Planet Terror

Tytuł: Planet Terror
Produkcja: USA, 2007
Gatunek: Zombie movie
Dyrekcja: Robert Rodriguez
Za udział wzięli: Michael Biehn, Tom Savini, Brand z The Goonies, Laska z Black Eyed Peas, Sayid, Quentin Tarantino, szeryf Earl McGraw, John McClane bez córki
O co chodzi: Gaz bojowy zamienia mieszkańców teksańskiego miasteczka w zombies, co skutkuje serią strzelanin.

Uosobienie kultu

Jakie to jest: No i dotarł do nas właśnie drugi kikut Grindhouse’a. Jak każdy normalny człowiek nie żyjący jak zwierzę powinienem mieć go od paru dni na DVD, ale jednak najpierw postanowiłem zobaczyć Planet Terror w kinie. Na wstępie z radością informuję niedowiarków, że film jest standardowo wyposażony nawet w jeden z fejkowych trailerów, a konkretnie ten najbardziej znany – Machete. Sam trailer, jak od dawna wiadomo, jest mocno kultowy i chyba musiał on po prostu być doklejony do PT, żeby nie było gadane, iż Rodriguez nakręcił jakiś film bez Danny’ego Trejo.

Generalna uwaga na dzień dobry: Robertowi dobrze zrobiło nakręcenie bezpretensjonalnego filmu – bo co może być bardziej bezpretensjonalne niż film o zombich? Taki z toksycznym gazem, atakiem na miasto i obroną małej grupki w chacie? Kilka poprzednich wysoce indywidualistycznych dzieł Rodrigueza było przeznaczonych dla publiczności nie będącej mną (poza Sin City – mówię tu o kontynuacjach i mutacjach Małych Agentów oraz o strasznym Once Upon a Time in Mexico). Dobrze, że raz na parę lat nasz Roberto potrafi się poprawić.

Jak większość filmów o zombies, również PT opowiada o przygodach ekipy w obliczu tegoż zagrożenia. Nie powinno być niespodzianką, że u Rodrigueza ekipa ta jest jeszcze bardziej kultowa niż nawet ta z Hatcheta: Mamy znaną wszystkim, wyeksploatowaną do bólu, jednonogą tancerkę i jej przyjaciela, enigmatycznie legendarnego El Wraya, drużynę szeryfa (w tym nie mniej enigmatyczną policjantkę w oberwanej stosownie koszuli) i watahę jego przypadkowych zastępców, kucharza barbecue, młodą panią doktor-fetysztystkę strzykawek i innych. Reżyser postanowił stworzyć trochę tarantinowską siatkę powiązań między bohaterami – jest więc i małżeńska zdrada w wykonaniu żony-lesbijki, jak również bardzo rodriguezowska historia romantyczna z udziałem tancerki Cherry Darling i El Wraya, a także rodzinno-biznesowe perypetie szeryfa i barbecue-mena.

Zabić cię to dla mnie jak splunąć

Obsada filmu jest iście klasyczna. Z wykopanych zgasłych gwiazd mamy rewelacyjnego jak zawsze Michaela Biehna i niszowego Josha Brolina, a z dyżurnego teamu – Trejo i Cheecha Marina (co prawda tylko w Machete), świętego za życia Toma Savini, Michaela Parksa, Bruce’a Willisa, laseczki Rose McGowan i Marley Shelton no i oczywiście samego Tarantino. Uff – sporo tego. Planet Terror pozwala nam też trochę głębiej poeksplorować uniwersum tarantino-rodriguezowskie, a szczególnie osobę szeryfa McGrawa – poznajemy tu jego żonę, córkę i przytulny domek, a sam szeryf również ma parę słów do powiedzenia (chociaż może nie aż tyle co w From Dusk Till Dawn). Każdy z bohaterów kieruje się prostą i konsekwentną motywacją – od potrzeby prostego zrobienia porządku (szeryf) przez ucieczkę przed mężem (młoda lekarka), po wyjazd za lepszym życiem (Cherry). Losy wszystkich naszych postaci spotykają się w restauracji Bone Shack, gdzie tworzą oni przedostatni bastion.

Film oczywiście nawiązuje do klasyków gatunku – i to wcale niespecjalnie kryptycznych: mamy główne motywy z Return of the Living Dead czy choćby lokalizację Bone Shacka idealnie przypominającą domostwo z Nocy żywych trupów. Nie zapominajmy też o hardkorowym szpitalu, od którego rozpoczyna się epidemia zombizmu – tkwiącego twardo obiema nogami w stylistyce lat ’70. No i co najważniejsze – z niewielkimi wyjątkami nie doznamy tu atmosfery zaszczucia czy bezradności bohaterów. Na ekranie króluje bowiem zombiegeddon w wykonaniu ekipy kultowych twardzieli, którzy najście zombich traktują po prostu jako kolejną przeszkodę do pokonania na swoich nietuzinkowych drogach życia. Od kameralnych strzelanin na drodze, przez bijatyki na posterunku i ostrzeliwujący się konwój różnych pojazdów aż po totalną hekatombę z udziałem woja i helikoptera – no zombie is safe in this movie.

Milicyjna lasia bez imienia

A same zombies Rodrigueza noszą wyraźne znamiona indywidualizmu twórcy – nie są to bowiem ożywione trupy, a normalnie żywi osobnicy, którym po prostu rozum odjęło i zostali pokryci różnorakimi wrzodami. W toku akcji najwybitniejsi zombies ulegają rozwojowi osobistemu tworząc sobie dodatkowe wypustki i generalnie przypominając co ciekawsze wytwory włoskiej myśli zombiograficznej. Pomimo swej odmienności, zombies ci tradycyjnie zainteresowani są głównie konsumpcją nie zakażonej jeszcze ludności.

Rodriguez postanowił trochę pojechać w swoim znanym stylu gore, dryfując mocno w stronę japońskiej wersji Kill Billa. Praktycznie każdy strzał wywołuje u trafionego wielometrowe i wielolitrowe fontanny krwi i rozczłonkowanie, samochody wybuchają bez powodu i efektownie, a Tom Savini oznacza przecież nieodzowne sceny pożerania i rozrywania na sztuki ofiar przez zombies. Zwracam jednak uwagę, że dla wytrawnego widza to po prostu fajna ekstrawagancja, a nie jakieś epatowanie przemocą – co chyba głównie zarzucają filmowi zwykłe media adresowane do zwykłych ludzi.

Jak to u Rodrigueza, mamy tu też znany już kult teksasu i teksańskiego jedzenia w postaci barbecue, jako że jedną z ważniejszych lokalizacji w filmie jest serwujący tego typu żywność Bone Shack. Z inny powtarzalnych motywów pojawia się chłopczyk-urwisek, miłośnik zwierząt i pilnujące go niestandardowe opiekunki. Jak w niemal każdym swoim filmie, również i w Planet Terror Rodriguez sam skomponował muzę – która na 23 kilometry zalatuje Carpenterem (w soundtrack są chyba nawet wplecione fragmenty OST Escape From New York). Natomiast sam główny motyw muzyczny (znany zresztą z trailerów) jest wykonany w kilku różnych świetnych aranżacjach – funkcjonując zarówno jako action theme, love theme czy smutno theme.

Zombiegeddon w najlepszym wydaniu

Planet Terror, podobnie jak Death Proof, z oczywistych powodów jest mocno osadzony w symulowanej konwencji Grindhouse. Tu też mamy specyficzną kolorystykę kliszy i syfy na stykach rolek, jak również hardkorowy feel lat ’70 (acz oczywiście sama akcja filmu naturalnie dzieje się współcześnie). Choć styl ten nie jest tak ewidentny jak w pierwszej połowie filmu Quentina, tu przynajmniej jest utrzymany przez cały czas. Mamy parę osobliwych panoramowań i kadrów, nie wspominając o klasycznych zajawkach na wstępie („Film tylko dla dorosłych”) i kolejnej zagnionej rolce – jak zwykle w najciekawszym momencie, którego jednak nie zobaczymy nawet w wersji europejskiej. Zabawnym wydaje się fakt, że cały tak usyfiony film powstał na kamerach cyfrowych – jak wszystkie ostatnie dzieła opętanego technologią Rodrigueza.

Co by jednak nie gadać o Planet Terror, pada ona niestety ofiarą tej samej słabości, co kilka innych filmów Rodrigueza – mimo wystudiowanej kultowości, znakomitych postaci i porywającej fabuły filmowi brakuje jakiejś iskry, witzu który uczyniłby go wybitnym. PT wypada po prostu jako kolejny znakomity zombie film, który dobry reżyser próbował ukultowić po swojemu – ale wypada bez żadnych rewelacji. Nie zrozumcie mnie źle – to świetny tytuł, co najważniejsze długo zostający w pamięci – jedynie zaraz po obejrzeniu nie ma się ochoty powiedzieć, jak po Death Proofie, „ja pierdykam, co za czad”. Tym niemniej godna swego partnera połówka Grindhouse’a.

Ocena (1-5):
Ekipa: 5
Strzelaninki: 5
Gore i bebechy: 5
Fajność: 5

Cytat: That’s my jacket. I looked for it for two weeks.

Ciekawostka przyrodnicza: Pierwotny tytuł filmu – umówmy się, że nieco bardziej sensowny – brzmiał Project Terror.

Written by: Commander John J. Adams

Szeruj to!

 

Komenty FB

komentarzy

Komercha

4 Komentarze(y) na Planet Terror

  1. W kwestii cytatów, mi najbardziej podobało sie: "what do you think? – hm. self preservation arrives". Bardzo życiowe.

  2. Recka zdecydowanie mi się podobała. Problem pojawia się jednak gdy dostałem pytanie co lepsze? DP czy PT? Nie potrafiłem na to odpowiedzieć.

  3. świetna recka, film widziałem dziś, był piękny. Klaskaniem miałem obrzękłe prawice. Mogliby co roku jakiś grindhouse robić.

  4. Byłem wczoraj na PT. Absolutny kult, szczególnie dla koneserów pamiętających jeszcze zrypane kasety VHS, którymi można się było wymieniać na targu czy giełdzie. No i fejkowy Machete…nie był on dla Was swoistą parodią Desperado?

Dodaj komentarz