokół tego projektu. Po jego obejrzeniu doszedłem do wniosku, że należy ostrożnie podchodzić do wszystkiego o czym krzyczy tłum. PRZEREKLAMOWANY jak Blair Witch Project, jak kampania Rona Paula, jak śmierć Heatha Ledgera. Film ma kilka fajnych pomysłów (np. sposób pokazania potworka) ale tak naprawdę rozczarowuje brakiem jakiejś pomniejszej rewolucji.

    Moja ocena 2/5

Dodaj komentarz