Star Wars Celebration Europe – relacja ZP!!!

Witojcie, drodzy goście. Zapraszamy Was do lektury mrożącej krew w żyłach opowieści o zjeździe nerdów Star Wars, na który pojechaliśmy połączoną ekipą ZP, Dark Side Films i B-PFKSW, bo nam odbiło.

Zacznijmy jednak od rzeczy najważniejszych:

Film podobał mu się

A teraz reszta.

Pierwsze wrażenia
Celebration Europe, jak każdy wie, odbywało się w Excel Center (bez związku z MS Office) w londyńskich Docklandsach, dosłownie skok od Canary Wharf. Spod centrumu kongresowego roztaczał się zresztą doskonały widok na CW i taki sobie na Millennium Dome, obecnie O2.

Jedyny sensowny dojazd na imprezkę stanowiła kolejka DLR, dzięki czemu już w komunikacji miejskiej można było nabić się na rewię mody nerdowskiej, a na kładce wiodącej ze stacji do świątyni geekostwa tworzyła się prawdziwa procesja starwarsowych dewiacji. Co ciekawe, personel londyńskiego MPK był wtajemniczony w całą imprezę i pozdrawiał fanów jadących na Celeb, przypominając, żeby nie zostawiali w wagonie mieczy świetlnych.

Przybywając na miejsce pierwszego dnia przed samym centrum zastaliśmy forpocztę zjawiska, na którym opierała się cała impreza, czyli kolejek. Aby dostać się gdziekolwiek, trzeba było odestać swoje w co najmniej jednej kolejce. Kolejki prowadziły wszędzie – do odbioru wejściówek, do kupna wejściówek, do wejścia z wystaną wejściówką na sam teren Celebu, do autografów, do kuponów na autografy, na salę prelekcyjną, na wystawę The Vader Project, do dekoracji Tantive’a, a także oczywiście do żarcia i do kibla.

Kolejka do odbioru wejściówek jakimś cudem szła całkiem szybko, mimo że senne woluntariackie dziewczęta miały między sobą jeden starożytny laptop na trzy. Tym niemniej już po paru minutach z plakietkami w łapach mogliśmy ustawić się w kolejce nr 2, tej do wejścia. Smyczy do wejściówek dla szaraczków spoza Hyperspace oczywiście nie było – aby każdy mógł sobie ją potem kupić w sklepie.

Lokum
Excel Center to jedno z największych i najbardziej nowoczesnych centrów kongresowych w Londynie. Dzięki temu znalazło się w nim mnóstwo barów i sklepów spożywczych, a kolejka w pierwszy dzień nawet nie wystawała z hallu. Przy wejściu prezentował się ładny X-Wing prawie 1:1, świeżo wyłowiony z bagna Dagobah. Centrum podzielone było na kilka obszarów:
1) główny obszar Celebu, gdzie znajdowały się stoiska wystawców i organizacji, atrakcje, główna sala konferencyjna i stoiska autografowe,
2) Część ekspozycyjną gdzie tłumnie zwiedzano The Vader Project oraz eksponaty z archiwum Lucasfilmu,
3) Platinum Stage do prezentacji multimedialnych.

Wejścia do głównego obszaru strzegła dmuchana Gwiazda Śmierci, a zaraz za nią dais z sztucznym Jabbą i żywą Leią (tzn. jakąś panią w bikini Lei). Trochę współczułem tej osobie narażonej przez ileś godzin na gapiostwo i foty ze strony zaślinionych nerdów, ale podziwiam, że jakoś udało jej się zachować do końca powagę i profesjonalizm… Scence tej przygrywała bezgłośnie wypchana kapela Maxa Rebo.

Za tym eksponatem wkraczaliśmy do największej hali – a tu już wszystko, czego się można było spodziewać: stoiska producentów (Hasbro, LucasArts, Lego, Kotobukiya), mniej oficjalnych podmiotów (501st, Rebel Legion, Droid Builders Club, różni budowlańcy i customizatorzy stuffu), a przede wszystkim sprzedawców (Toys’R’Us, Forbidden Planet i milion mniejszych podmiotów). Obszar ten był przyozdobiony niezłymi stuffami dostarczonymi w większości przez belgijski garnizon 501st: widzieliśmy tu snowspeedera, speeder bike’a, skraplacze, snowtroopera z E-Webem, jakiś pod, fragment wnętrza Sokoła a także dość nieproporcjonalnego AT-AT. Poza tym ostatnim wszystko robiło niezłe wrażenie i prawie można było uwierzyć, że to oryginalna scenografia z SW.

Otwarcie
Oficjalne otwarcie konwentu miało miejsce o 18.30 w piątek, po zakończeniu zasadniczych atrakcji dnia, na łączce przed centrumem. Wystąpił Steve Sansweet, potem Mark Hamill, który pomylił kolejność tekstów i gościnnie Ian McDiarmid, który generalnie też jest na poziomie gość, bo naciągał sobie marynarę na łeb krzycząc”Happy Friday the 13th!”. No i potem zaczęła się projekcja ANH na dużym ekranie, przy czym Fox Fanfary zagrała live orkiestra dęta. Widzowie siedzieli sobie luźno na trawie i wkurzali się na przelatujące co chwila nad głową samoloty. Należy się tu rispekt dla Rebel Trooperów, którzy przebiegli przed publicznością ostrzeliwując ekran podczas abordażu Tantive’a – niestety załogi Devstatora nie wspomogli szturmowcy z 501st, pewnie wymiękli po paru godzinach pocenia się po pancerzem. Ponieważ jednak film już kiedyś widzieliśmy, opuściliśmy na ten dzień już teren Celebu udając się do pobliskiego Canary Wharf na koncert muzy filmowej w wykonaniu London Symphony Orchestra.

Koncert
Lekko spóźniliśmy się na koncert (który na marginesie był imprezą kompletnie niezależną od Celebu). Pomiędzy wieżowcami Canary czekała na nas o zmierzchu kolejna ośla łączka, nabita do granic przyzwoitości piknikującymi yuppiesami i obleśnymi angielskimi babami. Celebersów było niewielu, jako że impreza nie była za mocno reklamowana, a na Celebie wcale. Grająca przy świetnym nagłośnieniu LSO dawała głównie Williamsa (Superman, Saving Private Ryan, E.T.), ale też np. Bond theme. Właściwie nie spodziewaliśmy się usłyszeć SW, ponieważ nie było o tym ani słowa w zapowiedziach, ale na szczęście okazało się, że Gwiezdne wojny stanowiły prawie połowę programu koncertu. Poleciał oczwywiście Main Theme, Throne Room i ze dwa razy Imperial March. Początkowo tylko dumni przedstawiciele ZP i Dark Side Films stali na baczność podczas tych utworów, ale potem dołączyło do nas kilku kolejnych, w tym respectowani przez nas machacze mieczami – a wkrótce stała i reszta wiwatującej (i nieco podpitej) publiczności. Atmosfera była naprawdę niezła.

Tłumy
Wracając jednak z powrotem do Excela: w konwentowy piątek wydawało nam się, że jest dość tłumnie, ale to co działo się w sobotę przechodziło ortolańskie pojęcie. Pomiędzy stoiskami był ścisk jak w zatłoczonym autobusie, a manewrowanie między dziką tłuszczą z naręczami nabytego stuffu wcale nie było łatwe. Kolejki które ustawiały się do żarcia i kibli były legendarne – a nikt nie chciał ryzykować wyjścia z zony biletowej do kibla w hallu, żeby nie musieć stać potem ponownie w jeszcze gorszej kolejce do wejścia. Nie muszę dodawać, że również kolejki na prelki były mniej więcej 2x dłuższe niż w piątek.

Autografy
Sekcja autografowa miała to do siebie, że ok. 10.00-11.00 były tam kompletne luzy i można sobie było spokojnie wejść pofocić aktorów, a później pojawiał się tam kolejny nieziemski ścisk. Dark Side Films wykorzystało sobotni poranny luz, aby przedstawić wybitnemu Sithowi, Rayowi Parkowi ideę Krypty, która bardzo przypadła mu do gustu. Ray, teraz już przyjaciel DSF, pogratulował nam sukcesu medialnego i zachęcił do dalszych produkcji nawiązujących do ideologii Strony Mroku. Oprócz Raya autografami dzielili Mark Hamill (po zaporowej cenie Ł85), David Prowse, Anthony Daniels, Peter Mayhew (niezapowiedziany przed konwentem, tak na marginesie), Kenny Baker, koleś który grał ogon Jabby, łysa laska z senatu, Gen. ‚Fryzura’ Madine i inne, trochę mniej znane gwiazdy. Na konwencie był tez podobno Billy Dee Williams, ale niestety nie zauważyłem go ani w autografowni, ani nie pofatygowałem się na spotkanie z nim.

Fryzura już nie ta Wszyscy nas poznawali

Cosplay
Jak na każdym porządnym konwencie, a co dopiero Celebie, nie zabrakło ludzi przebranych za co tylko się da. Oprócz tłumu szturmowców, mrok-szturmowców, skautów (w tym popularnych w USA, mniej szczupłych skautów piwnych), Republic Commandos i klonów, pojawił się tez spory tłumek Lej (nie wszystkie wzorcowej urody i figury godnej bikini)…

…Rebel Trooperów (dla których jednak byłoby w większości lepiej, gdyby ich hełmy zakrywały twarz), Hanów Solo, Fettów, czy Imperiali. Był też jeden super Chewbacca i paru mniej super, jak też np. Admirał Ackbar, który moim zdaniem zmarnował szansę na performance, bo nie biegał po całej sali machając łapami i wrzeszcząc „It’s a trap!”.

Przy tej okazji wyznam, że bardzo fajnie wypadało na imprezce porównanie sąsiadujących ze sobą stoisk 501st i Rebel Legionu. Nie pozostawiały one wątpliwości, która z tych organizacji wiedzie prym w fandomie:

Dodam też ciekawą refleksję, na temat przypadkowych ludzi, dla których zrobienie sobie zdjęcia ze szturmowcem było jeszcze atrakcją. Otóż na ogół ustawiali się oni w pozycji „rozstrzeliwują mnie sztrumowcy” – nie jestem pewien, na ile pozostaje to w duchu Gwiezdnych wojen

Prelki
Zanim jednak oddaliśmy się piątkowemu szałowi zakupów, postanowiliśmy najpierw zadbać o swój rozwój duchowo-nerdowski udając się do głównej sali prelekcyjnej. Odbywało się tam akurat spotkanie Mint Imperials, z udziałem Dave’a Prowse’a, Michaela Culvera (Kpt. Needa), Richarda LeParmentiera (Motti) i Barrie Hollanda (Rebel Scum – men). Zapowiadanego Juliana Glovera nie dowieźli. Z całym szacunkiem dla tych znakomitych aktorów, ich występ zawiewał mocno zabawą dziadków w domu spokojnej starości. Odgrywanie scenek w obgadywanie Vadera i duszenie było nawet zabawne, ale człowiek czuł się nieco nieswojo patrząc na ich wygłupy. Oprócz tego poleciała seria dyżurnych konwentowych anegdotek i całość generalnie stanowiła bardzo miła rozgrzewkę przed dalszym programem konwentu (np. można się było dowiedzieć, że Prowse jest teraz managerem kapeli metalowej). Spotkanie (to, jak i w zasadzie wszystkie kolejne) prowadził niezrównany (również wzrostem) showman, Warwick Davis, dla którego to był najwyraźniej chleb bardzo powszedni.

Dodam w tym miejscu, że program spotkań zamieszczony w ostatniej chwili na żenującej witrynie WWW Celebu na miejscu okazał się „trochę” nieaktualny, co mocno utrudniło planowanie celebrowania. Na szczęście rozdawali bardziej aktualną rozpiskę, bez której raczej byśmy organizacyjnie przepadli.

Po całodniowym piątkowym celebrowaniu, o 17.00 postanowiliśmy udać się na spotkanie z Markiem Hamillem i na dzień dobry nabiliśmy się na najdłuższą z celebowych kolejek, która parokrotnie się składając owijała całą główną salę. Zakładam, że ludzie którzy stali na jej początku poświęcili ze 2h Celebu żeby wejść jako pierwsi. Tym niemniej my, dzieci dorastające we wczesnych latach ’80 w PRL, kiedy trzeba było sobie radzić na różne sposoby, nie zamierzaliśmy po prostu odstać swojego. Szybciutko wepchnęliśmy się na sam początek dzięki czemu mieliśmy świetne miejsca na sali bez marnowania cennego czasu na stanie – Zakazana Planeta leads the way – all the way. Ta chamska metoda wejścia „na Hamilla” przydała nam się później jeszcze nieraz na Celebie, zwłaszcza że nikt z tubylców praktycznie nie protestował, oszołomiony naszą bezczelnością.

Na marginesie: Podczas spotkania Davis odstawił mały skecz, gadając z głosem Obi Wana na temat Celebu. Za pierwszym razem było to nawet zabawne – niestety bywalcy prelekcji w sali głównej byli skazani na oglądanie tego numeru do wyrzygania w ciągu kolejnych dni.

Spotkanie z Hamillem było bardzo miłe. Poza samą świadomością bezpośredniego obcowania z upadłą legendą i kpiarskimi telefonami do znajomych, którzy musieli zostać w kraju, opanowała nas już słodka atmosfera masowo-nerdowskiego ogłupienia i entuzjazmu.

Hamill, siedząc w pozycji od której nawet mistrz jogi dostałby lumbago, mówił przede wszystkim o swoich filmach – głównie o Comic Book: The Movie (w Polsce niezbyt znanym, ale specjalnie dla naszych wiernych czytelników napisze jego reckę w wolnej chwili) i nowej produkcji – Black Pearl. To ostatnie niestety ma mniej związku z przygodami Kapitana Jacka, a więcej z alternatywnymi przygodami superbohaterskimi. Zresztą ze spotkania oczywiste było, że Hamill znacznie głębiej siedzi w fandomie komiksowo-animowanym niż w jakichś tam Starwarsach.

W międzyczasie Davis poleciał z grubej rury pokazując jeden ze swoich archiwalnych filmików nakręconych na planie ROTJ – krótki klip pokazywał 11-letniego wówczas Davisa zagrzewającego Luke’a do walki z Vaderem w scenie zmontowanej z TESB. Zaraz potem poleciał kolejny filmik, tym razem przedstawiający poszukiwania Ewoków przez Wicketta po różnych pokojach garderobianych na planie ROTJ – klip bez wątpienia kręcony w jednym z mniej pięknych ośrodków wczasowych w Nowej Hucie.

Następnie Davis z niewiadomych powodów przebrał się za Yodę i zaczął machać mieczem wywołując wymuszone rozbawienie nerdów i zażenowanie Hamilla, który sprawiał wrażenie, jakby chciał szybko opuścić lokal. Na szczęście zaraz po tym występie zaczęły się pytania. Jak to zwykle bywa, padały od kretyńskich („Czy czytałeś jakieś książki EU?”) po prowokujące ciekawe reakcje interlokutora („Jaka jest twoja ulubiona scena z SW?”). Tutaj Hamill roztoczył swój żal nad wycięciem scen z Biggsem i Toshi Station. W pierwotnej wersji filmu to właśnie śmierć Biggsa w ataku na Gwiazdę Śmierci miała być motywacją powodującą, że Luke trafił torpedami gdzie trzeba, a nie paranormalne głosy Obi Wana. Hamill przytoczył tu analogię do filmów wojennych odgrywając scenkę śmierci przyjaciela w okopie, po której bohater rusza się mścić na Niemcach – Mark skakał po scenie kopiąc ich w wyimaginowane nazistowskie dupy.

Hamill Mark wyraził też ochotę na zagranie w ewentualnych epizodach VII+ (właściwie chyba VIII+, bo siódmym jest przecież Krypta). Podobno ofertę tę złożył mu Dżordż jeszcze w 1976 i zapowiedział wówczas, że film powstanie ok. roku 2011. Zatem wszystko jeszcze przed nami.

W sobotni poranek natomiast miało miejsce spotkanie z dwójką Fettów – Jeremy Bullochem i Danielem Loganem. Po zaprawie z dnia poprzedniego nie było tu żadnych rewelacji – poza może kolejnymi tajnymi filmikami Davisa (ukazującymi pochodzenie zabawek typu „bubble head”) i odgrywaniem przez obu panów scenki „obiad u Larsów”. Przy okazji dowiedziałem się, że Logan przed zagraniem w AOTC w życiu nie widział Star Wars, dzięki czemu Warwick jechał po nim ostro przez większość spotkania – zapewne realizując kolejny opanowany skecz konwentowy. Przypuszczam, że konwentowi aktorzy mają swoje teksty tak opalcowane, że mogliby je sadzić przez sen.

Po południu z kolei metoda „na Hamilla” pomogła mi zająć dobre miejsce na spotkaniu z Anthonym Danielsem, który zadziałał jako człowiek-orkiestra występując bez pomocy Warwicka z zupełniej pustej sceny. Trzeba przyznać, że Daniels ma rewelacyjny kontakt z publicznością – zapewne znowu efekt niezliczonych występów konwentowych. Widać było, że wszystkie swoje gagi (jak np. zmuszanie publiki do oddawania mu ewockiego hołdu) i teksty ma doskonale objechane i że robi to milionowy raz. Daniels miał jednak na tyle świeżości, by zakazać zadawania pytań w stylu „czy w kostiumie było gorąco?”. On również posypał serią dyżurnych anegdot z planu, głównie mało przyzwoitych. Było to zdecydowanie najbardziej dynamiczne spotkanie (ciekawe sformułowanie) na konwencie, aczkolwiek do najbardziej informatywnych bym go nie zaliczył.

Sobotnie spotkanie z antypatycznym i udającym przyjaciela fandomu Rickiem McCallumem było oblegane nie mniej niż piątkowe z Hamillem. Tu niestety nie bardzo dało się wejść „na Hamilla”, bo gestapowska ochrona tym razem już pilnowała kolejki. Na szczęście jednak zasiedlanie sali poszło sprawnie i udało mi się dostać nawet znośne miejsce. Przed wejściem Ricka Davis tradycyjnie odegrał żenujący już skecz z Obi Wanem i wszedł McCallum przy wtórze fałszywych oklasków.

Rick zaczął swoim typowym słodkopierdzącym stylem opowiadać jaki zajebisty jest Celeb Europe i że woli być tu niż w LA. Przedstawili krótko jego karierę, łącznie ze zdjęciami z planu okropnych Kronik Młodego Indiany Jonesa, na których wyglądał jak młodsza i chudsza wersja Kevina Costnera – zamierzchła przeszłość… Podczas całego spotkania McCallum jarał się niebotycznie wszelkiego rodzaju technologią cyfrową w filmie, tak więc odniosłem nieodparte wrażenie, że to on jest motorem szajby, jakiej dostał Dżordż na punkcie CGI.

Tematem wieczoru stał się natomiast, rzecz jasna, serial SW. Rick wyjawił, że wraz z Dżordżem byli nieobecni na Celebie w LA, gdyż w tym czasie spotykali się w Londynie z potencjalnymi scenarzystami. Potem nakarmił publikę komunałami w stylu „mroczniejszy, bardziej dorosły serial” i rzucił, że planują jego 400 odcinków. Szybko się jednak pomiarkował i przyznał, że z tym 400 to był skrót myślowy i po prostu chodziło mu o długie lata.

Potem tradycyjnie były bardziej i mniej mądre pytania z sali. Do tych drugich należała np. nerdowska mrzonka, żeby do scenariuszy zagonić pisarzyny od książek SW. Rick następnie z lubością rozwiał sensowniejsze mrzonki fanów mówiąc, że LFL na razie nie planuje wydania SW na HD tłumacząc się wojną formatów (te same bzdety gadali kiedyś o DVD, więc nie przejmowałbym się nimi za bardzo) i czekają z edycją HD aż filmy będą po prostu ściągane z netu (to już chyba teraz, panowie!). Oznajmił także, że wersje 3D filmów nie pokażą się, dopóki nie będzie to opłacalne – więc dopiero za długie lata.

Fajny był natomiast motyw, kiedy twórca Force Among Us wręczył Rickowi przy ludziach DVD ze swoim filmem. Rick skłamał, że film obejrzy jeszcze w londyńskim hotelu, a ja żałowałem, że już skończyły mi się Krypty

Zabawny był motyw, że McCallum wszystkie niezrozumiałe decyzje Lucasfilmu (jak np. haniebne wydanie starej wersji TOT na DVD) zrzucał na dział marketingu LFL. Ojej Rick, biedni jesteście z Dżordżem, że was marketing tak ciągle stawia pod ścianą…

Miłym spotkaniowym akcentem Celebu był brak jakichkolwiek pisarzy SW, na których osoby i ich dzieła jesteśmy uczuleni i musielibyśmy po prostu zrobić na sali jakiś gnój.

Wystawy i inne oglądactwa
Oprócz przywiezionej z Belgii scenografii na głównej sali znalazło się kilka innych miejsc zdatnych do miłego oglądania. Należała do nich np. mała wersja scenografii Tantive’a, w której można było sobie zrobić (za niewielką odpłatnością, jako że na Celebie nic nie było za darmo) fotkę, a także w której profesjonalnie kręcono rekonstrukcję sceny abordażu. Wypadłaby ona nawet fajnie, gdyby nie – znowu – beznadziejne facjaty nerdów-Rebeli.

Przyjechało dwóch szturmowców
– jeden duży, drugi mały

Genialny był też Art Show – alejka, w której siedzieli rysownicy Star Wars prezentując i sprzedając swoje prace. Mogliśmy tu nabyć sporo mega kultowych plakatów i reprodukcji – od stylu Alfonsa Muchy po nazi-realizm.

Tajniki budowy droidów poznać mogliśmy na stoisku Droid Builders Club. Tu również zapoznaliśmy się z ekspozycją robotów i ich części – niestety produkcja droidów Jedi nadal pozostaje poza zasięgiem nawet tej elitarnej organizacji.

Swoje stoiska miały też Hasbro (z całą kolekcją nowych koncepcyjnych pamprów – w tym Han Solo, Snowtrooper, Boba Fett – dodatkowo w wersji z Holiday Speciala, czy taki Starkiller); oprócz nich pokazano też chyba wszystkie przyszłe i obecne pampry z serii „z monetami”. Było również Lego promujące swoje tragiczne Lego Star Wars i LucasArts puszczające na ripita Battlefronta II i filmiki o Force Unleashed. Dodatkowo Toys’R’Us urządziło w scenografii Dagobah pokaz walk na miecze świetlne dla dzieci (sztuki Mroku uczyli tu Maul i Sidious, czyżby fabularne wyjaśnienie zagadki jaskini CSM na Dagobah?) podejrzanie kojarzący się z małymi akademiami Jedi na niektórych polskich konwentach…

Jedne z lepszych atrakcji czekały w hallu, poza główną zoną celebową. W specjalnej sali ustawiono znane już z C:IV prace The Vader Project, czyli krótko mówiąc – głowy Vadera udekorowane przez undergorundowych artystów amerykańskich i (specjalnie na Celeb Europe) brytyjskich. Nie ma co opisywać wszystkich wariacji – od gejowskiej przez Nam Erowską do kolorowanki – pozostaje pokazać parę fot. Zwracamy uwagę, że wyróżniał się tu może mało artystyczny, ale za to mega geekowski projekt „Son of the Suns”.

Różowy relaks Nawiązanie do znanego
makingofa

Zaraz obok miała miejsce mikro-ekspozycja z archiwum rekwizytów LFL – na szczęście były to dość ciekawe rekwizyty, kręcące się wokół pokiereszowanych głów (obcięta głowa Luke’a z jaskini na Dagobah, hełm Vadera ze stosu pogrzebowego, głowa C-3PO z wyjętym okiem i opalone popiersie Anakina).

Najciekawszą nie-starwarsową ekspozycją było natomiast stoisko Prop Store of London, gdzie można było obejrzeć i pomacać oryginalne rekwizyty i kostiumy z filmów. Mieliśmy tu skafandry kosmiczne z Event Horizona, Enterprise’a, Sunshine’a czy Aliena, stroje T/X i Trinity, łby obcych, guny i hełmy kosmicznych żołnierzy. Odpowiednio rozbudowane, to stoisko mogłoby stanowić własny mały konwent.

Na terenie Celebu chętni mogli też przejść się wojskowym torem przeszkód albo zaciągnąć do Królewskiej Marynarki Wojennej.

Zakupy
Nie da się ukryć, że większość powierzchni głównej hali stanowiła czysta komercha. I nie mówię tu tylko o oficjalnym sklepie Celebu, gdzie można się było zaopatrzyć w oficjalny stuff, pampry i odzież, ale też dziesiątki stoisk wystawców sprzedających chyba wszystko (a w każdym razie większość) sprzedawalnych rzeczy, jakie kiedykolwiek wyprodukowano z logo SW. Od zabawek z lat ’70 przez całą możliwą odzież, repliki, a nawet gumy do żucia z lat ’80. Nie ma co opisywać, widzieliście to milion razy na fotach.

Na stoiskach oczywiście mogliśmy znaleźć dobra nie tylko Star Wars:

W każdym razie ceny na większość stuffu były DOBRE (zwłaszcza w piątek, bo przy sobotnim tłumie niektórym wystawcom cenowo lekko odbiło). Odpowiednio wyszukując między stoiskami można było kupić niektóre pampry za totalny bezcen. Nieuchronnie nasuwa się refleksja, że gdyby zainwestować tu z 10 koła, można by przez rok dostatnio żyć z Allegro… Dostać tu można było masę perełek, również całkiem mainstreamowych jak koncepcyjny Luke Hasbro (Toys’R’Us Exclusive). Powiem krótko, że dostaliśmy kompletnej zakupowej amby, co zaowocowało głownie tym, że trzy dni później czekało nas kreatywne pakowanie przed wyjazdem na lotnisko…

Pomóż mamie pakować stuffik Jabba i jego dais
Celebowe lumpy Celebowe gadżeciki

Star Wars: The Exhibition
W niedzielę uznaliśmy, że mamy lepsze rzeczy do roboty niż marnować trzeci dzień na jakimś spędzie nerdów (niestety tracąc spotkanie z fanem Krypty, Rayem Parkiem). Żeby jednak całkiem nie wypaść z geekowskiego obiegu udaliśmy się na Westminster zwiedzić Star Wars: The Exhibition. Na pewno czytaliście już sto tysięcy relacji z tej wystawy, z kronikarskiego obowiązku powiem więc tylko, że na ekspozycji zaprezentowano wybrane rekwizyty z filmów od VI do III, więc niestety nie było tak hardkorowo jak na słynnym Magic of Myth.

Poza wszelkiego rodzaju kostiumami, pistoletami i miniaturami mieliśmy tu kilka pojazdów w rozmiarach autentycznych – od podu Anakina z widocznymi jeszcze naklejkami z amerykańskiej Castoramy, przez różne inne pody, speeder Zam Wesell, aż po myśliwiec N-1. Jeśli ktoś jeszcze nie wie, podzielę się tylko taką uwagą, że z bliska wiele z tych cudeniek wygląda nieco gorzej niż na ekranie i w słowniku obrazkowym – krzywo poklejone, niechlujnie pomalowane, podrapane itp. No cóż – magia kina.

Na terenie obiektu rekwizyty były pogrupowane planetami: Tatooine, Naboo, Endor itp. Dodam, że highlightami wystawy były np. dyżurne kostiumy Amidali, a także mostek niszczyciela z RotJ, oryginalne zbroje szturmowca i Vadera wyglądające ZNACZNIE lepiej niż kostiumy 501st (sorry, chłopaki), salka dwóch Fettów czy karbonit z Hanem w środku. Oprócz stricte rekwizytów znalazło się tu sporo rzeźb koncepcyjnych, np. obleśne projekty Jabby, Biba Fortuny czy grupy Maxa Rebo. Niestety wrażenie psuły nieco ciasne pomieszczenia, w których upchnięto część ekspozycji.

Dyskretny urok naklejki Ciekawe użycie szybkozłączki Suck on it, Jeff
Droopy McCool jeszcze bez gaci Jakaś obleśna wiara Najstraszniejsze zdjęcie świata
Ewok z drzewem w zadzie Trzech sławnych Sithów

I tym sposobem zbliżyliśmy się do końca naszej relacji, która jest dość chaotyczna, ale po prostu pisaliśmy ją w pośpiechu, żeby zamieścić relkę jako pierwsi.

Zdajemy sobie sprawę, że Star Wars Celebration Europe odbiegało nieco od wydań amerykańskich – tu jest po prostu niestety mniej geeków i generalnie jest zbyt normalnie… Organizacja (zwłaszcza jeśli chodzi o publikację programu czy zawiadowanie tłumem) momentami wołała o pomstę do nieba, ale jak już się było na miejscu, wszystkie te duperele nie miały żadnego znaczenia. Byliśmy wtedy kimś lepszym.

Na zakończenie proponujemy jeszcze małą galerię scenek rodzajowych:

Red DwarfSW: 2 bratanki Klejenie modeli na czas Wieczorna imprezka
Polskie akcenty OK Spotkania po latach Konwenty w UK – jak w Polsce
Kryptonerd Inspekcja za planami DS Jaka dziś kanapka, Lordzie?
Szkoda że nie dawali też torebek Legion KEK, garnizon Londyn Nie karmić nerdów

Jeśli odniosłeś, Drogi Czytelniku, wrażenie, że sarkastyczny ton tej opowieści oznacza pogardę dla nerdomu Star Wars – nic bardziej mylnego. Celeb był mega wydarzeniem, dzięki któremu mogliśmy znowu odetchnąć pełną piersią powietrzem z odległej galaktyki – pierwszy raz chyba od premiery RotS. No i co tu dużo gadać – sami jesteśmy pojebanymi nerdami.

Żyjcie długo i prosperujcie!

P.S. Tu znajdziecie nasze starsze fotorelacje na gorąco:
Celeb piątek
Celeb sobota

THX to Tomek G. za support logistyczny w obcym kraju.

P.P.S. Retrospekcja Lorda New`Age

Dawno, dawno temu, gdy istniał jeszcze PFKSW, zaliczyłem swój pierwszy Celeb.

Nie drogie dzieci, nie byłem w Ameryce, ale na ul. Piotrkowskiej w Łodzi. Otóż w roku 2000 niejaki Sebastian B. zorganizował tam Celebration 2000 – jak twierdził był to oficjalny Celeb i robił to pod patronatem Lucasfilmu.

Co pamiętam? Spanie na TPM (wcześnie byliśmy na miejscu i spożyliśmy małe conieco), smród na sali, fajne dioramy Lego, prelekcje które się nie odbyły w 100% i pewną panią Sith. Jedną z niewielu atrakcji konkurs (by go wygrać trzeba było usiąść obok idioty i przejmować jego odpowiedzi i zdobywać bonusowe punkty; ja siedząc koło kogoś na poziomie, mimo 100% prawidłowych odpowiedzi odpadłem). Zresztą zdobywczyni pierwszego miejsca przez wiele lat odpadała potem z kretesem na naszych Pyrkonowych konkursach.

Miał być też koncert w filharmoni, ale zapomnieli go zrobić. Czy ktoś z Was drodzy fani dostał zwrot 35 nadpłaconych złociszy?

Komenty FB

komentarzy

Komercha

15 Komentarze(y) na Star Wars Celebration Europe – relacja ZP!!!

  1. Z obowiazku polskiego sprawozdawcy konwentowego: jadlem na celebie bule z jajkiem, tania i dobra!

  2. Zdrowo was nerdy pojebalo…

  3. Dziękuję! To była pożywna i zabawna lektura 🙂 Zazdroszczę!

  4. ale nerda złapaliście przy Rayu Parksie

  5. No słyszałem że to król nerdów.

  6. O w mordę. Dopiero teraz zauważyłem że Park dostał "Kryptę" – rispekt. Najbliższe nerdowisko to JediCon 2008 w dojczlandzie…

  7. DALEJ! WPISYWAĆ JAK NAM ZAZDROŚCICIE!!!!!!
    Ha! Ha! Ha! (głosem robota Sith)

  8. Może i jesteście nerdami, ale przy każdej okazji brzydko jedziecie po EU, a wtedy staję się Zły.

    A relacja zacna. Fajne zdjęcia. Trochę bardzo Wam zazdrościmy.

  9. Kiedy król nerdów umiera, na jego cześć bije Dzwon Śmierci.

  10. Szkoda że nie ma zdjęć grubych pasztetów w strojach slave Leia, amatorów piwa w strojach skautów, no i tych wielokrotnie wspominanych nieurodziwych Rebeli 😉

  11. szkoda, ze malo sithowo bylo…

  12. Apropo SW CEL w Łodzi w 2000 roku 😀 Byłem, pamiętam i 35 zł na oczy nie widziałem 😀 Ale uroczo to wspominam … szczególnie ten oficjalny patronat Lucasfilmu 😀 Tego już chyba sie nie da powtórzyć ^^

  13. Piękna relacja z nerdowego raju. Szkoda,że mnie tam nie było

  14. I tu nasuwa się pytanie – czy ktoś na sali pytał Marka Hamilla czy był czysty, kiedy na planie oryginalnych Star Wars zawołał do Księżniczki Lei "Carrie" co zostało zresztą uwiecznione na taśmie?

Dodaj komentarz