Harry Potter and the Sorcerer's Stone/Harry Potter i kamień filozoficzny

Tytuł: Harry Potter and the Sorcerer’s Stone/ Harry Potter i kamień filozoficzny
Produkcja: USA, 2001
Gatunek: Czary-mary
Dyrekcja: Chris Columbus
Za udział wzięli: Gruby Rusek z Bonda, Kane z Aliena, kosmita z Galaxy Quest i jakieś dzieci
O co chodzi: Harry Potter chodzi do czarodziejskiej szkoły.

Jakie to jest: Głęboko infantylne i banalne. Fabuły nie będę przytaczał, bo chyba każdy wie z grubsza o co chodzi, a jeśli nie, to ma dość wyczerpujące streszczenie w punkcie powyżej. Rozumiem, że nie jestem docelowym widzem tego filmu (wiekowo chyba wyrabiam 4-krotną normę), ale nawet mając 7 lat dostrzegłbym wszystkie prostactwa w Harrym Potterze 1. Oczywiście teraz, pod koniec serii mam już o niej nieco lepsze zdanie, ale oglądając film w 2001 nie mogłem pojąć jakim cudem ta sztampa sprzedała się większej liczbie ludzi niż babcia i listonosz autorki.

Od przedszkola do Opola

Po pierwsze – przedstawienie realiów. Woła o pomstę do nieba i przypomina bajki dla dzieci z przedszkoli specjalnych: jak ktoś nie mający zielonego pojęcia o literaturze fantastycznej wyobraża sobie magię – czarodzieje w spiczastych kapeluszach (szkoda, że nie w gwiazdki), różdżki, latanie na miotle, zamienianie w żaby. To tak jakby nowa kultowa opowieść SF opowiadała o zielonych ufoludkach strzelających z laserów robiących piu-piu. A miotła nazywająca się Cośtam 2000 momentalnie przywodzi na myśl jaskiniowców i ich kamienne pojazdy udające samochody. Inne szalenie kreatywne artefakty to obrazy machające ręką i lustro pokazujące marzenie patrzącego (np. końcowe napisy filmu). Tak naprawdę, jedyny wart uwagi motyw magiczny to czekoladki, co powoduje, że cała magia HP ma więcej wspólnego z Panem Kleksem niż jakąkolwiek sensowną fantastyką.

Poza magią – jedziemy dalej. Imiona postaci i zaklęcia brzmią jak z sesji D&D prowadzonych przez 8-letnich Mistrzów Gry. Szczyt humoru w filmie to wybuchająca różdżka osmalająca ryj użytkownika. Nie potrafię tego trafniej opisać jak „typowa, nie wykraczająca poza bardzo wąskie ramy sztampa dla dzieci”. Tym bardziej, że zawiłości fabularne są niesłychanie oryginalne – np. wybraństwo/mesjanizm Harrego, nie wspominając np. o takich dwuznacznych hitach jak Dom Slytherin, który nie wiadomo co jeszcze robi w szkole czarów marów. Do tego mega nowatorski pomysł podrzucenia dzieciaka – tym, którzy mówią o ostatniej scenie Revenge of the Sith „Harry Potter scene” powinni spojrzeć w kalendarz i sprawdzić, gdzie ten motyw pojawił się najpierw…

Tak, moi drodzy. Te efekty powstały w XXI w.

Osobny temat-rzeka to efekty specjalne w filmie. Nie wiem jakim cudem ILM podpisał się pod tym arcydziełem (nie wspominając że to już 2 lata po Matrixie i The Phantom Menace). Komputerowe ryje, którymi przesiąknięty jest film, przywodzą na myśl mniej udane rendery z Kosiarza Umysłów. Mecz Quidiczegośtam wygląda jak intro pierwszych gierek CD-ROMowych, a „cyfrowi dublerzy” są wykonani tak, że nawet widz z V w. p.n.e. nie uwierzyłby, że to mają być prawdziwi ludzie. Generalnie CGI symuluje z powodzeniem poziom efektów z głębokich lat ’60. Niestety również kolejki udającej pociąg nie udało się mistrzom Lucasa realistycznie sfilmować.

Miotły w dłoń

A teraz postaci. Wszyscy wiemy jak obecnie wyglądają aktorzy odtwarzający bohaterów HP i znamy aferę z powiększaniem biustu Hermiony na IMAXowym plakacie HP5 – z tą wiedzą, każdy oglądający teraz HP1 ociera się kątem umysłu o pedofilię. Radosne dzieciaczki biegające z wrzaskiem z lewa na prawo nieodmiennie przywodzą na myśl wczesne edycje Tik-Taka. O ile do aktorstwa głównej trójki nie można się niestety za bardzo przyczepić (poza tym, że główny bohater nie posiada zdolności realistycznego odgrywania pozytywnych emocji), o tyle dziecięce role drugoplanowe trzeba po prostu pominąć ciężkim milczeniem. W ogóle same postaci są wybitnie wielowymiarowe (Dumbledore czy Draco Malfoy), a knyf z przedstawieniem profesora Snape’a jako złego jest poprowadzony z oszałamiającą wręcz subtelnością. Postaci podlegają też głębokim przemianom wewnętrznym, jak np. Hermiona, która, niczym w NRDowskim serialu, w 5 sekund zamienia się ze zdziry w do rany przyłóż.

Wiele się fal radiowych przelało na temat tego, jak zgubne treści niesie ze sobą Harry Potter. Niestety normalny człowiek (ja) też ma tu coś do dorzucenia. Po pierwsze, główny bohater bez żenady rozpowiada na prawo i lewo powierzone mu tajemnice, jest więc wzorem gościa godnego zaufania. Po drugie, notorycznie łamie zasady i jest nieposłuszny, za co spotykają go wyłącznie nagrody od samych twórców tychże zasad. Po trzecie, zwieńczeniem filmu jest piękna scena publicznego lekceważenia uczciwych wyników współzawodnictwa i arbitralne nagradzanie bez żenady faworytów. Film nie uniknął też dotkliwej amerykanizacji. Poza ostentacyjnym przedstawieniem Halloween, został mu też ostentacyjnie zmieniony tytuł – jak wiadomo, dla młodego obywatela USA „czarodziejski kamień” brzmi znacznie bardziej frapująco niż „kamień filozoficzny”.

Nawet chyba najzagorzalsi fani cyklu o Potterze nie będą utrzymywać, że w książce jest cokolwiek oryginalnego – jednak, co ciekawe, odnosi się to również do opisywanego filmu, traktowanego w oderwaniu od powieści. Pozwolę sobie przedstawić kilka kadrów z uwielbianej przez nas w młodości Piramidy Strachu, której scenarzystą był nie kto inny jak Chris Columbus…

Kiedyś Teraz

Myślę, że te obrazy wyczerpują kwestię oryginalności filmu. Rozumiem, że kręcono go chyba w pośpiechu i postanowiono sięgnąć do sprawdzonych wzorców wizualnych…

Sorry za spoiler

Film ma, niestety, również zalety. Po pierwsze reżyseria Columbusa dość sprawnie pcha nicniedzianie się do przodu. Sam przebieg akcji jest sprawdzony przez Columbusa (scenariusz The Goonies) – dzieciaki odkrywają coś, o czym nie wie nikt poza tym, dorośli im nie wierzą itp. Po drugie, miejscami bardzo ciekawy design i klimat (surrealistyczna chata wujostwa Pottera, Burtonowska Diagonal Alley). Po trzecie, przyzwoity make-up niektórych postaci (np. gobliny). Dobra jest również muzyka Williamsa, choć jest to „typowy” Williams, nie wyróżniający się specjalnie. Trzeba również przyznać, że sama koncepcja styku i przeplatania się świata magii i realu jest tu dość interesująca – ale to wszystko.

Co tu dużo gadać – to film dla dzieci, mający znacznie bliżej do Arabelli niż do Władcy Pierścieni czy nawet Narni. Przypadkowy widz (jak ja) wymęczy się na nim niemiłosiernie. Pozostaje czekać na wzrost poziomu w kolejnych odcinkach.

Ocena (1-5):
Oryginalność koncepcji i świata: 0
Aktorstwo głównych bachorów: 4
Efekty: 1
Fajność: 2

Cytat: I think the troll’s left the dungeon. It’s going into the girls’ bathroom.

Ciekawostka przyrodnicza:
Zwracam uwagę, że motyw muzyczny Harrego różni się tylko jedną nutą od motywu z Listy Schindlera, również autorstwa Johna Williamsa. Znak.

Written by: Commander John J. Adams

Szeruj to!

 

Komenty FB

komentarzy

Komercha

3 Komentarze(y) na Harry Potter and the Sorcerer's Stone/Harry Potter i kamień filozoficzny

  1. co to jest knyf? Ani czytać ani oglądać się tego nie da. Zgadzam się

  2. knyf to myk…. szacun za recke, 100 % się zgadzam

  3. Ale dlaczego recenzent nie odpowiedział na pytanie czy Harry Potter do diabła kumoter?

Dodaj komentarz