Red Planet/Czerwona planeta

Tytuł: Red Planet/Czerwona planeta
Produkcja: USA, 2000
Gatunek: Komedia
Dyrekcja: Nikt zdolny
Za udział wzięli: Val Kilmer, Tom Sizemore, Laska z Matrixa (Carrie Ann Moss)
O co chodzi: Ekipa leci na Marsa po powietrze i ma przygody.

Jakie to jest: To był dopiero trailer. Przez pierwsze pół minuty myślisz, że to Matrix 2, a potem coś, co wymiata Pitch Black. Czyżby to był kolejny mroczny thriller SF? W końcu jest kilka dobrych filmów tego gatunku, więc może nie jest tak trudno go zrobić.

Jak się okazuje, niektórym jest bardzo trudno.

Teza mojego wywodu brzmi: Red Planet to denny film. Przez resztę recenzji będę przytaczał argumenty na jej poparcie.

Red Planet nie jest katastrofą, ale po prostu dennym filmem. Jest to film, o którym bym zapomniał 3 minuty po wyjściu z kina, gdyby nie jego przytłaczająca miernota. Na pierwszy rzut oka wszystko jest OK – załoga w miarę dobrze dobranych ludzi leci z ważną misją na Marsa (cóż za gra słów!). Dobrzy aktorzy, nie zalewa nas PC, jako taka zgodność z obecnym stanem nauki, brak głupkowatych żarcików (dobra, dobra, wiem, ale podświadome porównanie z Armageddonem jest tu nie do uniknięcia). Na pokładzie mają nawet filozofa, aby ich wspierał w trudnych chwilach. A właśnie – kiedy pojawił się na ekranie Pan Filozof (Terrence Stamp – ach, gdzież te czasy The Phantom Menace?) i zaczął walić smuty, uświadomiłem sobie, że będzie to kiepski film.

No więc leci ta ekipa, dwa dialogi w czasie lotu zaznajamiają nas z całą grupą – wiadomo przecież, że stosunki międzyludzkie są w tego typu filmach ważnym czynnikiem wpływającym na akcję. Niestety: należy tu zacytować za mistrzem kina amatorskiego Krzysztofem K.: bohaterowie mają mniej charakteru niż tekturowe standy grające szturmowców w Powrocie Jedi. Kompletnie jednowymiarowe postacie, a niektóre to i zerowymiarowe. Twórcy najwidoczniej obawiali się, że widz zapomni nazwisk poszczególnych pamprów, więc każde z nich jest oryginalnie brzmiące, a ponadto wszyscy są po kolei ładnie przedstawieni przez panią narrator na początku filmu. Na wszelki wypadek wszyscy noszą odzież, na której nazwisko jest umieszczone w widocznym miejscu co najmniej raz. Nie wiem, po co tyle zachodu, skoro w końcu może dwa nazwiska wypada rozróżniać, reszta to tło.

Ekipa dolatuje do Marsa, a na orbicie, jak zwykle, tajemnicza awaria. Pani z Matrixa się poświęca i zostaje na statku, reszta ląduje. W ten sposób pani udaje się uniknąć trudnej części sztuki aktorskiej, jaką jest interakcja z innymi ludźmi. Wyszło jej to tylko na dobre. A ci na planecie mają różne przygody, których nie będę opisywał, aby nie spoilerować tym z Was, którzy w pijanym widzie pójdą jednak na to dzieło.

Scenariusz nosi na sobie widoczne blizny po liczny poprawkach i dopiskach. Montaż tak silnie koncentruje się na utrzymaniu tempa filmu, że ważne kwestie zaledwie sygnalizuje i nie pozwala widzowi skupić sie na jednym wątku. W rezultacie głowna linia fabularna wymyka się przytłoczona przez setki pierdół i odbiorca nie jest w stanie w spójny sposób odebrać zamierzonej wizji (mam nadzieję, że takowa w ogóle istniała) reżysera.

Oto bowiem ważne kwestie poruszane przez film, z których każda mogła być jego głównym tematem i były już przerabiane w kinie:

  • Bóg czy nauka (setki filmów i seriali, np. Contact, X-Files)
  • Zbuntowana Sztuczna Inteligencja (setki filmów, poprzestańmy na Odysei 2001)
  • Zagrożenie ze strony obcych form życia (setki filmów)
  • Dysfunkcja grupy w sytuacji zagrożenia i poza nią (setki filmów)
  • Poboczne motywy-klisze, wytarte do zera, takie jak: silna postać kobieca, poświęcenie jednostki dla grupy, zagrożenie światową zagładą, miłość wszystko zwycięża, efekt cieplarniany, zdrada, ruska eksploracja kosmosu i parę innych.

Wypada wspomnieć o efektach, bo bez nich ten film nie byłby nawet cieniem dna (polecam tę refleksję osobom, które uważają, że TPM opiera się tylko na efektach (pewnie, że się opiera – dopisek 2007)). SFXy na dość przyzwoitym poziomie, czyli przeciętnie. Co chwila wali w kamerę flara, która na pewno podoba się gawiedzi. Odrębna sprawa to robot bojowy, który ma straszyć w filmie i którego widok przeraża bohaterów – niestety dla widza jest on w najlepszym razie pocieszny.

Wypada wspomnieć także o muzie. Film oczywiście nie sięga do pięt swojemu mistrzowi Armageddonowi, jeśli chodzi o pompatyczną amerykanizację, ale dość dobrze nadrabia muzyką. Zmaganiom naszych herosów towarzyszą bombastyczne uwertury, których nie powstydziliby się Orff i Wagner. To nawet dość dobrze, bo jest to jedyny element filmu, który dociera do widza kryjącego twarz w dłoniach.

Niniejszym dowiodłem, że film jest denny, co było do wykazania.

Ocena (1-5):

Flary w kamerę: 5
Straszność robota: 1
Straszność Obcych: 1
Fajność: 1

Ciekawostka przyrodnicza: Kolejny raz okazuje się, że największym wyzwaniem kulturowym ludzkości jest nakręcenie dobrego filmu o podróży na Marsa, poza „Koziorożcem-1”. Może dojdzie do tego dopiero wtedy, kiedy kolonizacja Marsa będzie na porządku dziennym i powstaną o niej brazylijskie seriale.

Written by: Młody Commander John J. Adams

Uwaga: Recka zabytkowa, data pierwszej publikacji: 17.01.2001

Szeruj to!

 

Komenty FB

komentarzy

Komercha

2 Komentarze(y) na Red Planet/Czerwona planeta

  1. A ja sie nie zgadzam.Prosze napisac recka z Wyprawy na marsa czy jakos tak z Timem Robinsem to byla kiszka.

  2. Zgodzę się z autorem że film był taki sobie ale stajnę w obronie pani z Matrixa która potrafi grać. Udowodniła to w "Czekoladzie". Tu za bardzo nie miała pola do popisu:-)

Dodaj komentarz