Hatchet

Tytuł: Hatchet
Produkcja: USA, 2006
Gatunek: Slasher
Dyrekcja: Adam Green
Za udział wzięli: Freddy, Jason, Candyman, serialowy dziad, jakieś teensy
O co chodzi: Wycieczka turystów ucieka przed zdeformowanym mordercą na bagnach Luizjany

Black Nosferatu

Jakie to jest: Hatchet miał w necie, delikatnie mówiąc, ekstatyczne recki. Został okrzyknięty rewelacją i nowym klasykiem slashera, na równi z Freddym, Jasonem i Michaelem. Czyżby?

Od pierwszych minut Hatcheta jedno jest pewne: twórcy są zakochani w gatunku, a jednocześnie podchodzą do niego z lekkim dystansem (nie tak wielkim jednak, żeby film przestał być straszny). Udało im się do swojej produkcji przyciągnąć gwiazdy klasyki: Roberta Englunda (Freddy Kruger), Tony’ego Todda (Candyman), Mercedes McNab (Harmony z Buffy), Joshuę Leonarda (Josh z Blair Witch Projecta) i Kane Hoddera (Jason) – tego ostatniego nawet do roli głównego oponenta bohaterów.

Akcja rozpoczyna się na nośnych gruntach Nowego Orleanu. Grupa przypadkowych osób (dwóch teensów, para emerytów, dwie aspirujące aktorki porno wraz ze swoim producentem-oszustem i tajemnicza laska) wyruszają na nocną wycieczkę łodzią na nawiedzone bagna pod „opieką” voodoo Azjaty. Jak wieść gminna niesie, na bagnach tych zginął kiedyś tragicznie zdeformowany Victor Crowley – od przypadkowego ciosu tytułowej siekiery własnego ojca. Po latach powraca i krąży po bagnach biorąc pod siekierę napotkanych przechodniów.

Ten Freddy już nikomu życia nie odbierze

Film roi się od typowych slasherowych stereotypów: teens, głupie laski, śmieszno-przytomny Murzyn, dziadek „nie idźcie tam”, ponura historia z przeszłości. Mamy też rozpustną atmosferę Mardi Gras, za którą to rozpustę naszych herosów ma czekać należyta kara (aczkolwiek kara omija tych, którzy zostają dalej się bawić, zamiast jechać na bagna). Tym niemniej ma w sobie coś niebywale świeżego – po pierwsze sama sceneria bagna w nocy jest dość niespotykana, a przy tym super nośna i zostaje należycie wykorzystana (z aligatorami włącznie. Po drugie film jest super samoświadomy, bez popadania w autoparodię. Choć aktorstwo i konwencja ociera się momentami o kultowy Club Dread, film nie przestaje być straszącym slasherem. Samo pojawienie się głównego złego jest całkowicie bezceremonialne – zarówno pod względem fabularnym jak i dramatycznym (zgadnijcie, kto pierwszy idzie pod siekierkę).

Akcja jest jak od linijki – postacie giną w precyzyjnie odmierzonych odstępach czasu, całe odpowiednie błądzenie i zmiany koncepcji na uratowanie się również odbywają się zgodnie z regułami slasherowej sztuki. Mamy też nieodzowne różnice zdań i obwinianie się nawzajem za powstałą sytuację. Mamy wzruszającą historię Crowleya, ale mamy też instruktażowo i szczegółowo (ciut za bardzo w moim mniemaniu w stosunku do konwencji filmu) przedstawione patroszenie jego ofiar. Mamy też należyte głupotki fabularne w stylu „tylko jedna osoba posiada komórkę”. Jak zauważa Dro, gdyby postacie w tych filmach zachowywały się jak w życiu (czyli np. wszyscy nosili telefony) pozwoliłoby to im uniknąć wielu trudności. Ze śmiercią włącznie.

Hatchet to dobre kino

Na temat zakończenia oczywiście trudno powiedzieć cokolwiek, żeby go nie sprzedać – powiem tylko, że jest dobre.

Oprawa filmu jest też rewelacyjna – genialne kadry służące akcji i gagom, montaż – gdy trzeba szybki, gdy trzeba – spokojny no i pioseneczki Mansona… Mimo, że 99% akcji filmu dzieje się w nocy w lesie, twórcom udało się odpowiednio oświetlić plan, tak że cały czas widać, co się dzieje na ekranie – sztuka, której do tej pory nie pojęło wielu wysokobudżetowych zdjęciowców.

No ale gdzie ta nowa jakość? No właśnie nie wiem. Mimo, że film ogląda się doskonale, na przemian śmiejąc się i podskakując ze strachu, nie jest to jakiś megaprzełom. Jest to na pewno produkcja doskonale skalkulowana na sukces wśród miłośników gatunku, ale to raczej epizod niż początek jakiegoś nowego trendu. Tym niemniej nieodzowna pozycja dla każdego, kto ceni sobie dobrego psycha z siekierą.

Ocena (1-5):
Atmosfera: 5
Klasyczność: 5
Nowatorstwo: 4
Fajność: 5

Cytat: The police will send the cops. They’re not the same thing.

Ciekawostka przyrodnicza: Hasło reklamowe filmu bazowało na trzech powodach, które wg różnych wytwórni miały zadecydować na jego porażce kasowej: „It’s not a remake, it’s not a sequel, and it’s not based on a Japanese one”.

Written by: Commander John J. Adams

Szeruj to!

 

Komenty FB

komentarzy

Komercha

7 Komentarze(y) na Hatchet

  1. Nowa jakość to to, że dawno nie było (jak dla mnie) tak bezbłędnego slaszerka…;)

  2. Już sam slogan reklamowy jest wystarczającym powodem, by obejrzeć ten film, nie mówiąc już o fotce pt' "Hatchet to dobre kino" !!! 😀

  3. Yans—> Dokladnie fotka mowi sama za siebie.

  4. pchi tam. widzialem filmy, gdzie 100% jest takie jak fotka "Hatchet to dobre kino".

  5. Orchidea, dawaj recki na ZP!

  6. Hatechet to mega dobre kino!

  7. Toz to jakas kupa straszliwa!

Dodaj komentarz