Spider-Man 3

Tytuł: Spider-Man 3
Produkcja: USA, 2007
Gatunek: Film na kanwie komiksu
Dyrekcja: Sam Raimi
Za udział wzięli: KRÓL AKTORÓW BRUCE CAMPBELL, Ted Raimi, Tobey Maguire, Kirsten Dunst
O co chodzi: Podstarzały Spider-Man musi zwalczać szereg trudności, wliczając tłumek wrogów, swoje własne alter ego i kłopoty życiowe.

Jakie to jest: Armię Ciemności obejrzałem pierwszy raz w okolicach roku 1994. Wtedy też BRUCE CAMPBELL stał się dla mnie KRÓLEM AKTORÓW, a Sam Raimi KRÓLEM KULTOWYCH REŻYSERÓW. Gdybym wtedy dowiedział się, że Sam Raimi nakręci ekranizację Spider-Mana, bez wątpienia padłbym na serce z ekstazy. Miałem zatem wielkie szczęście, że ta decyzja została podjęta znacznie później i 15 lat po premierze trzeciego Evil Dead mogę napisać recenzję trzeciego Spider-Mana.

You wouldn’t like me when I’m angry.

Pierwsze wrażenie – film wspina się triumfalnie i z wielką pewnością siebie na barkach poprzedników, nie tracąc nic z impetu i stylu – dając zatem więcej tego samego, zgodnie z zasadą dobrego sequela. Mamy tu zatem więcej życiowych dylematów Petera Parkera, więcej bohaterów no i więcej przeciwników, efektów i wydanych dolarów.

Jak wiadomo, podstawą dobrej fabuły jest dramat. Tu przyczyną wszystkich nieszczęść staje się lekki rozdźwięk pomiędzy sukcesem i popularnością Spider-Mana i zachłyśniętego nim Petera Parkera, a pochylnią życiową Mary Jane – której, bujający w wieżowcach, Peter nie dostrzega. Znany z komiksów beztroski Spider-Man-żartowniś zostaje tu ponownie dość mocno sprowadzony na ziemię – i tym razem boli go to szczególnie. Do dylematu „czyim jestem bohaterem?” dochodzi wkrótce motyw zemsty (lub przebaczenia) po latach i potrzeba stawienia czoła tzw. Kwestii Goblina. Wszystkie te motywy przeplatają się w filmie tworząc wyjątkowo splątaną pajęczynę fabularną.

Kluczową cechą filmu jest to, że jest to pierwszy właściwie autorski Spider-Man Sama Raimiego. Jest on bowiem pierwszy raz (wraz z bratem Ivanem) autorem fabuły filmu i współscenarzystą. Reżyser zatem, ugruntowawszy swą pozycję jako twórcy komercyjnego, pozwala sobie na dość śmiały powrót do korzeni. Częściej niż w poprzednich częściach znajdziemy tu zatem charakterystyczne dla Raimiego szybkie zbliżenia i ustawienia kamery w dziwnych miejscach… Początkowa walka z Goblinem zalatuje na kilometr zmaganiami z wrzeszczącymi demonami w Evil Dead, a momentami Raimi sięga do zupełnie fantastycznej stylistyki, pokazując np. gigantyczną jaskinię, w której krzyżują się linie nowojorskiego metra.

W promocji S-M 3 podkreślano głównie pojawienie się na ekranie Venoma – ulubieńca rzesz fanów komiksu, kosmicznego symbionta przyjmującego postać stroju Spider-Mana. Jak wiadomo, Sam Raimi dość długo (jeszcze w czasie produkcji Spider-Mana 2) wzbraniał się przed umieszczeniem Venoma w filmie. Po pierwsze była to „postać” zbyt młoda, nie mieszcząca się w ulubionym przez Raimiego kanonie cyklu lat ’60 i ’70 (Venom pojawił się dopiero w roku 1988), a po drugie uważał on, że bezosobowość kosmity czyni z niego mało interesującego przeciwnika. Pogląd ten poniekąd znajduje teraz odzwierciedlenie na ekranie – Venom przedstawiony jest głównie poprzez zgubny wpływ na samego Petera, a fizyczne zagrożenie z jego strony, w porównaniu z komiksami, jest potraktowane mocno lajtowo.

Na drugim planie BRUCE CAMPBELL

Sam Raimi postanowił widocznie, że jeśli już Venom ma się pojawić w filmie, wyciśnie z niego tyle, ile się da – i faktycznie to zrobił. Postać Mrocznego Petera, któremu symbiont robi wodę z mózgu, jest naprawdę mocno niepokojąca i ociera się o granice tego, co można było pokazać bez moralnego zabójstwa postaci w oczach widza. Niestety o ile Mroczny Parker jest pokazany bardzo starannie i ekspresywnie, o tyle jego późniejsze rozterki moralne są potraktowane bardzo powierzchownie (jak wiemy, siedzenie na wieży w deszczu uleczyło niejedno sumienie).

W filmie pojawia się sporo nowych bohaterów. Po pierwsze mamy tu Gwen Stacy (Bryce Dallas Howard) – w komiksie pierwszą miłość Petera, tutaj przeszkodę w tejże pierwszej miłości. Trzeba przyznać, że jak na postać, której głównym zadaniem jest ładne wyglądanie, odgrywa ona w filmie całkiem ważną i wielowątkową rolę. Po drugie oczywiście Eddie Brock (Topher Grace), czyli fotonerdowski konkurent Petera, później również, dzięki Venomowi, superkonkurent. Drugi przeciwnik Spider-Mana to Sandman (Thomas Haden Church) – postać ta mnie nieco zadziwiła, ponieważ spodziewałem się po niej suchara na poziomie co gorszych efektów z Mumii. A tu nagle Sandman jest postacią niemal równie ciekawą jak Dr. Ock z S-M 2, a wszystkie sceny z jego udziałem są mocno emocjonalne (acz w dość jednowymiarowy sposób). Zwłaszcza powstanie Sandmana jest załatwione z właściwym reżyserowi kultowym poetyzmem – od razu widać, że to dla Raimiego ulubiona z nowych postaci.

Również starzy bohaterowie zostają rozwinięci w ciekawy sposób (może poza Jonahem Jamesonem, który zostaje sprowadzony wyłącznie do roli komediowej). Mary Jane staje się wreszcie równoprawną bohaterką filmu (no, powiedzmy już od 5 ostatnich minut S-M 2). Podobnie motyw Harry’ego Osborna i jego moralnych wywijasów jest jednym ze sztandarowych wątków filmu i jest poprowadzony pod względem dramatycznym i akcyjkowym wręcz mistrzowsko.

Patrzy w prawo, prosto…

Podobnie jak w poprzednich, również w tym Spider-Manie nie zabrakło wyidealizowanego obrazu Nowego Jorku, nowojorskich policjantów i wielkiej rodziny mieszkańców miasta. Pamiętajmy, ze pierwszy S-M miał premierę wkrótce po 11 września, więc stał się mimo woli jednym z pierwszych obrazów poniekąd ku czci NYC. Nie da się ukryć, że do całego ducha komiksu ten motyw pasuje idealnie.

Z ekranu kolejny raz spływa też promowana przez Raimiego (za Stanem Lee) idea „zwykłego bohatera”, na której zbudowany jest cały cykl. Reżyser twardo tkwi w przekonaniu, że Peter Parker pozostanie bohaterem bez względu na wszystko, co los mu zgotuje – zarówno Spider-Manowi jak i jemu osobiście. Naiwna prostolinijność i niezłomność Petera pozwala mu zawsze zachować na końcu (zamaskowaną) twarz – idealny superhero w idealnym Nowym Jorku…

Na marginesie: metamorfoza reżysera jest nie mniej pasjonująca niż mutacja ugryzionego atomowo Petera Parkera. Spider-Man 3 to oficjalnie najdroższy film w dziejach kina (wg wartości nominalnych), z budżetem 258 mln dolarów. Sam Raimi przebył więc sporą drogę od produkcji Evil Dead za 50 tys. dolarów, podczas której musiał toczyć bójki z redneckami na zabłoconych leśnych drogach Tennessee, nie wspominając o wybitnej roli hippisa-psychopaty w Stryker’s War.

Spójrz synku, to właśnie jest mrok-men

Jak nietrudno się domyśleć, sceny akcji w filmie przebijają dwie poprzednie części razem wzięte. Tym razem postawiono naprawdę na wrażenie wysokości, co w zadziwiający sposób było nieco zaniedbane poprzednio (wraz z obowiązkowym łapaniem spadającej MJ). Sam Raimi rzuca kamerą jak nawiedzony przyprawiając nas parę razy o zawrót głowy (IMAX zaprasza). Robi to tym lepsze wrażenie, że również efekty są tym razem na znacznie lepszym poziomie, dzięki czemu już nie widzimy zdarzających się wcześniej sztywniackich komputerowych podskoków tytułowego bohatera.

Zapewne wszyscy się orientują, że muzyki do tego odcinka nie komponował już Danny Elfman, który troszkę pokłócił się z Samem Raimi przy poprzedniej części. Na jego motywach nowy soundtrack stworzył Christopher Young (tak, ten od Hellraisera), dzięki czemu otrzymaliśmy muzę JESZCZE BARDZIEJ monumentalną i – jak można się domyśleć – bardziej mroczną. Generalnie jednak doskonale współgra ona z poprzednimi soundtrackami i nie wiedząc o niej, możnaby zmiany kompozytora nie zauważyć.

Jak już wspomniałem, w filmie jest więcej wszystkiego, co niestety, podobnie jak w przypadku sequela Piratów z Karaibów, jest jego główną słabością. Mnogość wątków, postaci, a przede wszystkim przeciwników rozmywa nieco focus filmu – daleko mu do uporządkowanej, eleganckiej linii Spider-Mana 2. Tutaj narracja często pędzi na złamanie karku, a poszczególne punkty zwrotne akcji to po prostu kolejne sklejone ze sobą niezbyt spójnie sceny. Udziwniony wątek zabójstwa wujka Bena to już rażące przegięcie, ale może faktycznie było to najprostsze rozwiązanie dla motywu zemsty Spider-Mana. Za to kompletnie bez usprawiedliwienia pozostają wyznania pewnego lokaja, które chyba były dopisane na szybko w ostatniej minucie dokrętek.
Inna słabość filmu to niestety też… odtwórca głównej roli. Choć pod względem aktorskim (Mroczny Peter) i dopasowania do postaci nie można powiedzieć o Tobeyu Maguire złego słowa, to jest on juz po prostu nieco za stary i za pyzaty do roli nastoletniego nerda. W scenach, w których widzimy kostium Spider-Mana z twarzą Maguire’a nie można pozbyć się (zapewne mylnego) wrażenia komputerowej sklejki.

Tym niemniej Spider-Man 3 jest wybitnym filmem komiksowym, o co już niełatwo w świecie rojącym się od X-Menów, Batmanów i innych, coraz lepszych ekranizacji. Prostą ideologię komiksu przedstawia paradoksalnie w sposób bardziej dojrzały i dramatyczny… Warto zobaczyć ten film choćby dla samego wątku Parker-Osborne i oczywiście kolejnej doskonałej kreacji BRUCE’A CAMPBELLA, który powraca trzeci raz w kolejnej kluczowej dla życia Spider-Mana roli!

Ocena (1-5):
Nostalgia za Evil Dead: 4
Duch i Mrok: 5
Beztroska Spider-Mana: 2
Fajność: 5

Cytat: I like being bad. It makes me happy.

Ciekawostka przyrodnicza: Jak widać, w filmie jest dość ciasno od super-przeciwników. Na szczeście Raimi usunął więc ze scenariusza jeszcze jednego – Vulture’a, którego miał ponoć grać kultowy skądinąd Ben Kingsley.

Written by: Commander John J. Adams

Szeruj to!

 

Komenty FB

komentarzy

Komercha

7 Komentarze(y) na Spider-Man 3

  1. Recka podobała mi się.

  2. Ten film to syf. Objeżdzacie Harry'ego (nie lubię tej serii) a Spider-Man 3 dostaje rekomendację – koniec świata…

  3. Autor recenzji ma sentyment z dzieciństwa, więc cały obiektywizm jednocześnie cholera bierze. Generalnie film niezly, ale zachwytów nie ma, oj nie.

  4. Jeśli ktoś mi wskaże, gdzie napisałem że jakikolwiek tekst na ZP jest obiektywny, zjem całą reckę łącznie z kompem i serwerem.

  5. Zastanawia mnie co innego zarówno Raimi jak i Jackson startowali i dorobili sie miana reżyserów kultowych w niskobudżetowych horrorach (Raimi jak dla mnie zdecydowanie górą).Kto 20 lat temu pomyślałby że potrafią zapanować nad budżetami w granicah 300 mln i co by nie powiedzieć nie wyłożyć sie ?

Dodaj komentarz