Pathfinder/Tropiciel

Tytuł: Pathfinder/Tropiciel
Produkcja: USA, 2007
Gatunek: Starożytno-przygodowy
Dyrekcja: Marcus Nispel
Za udział wzięli: Eomer, serialowy Conan i Kurgan
O co chodzi: Mały Wiking dorasta wśród Indian, a potem tłucze dużych Wikingów.

Jakie to jest: Pathfinder, to jeden z tych filmów, gdzie trailer obiecywał istne złote góry w sposób nie do skopania: najazd Wikingów na Amerykę 600 lat przed Kolumbem, genialny dizjan, krwawa i fajna akcyjka, egzotyczna scenografia. Niestety – film zawodzi na całej linii.

Stanowcze „Nie” dla Ikei w Ameryce!

Fabuła została praktycznie w całości streszczona powyżej – w dawnych czasach Wikingowie robią zajazdy w Ameryce Północnej. Jeden z nich kończy się rozbiciem statku, a jedynym ocalałym jest 10-letni bachor. Zaopiekowują się nim Indianie, którzy właśnie są obiektem zajazdów. Po latach mały Wiking dorasta i zamienia się w Karla Urbana. Kiedy Skandynawowie najeżdżają ponownie, ze swoimi unikalnymi zdolnościami walki staje on po stronie Rdzennych Amerykanów. Materiał, jak się okazuje równie dobry na świetny film, jak i na ciężką pomyłkę kinematograficzną.

Pierwszą rzucającą się w oczy (dosłownie) słabością filmu są zdjęcia – ciasne kadry i ciągły ruch kamery (w tym większość Steadicamowe), spotęgowane szybkim i hmm…. nowatorskim montażem (zlew na linię akcji i kończenie ujęcia kilka klatek wcześniej niż Bozia przykazała) powodują, że ogląda się to bardzo ciężko. Nispel, co doskonale widać, jest reżyserem teledysków – ale to, co sprawdza się w kilkuminutowych videoklipach nie zawsze dobrze wygląda w pełnometrażu (zwłaszcza w epiczno-kostiumowym). Ciasny kadr miał zapewne na celu maksymalne zbliżenie widza do wyczynów głównego bohatera – ale niestety osiąga skutek przeciwny, tworząc barierę percepcyjną oddzielającą nas od akcji. Co gorsza, dzięki temu sposobowi prezentacji nie jesteśmy w stanie prawidłowo przyswoić jednej z nielicznych zalet filmu – świetnej scenografii i rekwizytorni.

Dialogi w filmie są szczątkowe, a w wykonaniu głównego bohatera szczególnie. Z tego też powodu widz czuje mocny dystans do postaci i niespecjalnie przejmuje się ich losem – karygodny błąd filmowy. Pathfinder zyskałby pół klasy, gdyby wszystkie dialogi pozostały w wersji oryginalnej z napisami – niestety jedynie kwestie Wikingów są przedstawione w ten sposób. Dlaczego Indianie, których dialogów jest znacznie mniej, mówią po angielsku – jest dla mnie wielką tajemnicą. Może reżyser bał się zbytniego upodobnienia do Apocalypto, ale i bez tego ciężko nie zauważyć podobieństw obu obrazów.

Co ciekawe, poszczególne elementy filmu wzięte z osobna są niezłe: zdjęcia, montaż, tempo, narracja. Niestety połączone razem kompletnie nie funkcjonują. Co równie ciekawe, te fatalne zdjęcia momentami zamieniają się w atut – wiele kadrów czy ujęć (zwłaszcza mrocznych Wikingów) jest komiksowo megakultowych i są to nieliczne momenty, które budują jakąkolwiek atmosferę.

Oglądając Pathfindera nie sposób nie dostrzec podobieństw do innych obrazów. Oprócz lekkich „nawiązań” do Conanów, film od razu kojarzy się, jak już wspomniałem, z Apocalypto. Podobnie jak tam operuje w narracji bardziej obrazem niż dialogiem, no i fabuła też podobna: w dawnych czasach pan biega po lesie zmagając się z nieprzyjacielem i przyrodą. Niestety, w odróżnieniu od Apocalypto, nowoczesna forma filmu zupełnie do tej koncepcji nie pasuje. Odnosi się wrażenie, że Pathfinder to po prostu sfilmowany scenariusz – bez specjalnej reżyserii, z posklejanymi jedna po drugiej scenami, bez żadnej płynności narracyjnej. To zapewne taka eksperymentalna konwencja opracowana przez niezłego w końcu Nispela (nowa Teksańska Masakra) – ale po prostu się nie sprawdziła. Nawet muzyka, która w filmie niemal pozbawionym dialogów odgrywa szczególnie wielką rolę, jest tu całkowicie przeciętna – ani razu nie zwróciła mojej uwagi.

Jeden z licznych rozbitych statków Thorgala

Film jest adaptacją, i to podwójną. Po pierwsze bazuje na scenariuszu norweskiego Pathfindera z 1987 roku (który jednak nie miał za wiele wspólnego z Wikingami i Indianami – po prostu opowiadał o walce dwóch skandynawskich plemion), a po drugie, już bliżej, na komiksie „Pathfinder”. Film co prawda powstał zbyt dawno temu, by można go było uznać za naśladowcę sukcesu 300 – również starożytnej adaptacji komiksowej – ma z nim jednak sporo elementów wspólnych. Oba obrazy cechuje podobne niestandardowe podejście do wizuali i podobnie prosta fabuła- jednak Pathfinder zawala wszystkie te elementy, które w 300 tak świetnie działały. O ile obraz spartański był prowadzony w sposób maskujący niedostatki fabularne, o tyle Pathifnder je tylko uwydatnia. Fabuła jest prosta jak przysłowiowy kij i przewidywalna aż do bólu – już po 15 minutach filmu znamy dokładnie jego zakończenie, a w trakcie jego trwania występuje może jeden moment, który przy dużej dozie dobrej woli możemy nazwać zwrotem akcji. Zakończenie następuje bardzo nagle i bez jakiejkolwiek dramatycznej podbudowy… Druga połowa filmu jest co prawda znacznie lepsza od pierwszej, jednak nie zbliża się nawet do poziomu dobrego – po prostu jest przeciętna.

Pomimo fundamentalnych wad, Pathfinder nie jest jednak całkiem stracony. Po pierwsze, jest on po prostu nieudolnie zrobiony, a to już lepsze od świetnie zrobionego filmu, z którego chce się wyjść po 15 minutach plując pianą (jak np. mój dyżurny przykład, Dzień Niepodległości). Po drugie, visuale i dizajn są na doskonałym poziomie. Wikingowskie zbroje i statki są zrobione rewelacyjnie i równie znakomicie sfilmowane. Choć konfekcja skandynawska nie jest specjalnie zgodna z prawdą historyczną, na ekranie wygląda świetnie i jest właściwie jedynym wybijającym się atutem filmu. Film nie stroni też od scen przemocy, co jest kolejnym podobieństwem do 300 i Apocalpyto – mamy tu masowe mordy, fruwające gałki oczne i kończyny, jak również miłe dla oka strumienie krwi. Faktycznie, w obliczu braku innych, nie-dziecinność to również bardzo istotna zaleta filmu.

Nie można się też za bardzo przyczepić do obsady – Karl Urban jako główny bohater sprawdza się na tyle, na ile mu pozwala prostacki scenariusz. Clancy Brown jako wódz Wikingów przypomina sobie i nam piękne dni Kurgana, a Ralf Moller groźnie wygląda. O pozostałych aktorach można powiedzieć tyle, że są.

Niestety te kilka plusów to za mało, żeby polecić film komukolwiek, może poza liberalnymi fanatykami kultury skandynawskiej. Tropiciel mocno zgubił trop. Oglądać na własne życzenie.

Ocena (1-5):
Dizajn: 4
Denne zdjęcia: 5
Świetne zdjęcia: 5
Fajność: 2

Cytat: Have you had enough of your vengeance?

Ciekawostka przyrodnicza: Z powodu swej postrzeganej jakości film przeleżał na półce prawie rok, zanim wreszcie znaleziono czas na jego premierę.

Written by: Commander John J. Adams

Szeruj to!

 

Komenty FB

komentarzy

Komercha

Dodaj komentarz